1 stycznia 2026

[KP] Zanurz się

Esme L.
Esme L.
26, Ossanor | córka niemagicznej(?) kobiety i utopca | twarz dziecka, ręce starca | właścicielka Łaźni uzdrowiskowej „U Esme” | fałszywy glejt miejski | nazwisko rozmazane atramentem | półksiężyc za uchem jako pamiątka po burdelowej codzienności | nieźle gra w kości — zwłaszcza o fanty

Była strachem i winą. Chwilą błogiego zapomnienia i zawodem wschodzącego słońca. Przyniosła wilgoć i brud, jeszcze zanim wydała z siebie pierwszy płacz. Otulona ciężką parą i mokrym, klejącym się szlamem.

Oddana w pierwszych dniach życia. Wychowana w ossanorskim burdelu, gdzie początkowo zajmowała się tylko prowadzeniem domu i sprzątaniem. Z czasem wymagano od niej więcej, a ona robiła wszystko, by grać w cudze gry na swoich zasadach.

Proponowała kąpiele, relaks, szepty. I choć zwykle nie zdejmowało to konieczności oddania własnego ciała, zaczęła być postrzegana jako coś, po co się wracało. Potrafiła dać chwilę wytchnienia i wyciszyć spragnione spokoju dusze. Jej dłonie rozluźniały, a mieszanki kąpielowe, które tworzyła, działały odprężająco.

Była zbyt inna i zbyt dosłowna. Zbyt wyraźna, by zostać tam na zawsze, o czym wiedział jeden z bogatych urzędników. Ten sam, który tak chętnie smagał jej ciało trzcinowymi witkami i rozlewał po ich ciałach wosk. Wiedziała, że nie może zostać u jego boku. Tak jak nie mogła dłużej zostać w burdelu, wśród zazdrosnych kurtyzan i opiekunki, która w swojej kieszeni pozostawiała coraz więcej soli.

Urzędnikowi dała się wykupić, a on mógł cieszyć się własnością tylko przez jeden, krótki krzyk. Utopiła go podczas pierwszej kąpieli i uciekła, kradnąc pierwszą lepszą sakiewkę.

Niewielka ilość monet wystarczyła, by miała co jeść przez pierwsze tygodnie. Nie wynajmowała noclegów, bo nie miała nazwiska. Ani dokumentów. Tułała się po opuszczonych domach, co chwilę zmieniając dzielnicę Ossanoru. Miasto ukryło ją pod swoim płaszczem, pozwalając na dodatkowy rzut kością.

Aż w końcu natrafiła na starą, dawno nie działającą łaźnię miejską. Miejsce, w którym po raz pierwszy zdołała nabrać powietrza. Kupiła ją za ostatnie monety i wyremontowała, oddając ciało ten jeden, ostatni raz.

By móc robić to, co kochała. Dawać chwilę wytchnienia. I już nic nie miało znaczenia.

Klienci przychodzą do niej z bólem pleców i spięciem w głowie. Płacząc i ciesząc się. A ona klęczy przy każdym z nich z taką samą czułością, sunąc zniszczonymi dłońmi po kręgosłupie, chowając twarz w gorącej parze.

Długie włosy, niegdyś luźno spadające na niewielkie piersi, teraz związane szeroką wstążką, by nie przeszkadzały w pracy. Jej twarz, skupiona, równoważyła siłę spojrzenia. Ciało miała skryte pod długą suknią, bo dla niej nagość dawno przestała bratać się z pożądaniem. Na komplementy odpowiadała jakkolwiek, bo dawno przestały być walutą.

Oferuje kąpiele z makiem na sen i z lawendą na zapomnienie. Dla tych, którzy chcieli zejść głębiej, miała ciszę, sól i wodę, która potrafiła zatrzymać oddech na ułamek sekundy dłużej. A każde kolejne utonięcie uziemiało ją w teraźniejszości.

Chętnie słucha i szepcze odpowiedzi. Zazwyczaj przyjazna, ale zbyt mocno zdystansowana. A kiedy para opada, każdy wie, że wyjdzie od niej lżejszy — choć niekoniecznie lepszy.

To było jej miejsce.

Hej!
To mój eksperyment, więc róbmy szalone rzeczy
Wizerunek zmodyfikowany z Pinteresta
wedsdxxc@gmail.com

46 komentarzy:

  1. [Bardzo fajny ten eksperyment! <3 Ciężki los jej zgotowałaś, pewnie sama ona jedynie wie, ile ją kosztowało, aby dotrzeć tu, gdzie jest teraz. Mam nadzieję, że nie będzie już musiała być od nikogo zależna i zmuszana do poświęceń. Odezwałam się na maila w sprawie wątku <3]

    Księciunio

    OdpowiedzUsuń
  2. [Bardzo ciekawa, spójna historia, której nie można pozazdrościć ani trochę! Ale to wszystko udowadnia, jak dzielną i inteligentną dziewczyną jest Esme, że mimo beznadziejnego startu w trudnej rzeczywistości, spróbowała i zdołała sięgnąć po swoje. To teraz niech żyje w wiecznym spokoju i dostatku. Udanej zabawy! <3]

    Eran Morwick

    OdpowiedzUsuń
  3. [Aż zimno się robi na myśl, że podobne historie potrafią jeszcze zdarzać się naprawdę, choć wiek mamy już zupełnie inny. Oby Esme nigdy więcej nie utraciła wolności.
    Życzę powodzenia z kolejną postacią.]

    OdpowiedzUsuń
  4. [o i jaka ona cudna. Druga kreacja wyszła ci intrygująco, że aż chce się ja bliżej poznać. Sama historie połknęłam w całości za jednym zamachem.
    Życzę dobrej zabawy, wątków i nieustającej weny ;)
    Baw się dobrze i zapraszam jak coś do siebie ]

    Płomyczek

    OdpowiedzUsuń
  5. [Esme jest absolutnie cudowna. Pięknie opisałaś jej tragiczną historię. Uwielbiam, jak postaci biorą los w swoje ręce i działają, nie poddają się. Jeśli chodzi o Maureen, ma szczególną słabość do takich osób, więc może panie mogą ubić jakiś interes?
    Mam nadzieję, że będziesz się z Esme świetnie bawić!]

    Maureen Velathrys

    OdpowiedzUsuń
  6. [Oho, będziemy ją obserwować! 🤩 Wyszła świetna. Dzielna, skrzywdzona i silna. Nie dała się złamać, przekuła nieszczęście w sukces! Kibicuję bardzo, aby znalazła jeszcze jedno, o czym tu się nie wspomina. Miłość. Coś dobrego i lekkiego dla serca. Ciepło.
    Baw się dobrze i jakby co... Wiesz, że jesteśmy niedaleko! ❤️]

    Selinka

    OdpowiedzUsuń
  7. Alistair miał już dość sztywnej etykiety, którą musiał nosić niczym ciasny pancerz w marmurowych korytarzach. Tutaj, w Ossanorze, powietrze było gęste od zapachu ryb i taniego łoju, ale niosło ze sobą coś, czego w domu brakowało mu najbardziej, swobodę bycia anonimowym draniem. Bez szpaleru strażników nasłanych przez matkę i bez wścibskich oczu dworskich urzędników, czuł, że miasto należy do niego. Zaczął od wizyty w jednej z portowych karczm. Miejsce było głośne i brudne, ale podawali tam trunek, który uderzał do głowy szybciej niż aldreńskie wino. Alistair, z rozpiętym pod szyją kaftanem i nieco mniejszą dbałością o nienaganną postawę, wychylił kilka szklanek, czując, jak przyjemne ciepło rozluźnia mu mięśnie i wyostrza zmysły. Pragnął iskry, której nie potrafiły rozpalić nudne debaty o cłach i prawie Lekko wstawiony, ale wciąż kontrolujący sytuację, ruszył dalej, tam, gdzie złoto zmieniało właściciela w rytm rzucanych kości. Dom Gier przywitał go dymem i gorączkową atmosferą hazardu. Przechadzał się między stołami z nonszalancją drapieżnika na wakacjach, aż jego wzrok spoczął na niej. Siedziała przy bocznym stoliku, urocza blondynka o słodkim uśmiechu, który właśnie stał się jeszcze szerszy, gdy zgarnęła ze środka pulę monet, zostawiając swojego przeciwnika z miną zbitego psa. Alistair, czując przypływ zuchwałości, odsunął krzesło i dosiadł się bez pytania.
    - Szczęście bywa kapryśne, ale widzę, że dla ciebie zrobiło dzisiaj wyjątek - odezwał się, a jego głos, choć lekko zachrypnięty od alkoholu, wciąż ociekał tą samą irytującą pewnością siebie. Wyjął z sakiewki złotą monetę z wybitą pieczęcią Aldrenu i zaczął nią obracać między palcami, bacznie przyglądając się dziewczynie - Skoro idzie ci tak dobrze, może sprawdzisz się z kimś, kto nie boi się przegranej tak bardzo jak ten nieszczęśnik przed chwilą? - skinął głową na odchodzącego gracza - Proponuję wspólne wyzwanie. Jedna partia w kości. Jeśli wygrasz, ta moneta i wszystko, co postawię później, jest twoje. Jeśli ja wygram... cóż, na pewno wymyślę jakąś równie atrakcyjną nagrodę - posłał jej ten swój charakterystyczny uśmiech, w którym czar mieszał się z jawną prowokacją i czekał, aż dziewczyna podejmie rękawicę. Patrzył na nią wzrokiem drapieżnika, który właśnie znalazł idealną towarzyszkę do intelektualnej szermierki, nie przejmując się niczym poza chwilą obecną. Chciał poczuć, jak to jest zaryzykować bez konsekwencji dla państwowego skarbca, jedynie dla czystej, egoistycznej satysfakcji z pokonania kogoś, kto wydawał się mieć szczęście po swojej stronie.

    Ali

    OdpowiedzUsuń
  8. Alistair przyjął zaproszenie krótkim, drapieżnym skinieniem głowy, sadowiąc się na twardym krześle z taką swobodą, jakby całe pomieszczenie należało do niego. Nie tracił czasu na zbędne uprzejmości ani badawcze spojrzenia; zamiast tego bawił się przez chwilę ciężką, złotą monetą, pozwalając, by jej blask odbijał się w szklankach stojących na sąsiednich stolikach. Brak straży i oficjalnego ceremoniału wyraźnie mu służył, w jego ruchach było coś z drapieżnika, który w końcu wyszedł z klatki i zamierzał w pełni skorzystać z uroków nocy. Sięgnął po kubek z kośćmi z nonszalancją, ignorując fakt, że wokół nich gęstniał tłum gapiów zwabionych zapachem dużych pieniędzy i obcej pewności siebie.
    - Naiwność to luksus, na który rzadko sobie pozwalam, ale brawura... to już zupełnie inna historia -odparł niskim, pewnym głosem, który bez trudu przebił się przez gwar rozmów i brzęk zastawy - Skoro mam zaczynać, niech los sam zdecyduje, czy ta noc będzie dla ciebie kolejnym szybkim zarobkiem, czy może lekcją, że fortuna bywa równie zmienna, co pogoda w porcie - wstrząsnął kubkiem. Dźwięk uderzających o siebie kości był czysty i rytmiczny, a potem, jednym gwałtownym, lecz kontrolowanym ruchem, cisnął je na drewniany blat. Kości zawirowały, obijając się o krawędzie, aż w końcu zastygły, ukazując wynik, który uciszyłby niejednego gracza. Alistair nawet nie mrugnął, jakby wysoki rzut był dla niego rzeczą oczywistą, niemal należną. Oparł się wygodnie o oparcie krzesła, splatając palce i pozwalając, by światło świec grało na jego sygnecie.
    - Twoja kolej - powiedział, a jego usta wykrzywiły się w tym charakterystycznym, prowokującym uśmiechu - Pokaż mi, czy ten radosny uśmiech po wygranej z młynarzem to zasługa twoich umiejętności, czy tylko jego wyjątkowej nieudolności. Stawka leży na stole, a ja nienawidzę marnować czasu na nudne partie - patrzył, jak jej dłonie pewnie chwytają kubek, a ich wzrok spotkał się nad blatem usłanym monetami. Podobało mu się to, co widział, brak lęku, który zazwyczaj paraliżował ludzi, gdy wchodził im w drogę. Ta dziewczyna miała w sobie spokój, który w Domu Gier był towarem rzadszym niż czyste złoto. Sam zapach ziół, który ciągnął się za nią niczym niewidzialny tren, był tu tak obcy i nie na miejscu, że drażnił jego zmysły w niemal przyjemny sposób. Kiedy kości potoczyły się po drewnie, Alistair nie pochylił się, by sprawdzić wynik. Siedział nieruchomo, z ręką niedbale opartą o kolano, pozwalając, by to ona pierwsza zareagowała na to, co wyrzuciła. Wiedział, że ta partia nie skończy się na jednym rzucie, wyczuwał w niej gracza, który nie odpuści, dopóki nie zobaczy dna jego sakiewki lub nie zmusi go do odsłonięcia kart, których on nigdy nie trzymał na wierzchu.
    - Masz w sobie coś z hazardzistki, Esme, mimo tego niewinnego spojrzenia i nalewki, która pachnie jak ogród mojej matki - odezwał się, a w jego głosie pobrzmiewała nuta autentycznego zaciekawienia - Ale wiesz, co jest najciekawsze w wysokich stawkach? Nie to, co wygrywasz, ale to, co jesteś gotów stracić, byle tylko zostać przy stole - sięgnął po kieliszek, biorąc łyk cierpkiego alkoholu, który palił mu gardło, ale w żaden sposób nie mącił trzeźwości osądu. Odstawił go z lekkim stuknięciem i znów przysunął do siebie kubek, zapraszając ją do kolejnej rundy.

    Ali

    OdpowiedzUsuń
  9. Alistair patrzył na trzy jedynki leżące na blacie z niemal nabożnym spokojem, choć wewnątrz czuł, jak alkohol i adrenalina tworzą mieszankę wybuchową. Przegrał. On, który w Aldrenie przesuwał pionki na mapach królestw, został właśnie pokonany przez dziewczynę pachnącą bylicą w dusznej sali portowego Domu Gier. Widok jej otwartej dłoni, czekającej na zdobycz, był dla niego nowym, dziwnie odświeżającym upokorzeniem. Sięgnął po monetę. Zanim jednak upuścił ją na jej skórę, pozwolił, by złoto przez ułamek sekundy dotknęło jej wnętrza dłoni – chłodny metal przeciwko jej ciepłu.
    - Moja tożsamość to cena, na którą musisz sobie dopiero zapracować, ślicznotko - mruknął, a jego głos stał się nieco cięższy, przesiąknięty bursztynowym trunkiem, który coraz odważniej krążył w jego żyłach - Na razie uznajmy, że pozbawiłaś jej kogoś, kto potrafi docenić kunsztowną porażkę. -odstawił pusty kieliszek z głośnym stuknięciem i przez chwilę wpatrywał się w osłupiały tłum, który wstrzymał oddech, widząc, że obcy nie zamierza odejść od stołu. Alistair czuł na sobie te wszystkie spojrzenia, pożądliwe wzrok kobiet i pełne strachu ukłony obsługi. To go karmiło, ale to ona była wyzwaniem. Nagle, ruchem szybkim i pozbawionym wahania, zaczął ściągać z palca ciężki, masywny sygnet. Złoto z wybitą pieczęcią rodu panującego Aldrenu, symbolem władzy, który nigdy, pod żadnym pozorem, nie powinien znaleźć się na brudnym, hazardowym stole. Alkohol odebrał mu resztki rozsądku, zostawiając jedynie czystą, drapieżną potrzebę rewanżu.
    - Jedna partia to za mało, byś mogła twierdzić, że mnie znasz - powiedział, rzucając sygnet na środek blatu. Pierścień uderzył o drewno z głuchym, bogatym dźwiękiem, wirując przez chwilę, zanim znieruchomiał obok stosu miedziaków - To jest warte więcej niż cała ta karczma wraz z ludźmi, którzy w niej siedzą. To historia, krew i prawo, o którym w Ossanorze możecie tylko śnić - pochylił się nad stołem tak blisko, że czuł gorycz bylicy bijącą od jej oddechu. Jego spojrzenie, choć mętne od trunku, wciąż posiadało tę samą, ostrą jak brzytwa pewność siebie.
    - Rewanż, Esme. Postaw wszystko, co masz, swoje szczęście, swoje sekrety, tę swoją ziołową pewność siebie. Jeśli wygrasz, zabierzesz ze sobą cząstkę królestwa. Jeśli ja wygram... - uśmiechnął się, a w kąciku jego ust czaiło się coś niebezpiecznego - Zabiorę cię stąd i sprawię, że ta noc będzie jedyną rzeczą, o jakiej będziesz chciała pamiętać do końca życia - chwycił kubek z kośćmi, wpatrując się w nią z wyzwaniem, które nie dawało pola do odwrotu - Rzucaj pierwsza. Pokaż mi, czy twoje szczęście ma jakiekolwiek granice - dodał, czując, jak ciężar sygnetu opuszczającego jego palec pozostawia po sobie dziwną, niemal fizyczną pustkę. To nie był już tylko hazard, to była kapitulacja rozsądku przed czystą, palącą ciekawością. Obserwował każdy, nawet najmniejszy ruch dziewczyny, chcąc dostrzec w jej spojrzeniu choć cień zawahania na widok królewskiego kruszcu. Jednak zamiast lęku, widział jedynie odbicie migotliwych płomieni świec w jej jasnych tęczówkach.

    bardzo nierozsądny książę

    OdpowiedzUsuń
  10. Alistair patrzył w ciemność, która nagle zapadła między nimi, czując, jak nagły brak światła wyostrza inne zmysły. Zapach palonego knota i bylicy uderzył go z podwójną siłą, a on sam niemal czuł na twarzy ciepło bijące od Esme, choć dzielił ich blat stołu. Jej gest był bezczelny i teatralny, dokładnie taki, jakiego nienawidził u swoich dworzan, a który u niej wywołał jedynie drapieżny uśmiech na jego wargach.
    - Ciemność sprzyja oszustom i kochankom. Ciekawe, kim staniesz się dla mnie za chwilę - wychrypiał, nie próbując nawet szukać wzroku gapiów, którzy w mroku zaczęli nerwowo szumieć. Sięgnął po kubek, czując pod palcami chłodną ceramikę. Alkohol pulsował mu w skroniach, a świat wirował, ale dłoń, choć ciężka, pozostawała pewna. Uniósł naczynie wysoko, potrząsając nim tak mocno, że kości grzechotały niczym zęby potępionych. Wierzył w swoje przeznaczenie. Wierzył, że krew płynąca w jego żyłach nie pozwoli mu stracić rodowego sygnetu w tak podrzędnym miejscu. Rzucił. Dźwięk kości toczących się po drewnie był jedynym, co przebijało się przez ciszę Domu Gier. Alistair pochylił się, niemal dotykając czołem blatu, gdy jeden z gapiów drżącą ręką zapalił małe łuczywo. Blask ognia padł na stół, wyrywając z mroku wynik. Alistair zamarł. Kości, które miały przypieczętować jego dominację, leżały bezlitośnie rozrzucone. Skucha. Najgorszy możliwy układ, który w zestawieniu z jej dwiema piątkami czynił go nędzarzem we własnych oczach. Przez moment wpatrywał się w sygnet, który teraz należał do niej. Złoto lśniło obco, jakby już zapomniało dotyku jego skóry. Alistair wyprostował się powoli, a jego twarz, zazwyczaj tak maskowata, zdradziła cień autentycznego szoku, który szybko zastąpiła lodowata, pijacka wściekłość wymieszana z perwersyjnym podziwem.
    - Przegrałem - stwierdził krótko, a jego głos, choć cichy, przeciął gwar jak ostrze gilotyny. Oparł się o stół, czując, jak trunek ostatecznie przejmuje nad nim władzę. Patrzył na nią, nie mrugając, ignorując chciwe spojrzenia tłumu rzucone na sygnet. W tej chwili nie obchodziło go królestwo, matka, ani skandal, który wybuchnie, gdy wróci do pałacu bez rodowej pieczęci. Liczyła się tylko ta jasnowłosa dziewczyna, która właśnie go upokorzyła.
    - Weź go - powiedział, przesuwając sygnet w jej stronę tak gwałtownie, że złoto zadrapało blat - Weź go, zanim odzyskam resztki rozsądku i każę spalić to miejsce tylko po to, by nikt nie dowiedział się, że jakaś zielarka z Ossanoru ma większe jaja niż ja - jego spojrzenie zsunęło się na jej dłoń, a potem znów na jej twarz. Był pokonany, wstawiony i niebezpiecznie zaintrygowany - Ale nie myśl, że to koniec, Esme. Właśnie kupiłaś sobie moją uwagę. A to stawka, której nie wygrasz żadnym rzutem kości. Co zrobisz z taką władzą, gdy słońce w końcu wzejdzie nad tym rynsztokiem? - przechylił głowę, czekając, aż jej dłonie dotkną sygnetu, chcąc zapamiętać ten moment, gdy jego dziedzictwo oficjalnie stało się jej zdobyczą.

    nieszczęśnik

    OdpowiedzUsuń
  11. Alistair patrzył na fioletową wstążkę, która spoczęła na jego piersi, niczym na dowód zuchwałej kradzieży. Był odrętwiały, a alkohol, zamiast tłumić zmysły, wyostrzał poczucie absurdu tej sytuacji. Sygnet, symbol, za który w Aldrenie palono wioski i wszczynano wojny, spoczął na palcu dziewczyny, która obiecała mu tylko powrót do pracy o świcie. Jego spojrzenie powędrowało w stronę drzwi, przez które zniknęła, a potem na kieliszek, który przed nim postawiła. Gorzałka była tania i paliła w przełyku znacznie bardziej niż trunki, do których przywykł, ale wypił ją do dna, nie mrugnąwszy okiem. Był wściekły, a jednocześnie po raz pierwszy od lat czuł, że żyje. Esme nie tylko pozbawiła go rodowej biżuterii; skradła mu to, co chronił najbardziej, jego niewzruszoną pewność, że wszystko i wszystkich można kupić.
    - Do pracy, mówisz? - mruknął pod nosem, uśmiechając się krzywo do pustego blatu. Zacisnął dłoń na fioletowej wstążce, czując pod palcami delikatny materiał. Tłum wokół niego powoli wracał do swoich spraw, choć szept o "obcym, który przegrał królestwo" niósł się już po najdalszych kątach karczmy. Alistair wstał, odpychając krzesło z głośnym zgrzytem. Nie czuł się jak bankrut. Przeciwnie, czuł się jak myśliwy, który właśnie znalazł trop zwierzyny wartej zachodu. Wyszedł z Domu Gier, pozwalając, by chłodne, nocne powietrze Ossanoru uderzyło go w twarz. Wiedział, że ta dziewczyna nie zniknie tak po prostu. W mieście takim jak to, każdy zostawia ślady, a zapach bylicy i lawendy był zbyt charakterystyczny, by go zgubić. Schował wstążkę do kieszeni kaftana, tam, gdzie jeszcze niedawno spoczywała sakiewka pełna złota. Nie potrzebował sygnetu, by wiedzieć, kim jest, ale potrzebował go z powrotem, by mieć powód, by znów ją odnaleźć. Kiedy słońce wzejdzie, on nie będzie spał. Będzie obserwował, jak Ossanor budzi się do życia, szukając jasnych włosów i bezczelnego uśmiechu kogoś, kto potrafił rzucić mu wyzwanie i odejść bez słowa skruchy.
    - Gra dopiero się zaczęła, Esme - szepnął w stronę ciemnych zaułków, czując, że ta noc była warta każdej utraconej monety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Światło wpadające przez nieszczelne okiennice uderzyło go w oczy niczym rozżarzone ostrze. Jęknął, próbując odwrócić się na bok, ale każdy najmniejszy ruch powodował, że w jego czaszce eksplodowała seria rytmicznych uderzeń. Mdły zapach taniego alkoholu wciąż zdawał się unosić w powietrzu, mieszając się z wonią morskiej soli wdzierającej się do pokoju. Usiadł powoli, trzymając się za skronie. W głowie miał chaos, urywki obrazów, błyski świec, zapach bylicy i echo perlistego śmiechu. Kiedy jednak spojrzał na swoją dłoń, poczuł, jak resztki krwi odpływają mu z twarzy. Palec, na którym od lat spoczywało złoto z pieczęcią Aldrenu, był pusty. Jasny ślad nieopalonej skóry przypominał mu o katastrofie, do której doprowadził swoją brawurą.
      - Przeklęte miasto - wychrypiał, a jego głos brzmiał jak tarcie papieru ściernego. Wtedy go zauważył. Kawałek fioletowego materiału leżał na pogniecionej pościeli, jaskrawy i bezczelny w świetle poranka. Alistair chwycił wstążkę, a w jego umyśle nagle odtworzył się obraz dziewczyny nachylającej się nad nim, jej włosów opadających na jego ramiona i tych błękitnych oczu, które nie znały strachu. Nie była tylko złodziejką jego dziedzictwa, była kimś, kto wybił go z rytmu, kimś, kogo nie potrafił wyrzucić z pamięci mimo pulsującego bólu głowy. Wiedział jedno: powrót do Aldrenu bez sygnetu oznaczałby nie tylko polityczny skandal, ale ostateczne potwierdzenie jego nieudolności w oczach matki. Musiał go odzyskać, ale powód był już znacznie bardziej złożony niż tylko kawałek kruszcu.
      - Kapitanie! - zawołał, ignorując ból, który przeszył mu potylicę. Gdy drzwi otworzyły się i stanął w nich dowódca jego straży, nie tracił czasu na wyjaśnienia. - Masz kilka dni. Znajdź dziewczynę, ma na imię Esme. Jasne włosy, pachnie ziołami, nosi fioletowe wstążki. Szukaj w najgłębszych dziurach tego portu, ale znajdź ją. I nikt, absolutnie nikt, nie ma się dowiedzieć o sygnecie – rozkazał i opadł bezradnie na łóżko, kiedy mężczyzna ze skinieniem głowy i przyjętym rozkazem opuścił pomieszczenie.

      Trzy dni później Alistair stał przed niepozornym budynkiem, z którego unosiły się kłęby wilgotnej pary i intensywna woń eukaliptusa oraz lawendy. Raport był precyzyjny: Esme, zielarka, właścicielka jednej z tutejszych łaźni. Wkroczył do środka, odrzucając na bok płaszcz. Gorące, wilgotne powietrze natychmiast oblepiło jego skórę, a mgła utrudniała widoczność. Szedł pewnie, dopóki w głębi pomieszczenia, przy wielkich ceramicznych kadziach, nie dostrzegł znajomej sylwetki.

      Stała tyłem do niego, z podwiniętymi rękawami, wrzucając garście suszonych płatków do parującej wody. Zatrzymał się, wyciągnął z kieszeni fioletową wstążkę i owinął ją sobie wokół dłoni.
      - Fortuna rzadko bywa tak łaskawa, by dawać drugą szansę tak szybko - odezwał się, a jego głos, pozbawiony już trunkowego zachrypnięcia, brzmiał nisko i groźnie w wilgotnej ciszy łaźni - Odstaw te zioła, Esme - powiedział cicho, ale stanowczo, kładąc dłoń na krawędzi ceramicznego naczynia, tuż obok jej rąk - Zabawa w hazardzistkę i zielarkę była urocza pod osłoną nocy, ale światło dnia wymaga powrotu do porządku - przez chwilę milczał, pozwalając, by szum przelewanej wody wypełnił przestrzeń między nimi. Jego twarz nie wyrażała już wczorajszego rozbawienia, była maską surowości, pod którą tliła się jednak niebezpieczna fascynacja.

      No hej, tak łatwo nie uciekniesz

      Usuń
  12. Alistair patrzył na sygnet spoczywający na jej szyi, a potem na jej dłoń, która tak swobodnie spoczywała na kamieniu. Fakt, że pierścień aldreńskich królów wisiał na jej łańcuszku, był obrazą, której jego duma niemal nie mogła znieść. Jednak to nie złoto przykuło jego uwagę najbardziej, a sposób, w jaki Esme teraz, w oparach parującej wody, dyktowała warunki tej rozmowy.
    - O porządku, w którym każda rzecz ma swoje miejsce, a ty, Esme, nie jesteś kimś, kto powinien dźwigać ciężar cudzej historii - odparł, nie cofając się ani o milimetr. Wręcz przeciwnie, pozwolił, by wilgoć i ciepło bijące od niej i od wody otuliły go, zacierając dystans, który jeszcze chwilę temu próbował wymusić swoim pańskim tonem. Kiedy parsknęła o jego głupocie, jego szczęka zacisnęła się na ułamek sekundy. Nikt nigdy nie nazwał go głupcem prosto w twarz, a już na pewno nie z taką lekkością.
    - Głupota ma wiele imion. Tej nocy nazywała się ciekawością - mruknął, a jego głos stał się głębszy, niemal stapiając się z szumem łaźni - Możesz go oddać, to prawda. Możesz go też zatrzymać, ale wtedy prędzej czy później ktoś zapyta, skąd prosta zielarka ma pieczęć Aldrenu. I wierz mi, ci ludzie nie będą tak cierpliwi jak ja, ani nie będą chcieli negocjować przy kieliszku gorzałki - obserwował, jak odchyla się ku wodzie, prowokując go swoją postawą. Widział, że ona zna to miejsce, zna zasady tej dusznej gry, w której brak tchu jest tylko kolejnym elementem strategii. Pochylił się nad nią, opierając dłonie po obu stronach jej ramion na mokrym kamieniu, zamykając ją w klatce własnego ciała.
    - Pytasz: co z tego? - wyszeptał, a jego oddech ogrzał jej policzek - Z tego jest szansa, byś wyszła z tej nocy z czymś więcej niż tylko kawałkiem metalu, którego nie możesz nosić. Chcesz sprawiedliwości za moją brawurę? Dobrze. Wyceń swój triumf. Złoto, ochrona, a może coś, czego nie kupisz za miedziaki w Domu Gier? - zatrzymał wzrok na jej ustach, a potem powoli uniósł go na jej błękitne tęczówki. W tym dusznym, wilgotnym półmroku granica między księciem a intruzem przestała istnieć - Sygnet wróci na mój palec, to nie podlega dyskusji, ale to, jak bardzo będziesz usatysfakcjonowana tą wymianą, zależy od tego, jak bardzo zaryzykujesz. Bo ja, Esme, mimo całego mojego porządku, wciąż mam w sobie tę samą głupotę, która kazała mi postawić wszystko na jeden rzut kośćmi – westchnął i czekał, aż ona wykona ruch, czując, że ta gra w łaźni jest znacznie bardziej niebezpieczna niż cokolwiek, co wydarzyło się ubiegłej nocy - Ten sygnet... - zaczął, a jego głos stał się twardy jak kruszec, z którego wykonano pierścień - To nie jest tylko błyskotka, którą możesz spieniężyć u pierwszego lepszego lichwiarza w porcie. To pieczęć, która podpisuje wyroki śmierci i sojusze między narodami. Jeśli trafi w niepowołane ręce, Ossanor spłonie szybciej, niż zdążysz przygotować kolejną kąpiel. A ja nie mam zamiaru wracać do Aldrenu z bajką o tym, jak przegrałem go w kości z dziewczyną pachnącą bylicą - wyciągnął przed siebie otwartą dłoń, tę samą, na której jeszcze niedawno spoczywało złoto - Oddaj mi go. Teraz. Nie jestem tu po to, by cię karać, choć mój kapitan miał w tej sprawie zupełnie inne pomysły. Jestem tu, bo doceniam twoje szczęście, ale moja cierpliwość skończyła się wraz z ostatnim kieliszkiem gorzałki, którą mi postawiłaś. Powiedz, czego chcesz w zamian, i miejmy to za sobą, zanim ta historia przestanie być tylko niefortunnym incydentem, a stanie się dla ciebie śmiertelnym zagrożeniem - zatrzymał wzrok na jej oczach, czekając na ruch. W tej dusznej atmosferze łaźni, otoczony oparami, czuł, że każda sekunda zwłoki działa na jego niekorzyść, a ta niepozorna dziewczyna wciąż trzyma go w szachu mocniej, niż jakikolwiek polityczny oponent w Aldrenie.

    Ali

    OdpowiedzUsuń
  13. Alistair poczuł chłód sygnetu, który powrócił na jego dłoń, ale paradoksalnie nie poczuł ulgi. Ciężar złota wydawał się teraz niczym w porównaniu z napięciem, jakie Esme wytworzyła tym jednym szeptem tuż przy jego uchu. Jej skóra była gorąca, a dotyk dłoni opartej o jego ramię wypalał ślad na materiale koszuli, którego nie był w stanie zignorować. Zacisnął palce na odzyskanym pierścieniu, ale nie cofnął się. Stał nad nią, czując, jak krople pary ściekają mu po karku, a jego wzrok błądził po jej twarzy, szukając w niej cienia fałszu. To, czego zażądała, było bardziej niepokojące niż jakakolwiek suma złota. Chciała obietnicy, której nie dało się przeliczyć na monety – czegoś, co wykraczało poza ramy zwykłego handlu.
    - Coś, czego nigdy nie wystawię na próbę losu? - powtórzył cicho, a jego głos, choć opanowany, wibrował od tłumionych emocji - Jesteś bezczelna, Esme. Oddajesz mi symbol mojej przeszłości, by w zamian zażądać kawałka mojej przyszłości - uśmiechnął się gorzko. Nie poruszył się w stronę drzwi. Zamiast tego powoli wsunął sygnet na właściwe miejsce, na palec, który teraz wydawał mu się dziwnie obcy - Myślisz, że możesz tak po prostu zakończyć tę partię? - zapytał, nachylając się ku niej jeszcze bardziej, tak że ich cienie na mokrej ścianie splotły się w jedno - Rzuciłaś wyzwanie, którego nie da się zamknąć za drzwiami łaźni. Daję ci słowo, Esme, a to jedyna rzecz, której krew Aldrenu nie rzuca na wiatr. Skoro nie znasz się na naszym bogactwie, nauczę cię jego prawdziwej ceny - wyprostował się gwałtownie, przywracając dystans, który był mu potrzebny, by znów poczuć się panem sytuacji. Poprawił zwilżony mankiet, starając się nie patrzeć na fioletową wstążkę, która wciąż oplatała jego nadgarstek. Stała się teraz więzią, której nie zamierzał zrywać.
    - Wyjdę, bo sam o tym decyduję, nie dlatego, że mi każesz - stwierdził z tą samą, nieznośną wyższością, która tak ją drażniła - Ale nie łudź się, że zapach tych ziół wyparuje z mojej głowy tak szybko jak ta para. Znajdę cię ponownie, gdy słońce znów zacznie zachodzić. Wtedy dowiesz się, co uznałem za godne twojej ceny - odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia, czując na plecach wilgoć i jej palące spojrzenie. Kiedy pchnął ciężkie drzwi, uderzył w niego chłodniejszy powiew miejskiego powietrza, przynosząc chwilowe otrzeźwienie. Spojrzał na swój sygnet, lśniący w słabym świetle dnia, i wiedział, że odzyskał przedmiot, ale w zamian zostawił w tej dusznej łaźni coś, czego nie potrafił nazwać, a co kazało mu już planować powrót. Przeszedł zaledwie kilkanaście kroków wzdłuż portowego nabrzeża, gdy palące słońce Ossanoru przypomniało mu o każdym mililitrze alkoholu, który przyjął poprzedniej nocy. Światło odbijało się od brudnych kanałów z taką siłą, że ból w skroniach, który na chwilę ustąpił pod wpływem adrenaliny w łaźni, powrócił ze zdwojoną mocą. Wrócił do niego zapach lawendy, eukaliptusa i tej specyficznej, ziołowej goryczy, która zdawała się być naturalną aurą Esme. Perspektywa powrotu do dusznego, oficjalnego lokum wydawała mu się w tej chwili nie do zniesienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Do diabła z protokołem - mruknął do siebie, czując, jak pot występuje mu na czoło. Odwrócił się gwałtownie. Jego strażnicy, którzy ruszyli już za nim, niemal na siebie wpadli, zdezorientowani nagłą zmianą kierunku. Alistair zignorował ich pytające spojrzenia i pewnym krokiem skierował się z powrotem ku budynkowi łaźni. Pchnął drzwi niemal tak samo gwałtownie, jak kilka minut wcześniej, gdy z nich wychodził. Wilgotne powietrze znów uderzyło go w twarz, ale tym razem powitał je z ulgą. Przeszedł przez mglistą salę i odnalazł ją dokładnie tam, gdzie ją zostawił, przy parujących kadziach.
      - Zmieniłem zdanie - oznajmił, a jego głos odbił się echem od wilgotnych ścian. Stanął przed nią, tym razem zrzucając z ramion ciężki kaftan, który wylądował niedbale na kamiennej ławie. Zaczął rozpinać guziki koszuli, nie spuszczając z niej prowokującego wzroku.
      - Powiedziałaś, że słońce nie zmienia losu, a ty musisz pracować. Cóż, mój los w tej chwili wymaga zimnej krwi i jasnego umysłu, a nic tak nie sprzyja regeneracji aldreńskiego organizmu po marnej gorzałce, jak porządna kąpiel - zrobił krok w stronę jednej z pustych, kamiennych wanien, wciąż patrząc na nią z tą samą, nieznośną mieszanką arogancji i autentycznego wycieńczenia.

      tak łatwo się nas nie pozbędziesz

      Usuń
  14. Alistair patrzył na nią, nie wykonując ani jednego zbędnego ruchu, jakby chciał zarejestrować każdy detal tej sceny, wysiłek jej ramion przy dźwiganiu wiader, róż przemykający przez policzki i ten sposób, w jaki jej prosta suknia poruszała się wraz z nią. Fakt, że go ignorowała, był dla niego jednocześnie irytujący i dziwnie kojący. W świecie, z którego przybył, każda czynność wokół niego była wykonywana w nabożnym milczeniu lub z przesadną uniżonością. Esme natomiast traktowała go jak kolejny element inwentarza, który wymaga uwagi. Gdy stuknęła go biodrem, poczuł impuls elektryczny, który na moment rozproszył resztki bólu głowy. Uśmiechnął się pod nosem, słysząc jej uwagę o tempie, w jakim się rozbiera.
    -W moim świecie pośpiech jest domeną sług i uciekinierów - odparł niskim głosem, zdejmując koszulę i kładąc ją obok kaftana - Ja mam ten luksus, że mogę pozwolić wodzie czekać na mnie, zamiast samemu czekać na okazję. Choć przyznaję, twoja niecierpliwość jest znacznie ciekawsza niż spokój tego miejsca - wszedł do wanny, czując, jak gorąca woda z dodatkiem rumianku i róż natychmiast zaczyna rozluźniać napięte mięśnie. Oparł tył głowy o krawędź, przymykając oczy, ale wciąż czuł jej obecność za bordową kotarą. Słyszał brzęk szklanych flakonów i ciche stukanie jej palców.
    - Masz rację, Esme - powiedział, nie otwierając oczu - Sama kąpiel może nie wystarczyć, ale zacznijmy od tego, co masz w tych buteleczkach. Chcesz mi zaoferować coś więcej? - uniósł pytająco brew i przesunął dłonią pod wodą, czując gładkość sygnetu na palcu. Pierścień, który rano był symbolem jego upadku, teraz wydawał mu się jedynie kotwicą trzymającą go w rzeczywistości, podczas gdy para i zapach ziół próbowały go z niej wyrwać - Podejdź bliżej. Jeśli chcesz, bym poczuł różnicę między twoją pracą, a zwykłym obmyciem z portowego kurzu, musisz przestać chować się za tymi flakonami. Co tam mieszasz? Coś na odwagę, czy coś, co pozwoli mi zapomnieć, że jutro znów będę musiał być kimś innym niż tylko człowiekiem w twojej łaźni? - wyciągnął ramię i oparł je na mokrym brzegu wanny, czekając, aż ona wykona ruch. Chciał sprawdzić, czy jej pewność siebie przetrwa tę nagłą zmianę ról, w której to on, mimo pozornej bezbronności, zaczął dyktować warunki tej chwili. Para gęstniała, sprawiając, że kontury przedmiotów zacierały się, a świat zewnętrzny, z jego polityką i obowiązkami, zdawał się tracić na znaczeniu. Czuł, jak ciężar jego własnego imienia powoli rozpuszcza się w gorącej wodzie, pozostawiając jedynie ciekawość tego, co ta niezwykła kobieta ma mu jeszcze do zaoferowania.


    Ali

    OdpowiedzUsuń
  15. Alistair ani drgnął, gdy gorący strumień wody uderzył w jego ramię. Choć skóra piekła, on jedynie zacisnął szczękę, nie odrywając wzroku od jej twarzy. To była walka na wytrzymałość, której zasady Esme właśnie rewidowała na własnych warunkach. Metaliczna gorycz piołunu, którą rozpyliła w powietrzu, uderzyła go prosto w nozdrza, wyrywając go z resztek poalkoholowego otępienia skuteczniej niż jakikolwiek medykament. Kiedy uklękła przy nim, wyrównując poziom ich spojrzeń, Alistair poczuł, że maska „pana losu”, o której wspomniała, zaczyna ciążyć mu bardziej niż dotychczas. Jej dłonie, szorstkie od pracy, a jednocześnie precyzyjne jak u chirurga, ujęły jego rękę z taką pewnością, że na moment zapomniał o swojej tytularnej przewadze.
    - Może i kończą tu dawne życie - odezwał się niskim, ochrypłym głosem, gdy poczuł jej uścisk na nadgarstku - Ale czy nie po to tu przychodzą? By zostawić w tej mętnej wodzie to, co ich uwiera pod jedwabiami? - obserwował z niemym napięciem, jak jej palce bawią się jego sygnetem. Widział w jej oczach iskrę brawury, tę samą, która poprzedniej nocy kazała jej rzucić kośćmi przeciwko niemu. To nie był strach, to była czysta, niebezpieczna ciekawość granicząca z sadyzmem. Gdy przesunęła pierścień, a potem wsunęła go z powrotem, poczuł, jak mięśnie jego karku napinają się do granic możliwości.
    - Twój dotyk jest tak samo gorzki jak ten piołun, Esme - szepnął, nachylając się ku niej na tyle, na ile pozwalały mu brzegi wanny - I równie otrzeźwiający. Mój kapitan mógł mi opowiedzieć o twoich miksturach i o tym, że ludzie wychodzą stąd odmienieni, ale zapomniał wspomnieć o jednym. O tym, że w tej łaźni, pośród pary i zapachu róż, to nie woda jest najgroźniejszym żywiołem - wyciągnął drugą dłoń, mokrą i parującą, i choć nie dotknął jej twarzy, zatrzymał palce tuż przy jej policzku, pozwalając, by czuła bijący od niego żar - Jeśli chcesz, bym zakończył tu dawne życie, musisz dać mi coś, co sprawi, że nowe będzie warte tego ryzyka. Bo jak na razie, jedyne co mi oferujesz, to ból i zapach piołunu. Czy to wszystko, co potrafi słynna zielarka z Ossanoru? Czy może boisz się sprawdzić, co się stanie, gdy ta iskra w twoim oku w końcu wywoła pożar, którego nie ugasisz żadnym wiaderkiem wody? - patrzył na nią z góry, choć to on siedział zanurzony w wodzie. Jego spojrzenie, ciężkie od niewypowiedzianych pytań i dusznej atmosfery łaźni, nie puszczało jej nawet na sekundę. Kiedy mówiła o kończeniu dawnego życia, w jego oczach nie dostrzegła strachu, lecz głód, ten sam, który gnał go w najmroczniejsze zaułki portu, zanim trafił pod jej dach.
    - Skoro twierdzisz, że stąd nie wychodzi się takim samym, to nie przestawaj - powiedział, a jego głos, choć cichy, przeciął parę z siłą rozkazu, którego nie sposób było zignorować - Nie przyszedłem tu po zwykłe obmycie kurzu. Kapitan mówił, że Twoje dłonie potrafią wycisnąć z człowieka prawdę, o której sam chciałby zapomnieć - zacisnął dłoń na krawędzi wanny, pozwalając, by kłykcie zbielały pod wpływem wysiłku. Druga ręka, ta, którą ona wciąż trzymała, spoczywała bezwładnie, oddana całkowicie pod jej kontrolę - Kontynuuj. Zrób mi to, co robisz tym wszystkim, którzy szukają tu odkupienia lub wizji. Chcę poczuć tę Twoją słynną metodę, o której szeptają w zaułkach. Lubię mocne wrażenia, Esme, a to miasto od dawna nie zaserwowało mi niczego, co naprawdę by mnie poruszyło. Nie oszczędzaj mnie tylko dlatego, że masz przed sobą kogoś, kto nosi złoto - przymknął na moment oczy, wystawiając twarz na uderzenie gorącej pary zmieszanej z gorzkim piołunem - Jeśli ta wanna ma być grobem dla mojego wczorajszego dnia, to dołóż starań, bym poczuł każdy centymetr tej przemiany. Chcę wiedzieć, dlaczego twoje imię budzi taki niepokój, a jednocześnie taką tęsknotę u tych, którzy raz tu trafili. Pokaż mi ten pożar, o którym mówiłem. Niech Twoja "służba" będzie dziś czymś więcej niż tylko wylewaniem wrzątku - czekał, napięty jak struna, pozwalając, by metaliczna woń piołunu drażniła jego zmysły, a dłoń Esme była jedynym punktem oparcia w tym wirującym od gorąca świecie.

    głodny wrażeń

    OdpowiedzUsuń
  16. Alistair zdążył jedynie nabrać tchu, głębokiego, drapieżnego haustu powietrza przesyconego piołunem, zanim światło zniknęło. Chłód wody wdarł się do jego uszu, tłumiąc dźwięki łaźni, a palący smak martwej lilii pod językiem natychmiast wywołał falę odrętwienia, która rozlała się po jego członkach niczym płynne ołów. Pod powierzchnią czas przestał istnieć. Czuł uścisk jej dłoni na swojej żuchwie i włosach, twardy i nieustępliwy, będący jedyną kotwicą wiążącą go z rzeczywistością. Woda, która wcześniej wydawała się kojąca, teraz napierała na jego klatkę piersiową z siłą całego Ossanoru. Alistair Valerius, następca tronu, duma Aldrenu, wszystko to zaczęło odpływać, rozpuszczać się w mętnej toni, pozostawiając jedynie nagą, przerażoną świadomość. Przez chwilę walczył. Instynkt samozachowawczy kazał mu szarpnąć się w górę, wyrwać z tego mokrego uścisku, ale paraliż wywołany płatkiem lilii był szybszy. Jego ciało stało się ciężkie, obce, jakby rzeczywiście należało do kogoś innego, kogo Esme właśnie postanowiła pożegnać. W ciemności pod powiekami zaczęły tańczyć powidoki, twarze tych, których zawiódł. Czuł, jak serce bije coraz wolniej, aż każdy skurcz stał się bolesnym, odległym echem. Był teraz w jej rękach. Dosłownie i w przenośni. Nie widział jej, ale czuł jej bliskość, jej brodę opartą na jego ramieniu, jej zapach, który przebijał się nawet przez wodę. Była jego przewodniczką i jego katem, jedyną osobą, która w tej chwili znała jego prawdziwe imię i trzymała je przy życiu tylko dlatego, że tak postanowiła. W ostatnim przebłysku świadomości, zanim ciemność stała się absolutna, przestał walczyć. Pozwolił, by woda zabrała resztki jego oporu. Jeśli to miał być jego koniec, to chciał poczuć go do końca, w tym gorzkim, lodowatym i dziwnie intymnym uścisku kobiety, która jako jedyna miała odwagę go utopić. Ciemność pod powierzchnią wody przestała być pustką, a stała się gęstą, lepką materią, która zaczęła formować obrazy. Alistair nie czuł już pieczenia w płucach ani ciężaru dłoni Esme. Zamiast tego poczuł na skórze powiew mroźnego, północnego powietrza i szorstkość wełnianego płaszcza. Był mały. Tak mały, że świat wydawał się zbudowany z gigantów i ostrych cieni. Czuł, jak jego drobna dłoń ginie w uścisku ojca, uścisku tak silnym, że niemal bolesnym. Przed nimi, na dziedzińcu spowitym szarą mgłą, rozgrywała się scena, która przez lata była jedynie rozmytym koszmarem na granicy pamięci. Zobaczył kobietę. Jej twarz była zniekształcona rozpaczą, oczy opuchnięte od płaczu, a dłonie drżały tak mocno, że niemal upuściła zawiniątko w ramionach obcego, okutanego w czarne skóry mężczyzny. Niemowlę, skryte w kaftanach, zaczęło wrzeszczeć. To nie był zwykły płacz dziecka, to był nieludzki, przeszywający skowyt, który zdawał się rozdzierać samo niebo. Mały Alistair puścił rękę ojca i obiema dłońmi zakrył uszy, chcąc odciąć się od tego dźwięku, który wibrował mu w kościach. Kobieta osunęła się na kolana, zanosząc się spazmatycznym szlochem, gdy obcy mężczyzna odwrócił się i ruszył w stronę czekającego powozu. Wtedy usłyszał głos ojca. Był niski, wyprany z jakichkolwiek emocji, twardy jak granitowe mury ich zamku. Król stał niewzruszony, patrząc na odjeżdżający powóz z wyrazem najwyższej satysfakcji, niemal dumy, jakby właśnie wygrał wojnę, o której nikt inny nie wiedział.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Patrz uważnie, Alistairze - mruknął ojciec, a jego dłoń znów zacisnęła się na ramieniu chłopca - Zapamiętaj ten dźwięk. To jedyny sposób, by przetrwać. Czas pozbyć się potwora, zanim to on pożre nas wszystkich. Wizja zaczęła drżeć. Krzyk dziecka zamienił się w szum wody, a twarz ojca rozmyła się w srebrzystej mgle. „Potwór", to słowo odbijało się echem w głowie Alistaira, uderzając o dno jego świadomości z siłą dzwonu pogrzebowego. Nagle poczuł gwałtowny ruch, coś wyrwało go z tej mroźnej przeszłości, ciągnąc z powrotem ku światłu, ku gorącej parze i zapachowi piołunu. Esme szarpnęła go w górę. Alistair wynurzył się gwałtownie, krztusząc się wodą i powietrzem, a jego oczy, szeroko otwarte i pełne przerażenia, spotkały się z czarną wstążką, która wciąż zasłaniała jej twarz. Wypluł resztkę płatka lilii, czując na języku gorycz, która nie pochodziła z ziół, ale z prawdy, którą właśnie zobaczył.

      no to się podziało

      Usuń
  17. Gdy zmierzch zaczął zapadać między drzewami, a powietrze osiadło na skórze ciężkim, wilgotnym chłodem, Eran skierował się w stronę portu. Ostatnie światła miasta migotały jeszcze między masztami, ale tu, na skraju ścieżki prowadzącej wzdłuż linii brzegowej, panowała już cisza przerywana jedynie skrzypieniem gałęzi i cichym pluskiem wody uderzającej o kamienie. Ziemia pod butami była miękka od wilgoci, pachniała gnijącymi liśćmi, solą niesioną od strony portu i zimą, która nie tyle nadchodziła, co już czekała. Każdy krok wydawał się przytłumiony, gdy szedł spokojnie, pozwalając zmęczeniu ciążyć w barkach, ale nie rozluźniając swojej uwagi ani na chwilę. To był ten odcinek drogi, zawieszony między miastem a dzikszym brzegiem, gdzie dźwięki ludzkiego życia cichły, cienie drzew splatały się ze sobą, a noc zaczynała dyktować swoje własne prawa. I właśnie wtedy, gdy miał skręcić ku nabrzeżu, coś w tej ciszy drgnęło. Krótki, urwany krzyk przeciął powietrze, a zaraz za nim plusk wody, jakby coś ciężkiego niespodziewanie uderzyło o brzeg.
    Eran zatrzymał się gwałtownie. Serce uderzyło mocniej, a instynkt, który na co dzień ostrzega go przed morskimi burzami, odezwał się w nim wyraźnie. Bez wahania zboczył ze ścieżki, kierując się w stronę dźwięku, który był stłumiony i urwany, jakby ktoś próbował wyrwać go z wody pełnej błota i trzcin, a kiedy zbliżył się na kilka kroków, zauważył jasny materiał i ruch w ciemnej toni strumyka, który zdradzał, że ktoś lub coś walczy, by nie zostać wciągniętym głębiej. Napięcie pod jego skórą natychmiast się wzmogło, a dłoń mimowolnie sięgnęła ku pasowi, chwytając marynarski nóż. Nie zważając na temperaturę i przenikliwy chłód, zacisnął dłoń na rękojeści noża i wszedł do wody po biodra, pozwalając zimnu przejść przez palce aż do kręgosłupa. Dreszcz, który przebiegł mu po plecach, był jednak przelotny. Zanurzył rękę w wodzie i chwycił kobiecą sylwetkę, zaciskając palce na materiale jej sukni, a potem z całej siły wyrwał ją z wody, tracąc po części równowagę i zapadając się w lodowatej toni aż po pierś.
    — Do diabła — syknął, czując, jak przenikliwy chłód naciska mu na serce, ale nie to było teraz najważniejsze. Ciężar, lepki i bezkształtny, wciąż ciągnął ją w głąb, a on zdał sobie sprawę, że to nie była woda, która stawiała opór, tylko coś innego, co próbowało ją wciągnąć z powrotem w otchłań. Ona szamotała się instynktownie, wzburzając wodę wokół nich, a każdy jej ruch sprawiał, że wirująca toń uderzała w jego ciało, próbując ich rozdzielić. Przyciągnął ją do siebie mocniej, aż w końcu dostrzegł jej twarz, przysłoniętą pasmami jasnych, mokrych włosów, które przyklejały się do skroni i policzków, oplecione fragmentami podgniłej sałaty morskiej.
    — Spójrz na mnie — rzucił do niej spokojnie, choć głos miał napięty. — Nie walcz z tym.
    Objął ją mocniej, stabilizując ich w lepkiej i lodowatej wodzie, która uderzała w nich bez przerwy. Czuł, jak z każdym pchnięciem fal jego buty zapadają się w miękkim, mulastym dnie, utrudniając ruch i zwiększając ciężar walki, tym bardziej, że kordelas, który wciąż spoczywał w jego drugiej dłoni, nie był mu tu teraz wcale potrzebny i trochę sprawę komplikował.
    — Dosyć! — wyrzucił słowo jak rozkaz, zwracając się do morza, a woda wokół nich zaszumiała, jakby chciała mu odpowiedzieć. Ale nagle jej napór osłabł, a fale, które jeszcze przed chwilą wdzierały się w ich ciała, zaczęły ustępować. W tym momencie Eran nie czekając, chwycił ją mocno i pewnie i pociągnął ze sobą z siłą, jakby robił to setki razy. Kilka kolejnych kroków w miękkim mulistym piasku wystarczyło, by wylądowali na suchym brzegu, mokrzy i zmarznięci, ale odsunięci od wody i tego czegoś, co w niej czyhało.

    Eran Morwick

    OdpowiedzUsuń
  18. Alistair wyrywał się z objęć topieli, walcząc o każdy haust przesyconego parą powietrza, ale rzeczywistość, do której powrócił, była równie przerażająca jak wizja, która go opuściła. Woda ściekała mu po twarzy, mieszając się z potem i resztkami piołunowej goryczy, gdy jego wzrok padł na postać kulącą się na posadzce. Esme nie była już drapieżną przewodniczką. Wyglądała jak cień samej siebie, złamana pod ciężarem obrazów, które nie należały do niej, a które, wbrew wszelkim prawom, przeniknęły do jej umysłu. Słyszał jej szloch, widział, jak drży, jak jej drobne ciało zwija się w bolesnym skurczu na zimnych płytach. To ostatnie słowo, które wyrzuciła z siebie niczym truciznę, uderzyło go mocniej niż chłód wizji. Nie myślał o swoim tytule, o dumie czy o tym, że przed chwilą ta kobieta próbowała odebrać mu zmysły. Instynktownie wychylił się z wanny, ignorując rozlewającą się wokół wodę, i wyciągnął drżącą dłoń w stronę jej twarzy.
    - Esme… - wychrypiał, a jego głos był obdarty z wszelkiej królewskiej wyższości. Znalazł palcami krawędź czarnej wstęgi. Przez moment wahał się, czując bijący od niej lęk, ale wiedział, że to jedyny sposób, by sprowadzić ją z powrotem. Jednym, zdecydowanym ruchem rozwiązał węzeł i pozwolił, by materiał opadł na mokre kamienie. Kiedy jej oczy w końcu ujrzały światło, Alistair zamarł. Były pełne łez i tego samego surowego bólu, który on sam nosił w sobie od lat. Patrzył na nią, a w jego spojrzeniu nie było już chłodnego wyrachowania. Było tam zrozumienie, mroczne i tragiczne, wiążące ich silniej niż jakikolwiek rytuał.
    -Widziałaś to - stwierdził, a nie było to pytanie - Poczułaś ten mróz - ujął jej twarz w dłonie, nie dbając o to, że wciąż jest mokry i półnagi. W tej dusznej, zamkniętej na zasuwę łaźni, przestał być księciem Alistairem Valeriusem, a ona przestała być tylko zielarką z Ossanoru. Stali się dwiema istotami, które w jednej krótkiej chwili podzieliły się mrocznym sekretem aldreńskiej korony.
    - Nie powinnaś była tam wchodzić - szepnął, kciukiem ścierając łzę z jej policzka - Nikt nie powinien widzieć tego, co on zrobił – westchnął, nie będąc do końca pewnym, czy chciał, aby akurat to zostało przywołane z jego dziecięcej podświadomości. Wokół nich para powoli opadała, odsłaniając surowość murów - Ty też tam byłaś w tej wizji, prawda? Nie jako świadek, ale jako część tego mrozu. Powiedz mi... co jeszcze poczułaś? Czy możemy jakoś się dowiedzieć, czy to dziecko wciąż żyje? - czekał na jej odpowiedź, ignorując fakt, że oboje są przemoczeni, a w łaźni panuje nienaturalna cisza.

    Ali

    OdpowiedzUsuń
  19. Alistair patrzył na nią, a woda ściekająca z jego ramion rytmicznie uderzała o posadzkę, odmierzając sekundy dzielące ich od powrotu do rzeczywistości. Czuł, jak jej słowa, ostre i odcinające się od niego niczym kosa, stawiają między nimi mur, którego nie przebije żadne złoto ani tytuł.
    - Masz rację - odparł nisko, a w jego głosie nie było już śladu królewskiego majestatu, jedynie surowe zmęczenie - To krew Valeriusów. Zawsze była zbyt ciężka, by ktokolwiek mógł ją unieść bez ranienia siebie lub innych, może rzeczywiście moja obecność wykrzywiła ten twój rytuał i zostałaś w to niepotrzebnie wmieszana - westchnął, stojąc nadal obok niej. Nie dbał o swoją nagość, w tej chwili, po tym, co wspólnie przeżyli, fizyczność wydawała się najmniej istotnym elementem ich spotkania. Sięgnął po lniane płótno, by zetrzeć z siebie resztki wody, która teraz wydawała mu się brudna od prawdy.
    - Nie musisz się mnie bać, Esme - powtórzył, tym razem patrząc jej prosto w oczy, mimo że ona usilnie szukała punktu zaczepienia gdziekolwiek indziej - Ale przyznaję... to było dziwne. Zbyt bliskie i zbyt realne. Powinniśmy to zostawić tutaj, w tej parze, i nigdy więcej do tego nie wracać. Niech to miasto pochłonie tę wizję tak, jak pochłania wszystko inne - zaczął wkładać koszulę, a materiał przyklejał się do jego wciąż wilgotnego ciała. Każdy ruch był precyzyjny, niemal mechaniczny, jakby próbował w ten sposób odzyskać kontrolę nad rozsypującym się światem - Teraz już wiem, dlaczego nigdy nie chciałem mieć nic do czynienia z żadną magią. Prawdziwa moc obiecuje odpowiedzi, a zostawia cię z dłońmi pełnymi popiołu i mrozem pod skórą. To nie jest ścieżka dla kogoś, kto chce zachować resztki spokoju - zapiął guziki mankietów, a jego dłoń powędrowała do rodowego sygnetu. Przekręcił go na palcu, czując jego znajomy, zimny ciężar - Zapomnij o tym, co widziałaś pod moją skórą. To nie są obrazy dla ciebie. Ile jestem ci winien za to, że o mało nie oszaleliśmy? Dwadzieścia soli to za mało za oglądanie upadku królestwa w jednej wannie - czekał, aż poda mu jakąkolwiek cenę - za kąpiel, za milczenie, albo za to, by po prostu stąd wyszedł i pozwolił jej wrócić do normalnego życia, w którym nie było miejsca na aldreńskie koszmary. Stał przez chwilę w bezruchu, pozwalając, by chłód wdzierającego się przez nieszczelne drzwi powietrza zaczął wypierać duszną, ziołową parę z jego płuc. Każdy oddech był jak walka o powrót do rzeczywistości, w której nie był już małym chłopcem o zmarzniętych dłoniach, a mężczyzną ściganym przez cienie własnego rodu.


    Ali

    OdpowiedzUsuń
  20. Znalezienie się na brzegu przyniosło natychmiastową ulgę tylko na pozór, bo wtedy przeszywający chłód bez najmniejszej litości wdarł się pod poły jego przemoczonej odzieży, a mokra tkanina zaczęła ciążyć na nim, przyklejona do skóry. Zimno wpełzało powoli, sprawiając, że ciało reagowało mimowolnym dreszczem, skóra drżała pod ciężarem nasiąkniętych ubrań, a z kosmyków włosów spływały krople słonej wody. Kiedy wypuścił ją z ramion, a ona odsunęła się o krok, rozmyło się ostatnie źródło ciepła, które jeszcze przez chwilę trzymało chłód na dystans. Obrzucił jej sylwetkę uważnym spojrzeniem, gdy zaczęła mówić, dopiero teraz mogąc przyjrzeć się jej w całości. Materiał jasnej sukni opadał ciężko na jej ramiona, a włosy tworzyły na nich splątaną sieć, ciężką od wilgoci i resztek zielonkawego mułu. Kilka pasm przykleiło się do jej szyi i policzka, podkreślając bladość skóry i niepokój, który wciąż nie opuścił jej twarzy. Drżała – tak, jak on, z każdym podmuchem mroźnego wiatru, który bezlitośnie smagał ich ciała. Nie znał jej i na pewno nigdy nie poznał, jednak miał dziwne wrażenie, że już kiedyś gdzieś ją widział.
    Milczał przez chwilę i słuchał, pozwalając, by spojrzenie przesunęło się po niej niżej, nienachalnie, ale z uwagą kogoś, kto widział już zbyt wiele skutków spotkań z wodą. Szukał oznak urazu, nienaturalnych śladów na skórze, czegoś, co mogłoby zdradzić, że to, co ją pochwyciło, zostawiło po sobie więcej niż strach i zimno. A potem zmarszczył brwi, gdy wspomniała o utopcach. Te istoty faktycznie nie znają strachu i nie mają nic do stracenia, ale nie są bezmyślnymi bestiami, które atakują losowo każdego, kto tylko zechce wsunąć palec do morza. To dusze ludzi, którzy utonęli gwałtownie i z krzywdą, a więc jaki ona miała z tym związek, że padła ich ofiarą?
    Spojrzał ostatni raz w stronę morza, w którego głębi czaiło się coś, co prawdopodobnie rozpoznało w nim obecność należącą do tego samego porządku i nie ustąpiło z posłuszeństwa, tylko właśnie z uznania tego porządku. On nie był intruzem. Był kimś, kogo morze kiedyś oddało i kogo wciąż uważało za część własnego długu, a dusze utopców pozostawały częściowo uwięzione w wodzie, podobnie jak jego własna.
    Jej chwyt za ramię skupił jego uwagę. Dał się pociągnąć w stronę zabudowań, bo wizja znalezienia się w ciepłym pomieszczeniu chociaż na krótką chwilę, rozjaśniała myśli i uspokajała wychłodzone ciało. Idąc pół kroku za nią, wolną ręką odruchowo sprawdził pas, kieszenie i zawinięte przy sobie drobiazgi, upewniając się, że morze nie zabrało mu niczego, co należało do niego. Miał wrażenie, że czucie w palcach u stóp zaczyna słabnąć, ale prawda jest taka, że buciory pełne miał morskiej wody i ledwie wyczuwał pod ich materiałem ten twardy bruk, którym podążali.
    Wyciągnął z małej sakiewki niewielką fiolkę, taką na dwa łyki, i zatrzymał się nagle, przyciągając do siebie to ramię, którego ona się trzymała, a więc i ją.
    — Zaczekaj — poprosił i drżącymi palcami wyjął korek z maleńkiej buteleczki. Wewnątrz niespokojnie kołysała się ciecz, która przypominała gęstą herbatę z miodem. Dopiero, gdy Eran potrząsnął nią mocniej, w środku pojawiły się jaśniejsze, żarzące się smugi, jakby coś się w niej tliło. — Esencja z czerwonych alg — oznajmił, oddychając ciężej przez rozchylone wargi. W alchemii uznawane za nosicieli ciepła. Do tego sól z dna morskich głębin, suszony koper morski i olejek z pęcherzyków morszczynu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Silnie rozgrzewająca. Weź łyk i trzymaj pod językiem — powiedział i zerkając jej w oczy, sam pociągnął niewielki łyk z fiolki, a potem przekazał jej w palcach szkiełko. Mogła mu zaufać, bo skoro wyciągnął ją z morza, to na pewno nie zamierzał jej otruć.
      Zaraz poczuł słony, piekący, ziołowo-żywiczny smak, który wprawiał język w lekkie odrętwienie i wdzierał się w okoliczne tkanki, aktywując się i stopniowo rozchodząc po ciele. Zawsze miał przy sobie tę miksturę, a zwłaszcza w czasie rejsów, gdy pogoda zwiastowała ciężkie sztormy na morzu i ryzyko wyziębienia było wysokie. Działała krótkotrwale, ale tyle wystarczy, żeby dotarli do ciepłego pomieszczenia, tam pozbyli się przemoczonych ubrań i w końcu ogrzali się od zewnątrz.

      Eran Morwick

      Usuń
  21. Alistair opuścił duszne wnętrza gospody, szukając ukojenia w rześkim powietrzu. Przechadzka wzdłuż nabrzeża miała być tylko sposobem na przewietrzenie myśli, które od dni zapętlały się wokół piołunowej wizji, jednak Ossanor najwyraźniej miał inne plany. Gdy tylko dotarł w okolice pomostów, dostrzegł znajomą, drobną sylwetkę. Znów na nią wpadł, jakby to przeklęte miasto nie pozwalało mu o niej zapomnieć. Wyłonił się z cienia magazynów tak cicho, jakby był jedynie częścią gęstniejącego mroku. Nie patrzył na morze, lecz na nią, na jej drobną sylwetkę odcinającą się na tle gasnącego nieba. Przez ostatnie dni on również nie potrafił uciec przed obrazem jej twarzy wyłaniającej się z pary, przed dotykiem jej dłoni na swojej żuchwie i tym jednym słowem, które spaliło mosty między nimi.
    - Aldren? - powtórzył nisko, podchodząc na tyle blisko, by jego głos nie musiał walczyć z szumem fal - Aldren jest jak rzeźba wykuta w lodzie, Esme. Piękne, wyniosłe i martwe w środku. To miejsce, gdzie słońce świeci jasno, ale nigdy nie grzeje, a pod marmurowymi posadzkami płynie więcej jadu niż w portowych rynsztokach - zatrzymał się krok za nią, nie próbując naruszać jej przestrzeni, choć oboje czuli, że niewidzialna nić, która zadzierzgnęła się w łaźni, wciąż ich krępuje. Wiatr targał jego kaftanem, a zapach soli i tytoniu, który przyniósł ze sobą, mieszał się z aromatem ziół, który wciąż zdawał się emanować z jej skóry - To królestwo, które karmi się porządkiem i tradycją, dopóki nie zdasz sobie sprawy, że ten porządek wymaga ofiar - kontynuował, a w jego oczach odbijał się pomarańczowy blask horyzontu - Tam każde słowo jest bronią, a każdy uśmiech to zaledwie wstęp do zdrady. Nie polubiłabyś go. Jest zbyt sztywne dla kogoś, kto ma w sobie tyle... nieokiełznanej dzikości - przez chwilę milczał, badając jej profil - Dlaczego pytasz? - zapytał nagle, a jego ton złagodniał, tracąc dworski dystans. Zrobił krok w stronę krawędzi pomostu, zerkając na ciemniejącą toń wody, po czym znów zwrócił się ku niej - Byłaś kiedyś gdziekolwiek poza Ossanorem? - kontynuował, a w jego głosie pobrzmiewała szczera ciekawość - Poza tym portem, który pachnie wyłącznie rybami, solą i zepsutymi marzeniami? Widziałaś kiedyś góry Aldrenu, albo złote piaski krain na południu, o których słońce tak uparcie nam tu przypomina? Czy może to morze jest jedyną barierą, jaką znasz? - przymknął na moment oczy, jakby próbował sobie wyobrazić ją w innym otoczeniu, w jedwabnych sukniach, wśród marmurów, a nie w zaparowanej izbie pełnej zapachu piołunu - Słyszałaś tutaj kiedykolwiek coś o moim domu? O Aldren? - dopytywał, badając jej reakcję - Marynarze w karczmach potrafią wygadać wiele, gdy język rozwiąże im tanie wino. Mówią o innych krainach? O tym, co dzieje się za horyzontem? Czy dla ludzi tutaj Aldren to tylko kolejna bajka o lodowych królach, która nie ma znaczenia, dopóki do portu nie zawinie statek z ich banderą? - uniósł pytająco brew i czekał na jej odpowiedź, bacznie obserwując każdy ruch jej powiek.


    witaj ponownie

    OdpowiedzUsuń
  22. Alistair patrzył na nią z uwagą, której nie potrafiłby wykrzesać dla żadnej damy na dworze swojego ojca. Zauważył purpurowe plamy na jej przedramionach, ślady żywokostu, świadectwo pracy, która była surowa, uczciwa i bolesna.
    - Pod ziemią? - powtórzył z gorzkim uśmiechem, gdy wspomniała o skarbach - Skrywamy tam głównie to, o czym chcemy zapomnieć, Esme. Piwnice pałacu są głębsze niż ambicje moich kuzynów, ale masz rację, bogactwo tam oślepia, byś nie dostrzegła, jak bardzo jest jałowe - dodał, gdy wbiła wzrok w jego złote oczy, rzucając wyzwanie plotkom o aldreńskiej nieśmiałości, Alistair nie odwrócił spojrzenia, wręcz przeciwnie, zbliżył się o pół kroku, tak że zapach morza i piołunu niemal ich odurzył.
    - Ludzie w Aldren nie patrzą w oczy, bo boją się, że ktoś dostrzeże tam prawdę, zanim zdążą ją ubrać w piękne słowa - odparł cicho, a jego głos stał się aksamitny, pozbawiony wcześniejszej szorstkości - Spojrzenie to zaproszenie, a tam nikt nie chce gości - roześmiał się krótko na wspomnienie o winie i marynarzu, który zaginął. To był ten moment, w którym poczuł, jak słońce, o którym wspomniała, rzeczywiście zaczyna go grzać od środka, mimo zimowej bryzy - Marynarze to kłamcy, Esme. Obiecują skarby z drugiego końca świata za jeden uśmiech, a potem gubią drogę przy pierwszej lepszej burzy - powiedział, a jego dłoń, ozdobiona sygnetem, niebezpiecznie blisko powędrowała w stronę jej twarzy, by odsunąć jeden z niesfornych kosmyków, który wiatr wywiał zza dekoltu - Jeśli chcesz wina, które rozplątuje supły, nie czekaj na kogoś, kto nie wróci. Aldreńskie roczniki są cierpkie i mocne, jak nasza historia. Jeśli będę tu wystarczająco długo, sam ci je przyniosę. Bez obietnic, po prostu jako zapłatę za to, że jako jedyna w tym porcie nie boisz się mojego wzroku - zamilkł na chwilę, badając jej twarz z niemal naukową precyzją, a jednak z dziwną czułością. Przesunął wzrokiem po horyzoncie, a potem znów spoczął na niej - Mówisz, że to miejsce twojego odrodzenia. To ciekawe. Skoro oboje zostaliśmy tu wyrzuceni przez fale losu, może zamiast pytać o skarby pod ziemią, powinniśmy zapytać, co to miasto chce nam dać tutaj, na powierzchni? - zapytał, pozwalając, by cisza między nimi wypełniła się szumem morza. Czekał, by zobaczyć, czy Esme odważy się na kolejny krok w głąb jego świata, czy może ta odrobina szczerości, którą jej podarował, okaże się dla niej zbyt ciężka.

    Ali

    OdpowiedzUsuń
  23. Alistair patrzył, jak Esme nakłada płaszcz i wiąże troczki, a jej nagła zmiana nastroju, to przejście od lęku do drapieżnej ekscytacji, zaintrygowała go bardziej niż jakakolwiek dworska intryga. Widział błysk w jej oczach, gdy wspomniała o Gwarantach, i choć nazwa ta brzmiała dla niego obco, doskonale rozumiał naturę ryzyka, które mu oferowała. Uśmiechnął się półgębkiem, a jego wzrok spoczął na jej dłoni, która mimowolnie powędrowała w stronę ukrytego pod płaszczem ostrza. Nie umknęło to jego uwadze, w Aldrenie uczyłeś się dostrzegać broń, zanim przeciwnik pomyślał o jej użyciu.
    - Gwaranty? - powtórzył, pozwalając, by to słowo wybrzmiało między nimi - Słodsze niż wino i rosnące tam, gdzie nikt nie zagląda. Brzmi jak coś, co w moim domu uznano by za bilet do lochu, albo najkrótszą drogę do szaleństwa. I masz rację, Esme, Aldreński książę zazwyczaj nie brudzi sobie rąk nielegalnymi sprawami. Zazwyczaj ma od tego ludzi - zrobił krok w jej stronę, ignorując dzielący ich chłód. Jego postawa, dotąd sztywna i pełna godności, nagle stała się bardziej sprężysta, niemal łowiecka. Przechylił głowę, a złote oczy rozbłysły rozbawieniem, gdy usłyszał pytanie o to, czy potrafi się bronić.
    - Czy umiem się bronić? - zaśmiał się cicho - W Aldren uczą nas władać mieczem, zanim nauczymy się pisać traktaty o pokoju. Te symbole na moim kaftanie, których tak uważnie szukasz, to nie są ozdoby dla próżności. To znaki szkół szermierczych, które nie znają pojęcia litości. Jednak masz rację, tutejsze lasy nie dbają o herby. Im jest wszystko jedno, czyją krew piją - rozpiął powoli jeden z górnych guzików kaftana, by zyskać więcej swobody ruchów, i spojrzał na gęstniejący mrok za granicą portu - Nie boisz się zapuszczać tak daleko z kimś, kogo jeszcze przed chwilą chciałaś utopić we własnej wannie? - zapytał, a jego głos stał się niski i prowokujący - Ryzykujesz więcej niż ja, Esme. Ja przynajmniej wiem, że pod tym fioletowym płaszczem kryjesz sztylet, a ty wciąż nie masz pojęcia, co ja kryję pod swoimi manierami - wyciągnął dłoń w jej stronę, nie dotykając jej, lecz wykonując zapraszający gest w stronę linii lasu - Prowadź więc do tych twoich skarbów. Chcę zobaczyć tę żyzną ziemię Ossanoru. Skoro mróz i tak nie daje nam spać, równie dobrze możemy sprawdzić, co rośnie w mroku. Tylko nie zdziw się, jeśli okaże się, że aldreńskie wykształcenie obejmuje też walkę w błocie i ciemnościach - uśmiechnął się, ruszając pewnym krokiem za nią. Weszli między pierwsze drzewa, gdzie zapach soli powoli ustępował miejsca woni wilgotnej ziemi i butwiejących liści. Alistair czuł, jak atmosfera gęstnieje, a on sam zaczyna wtapiać się w mrok, tracąc maskę księcia na rzecz czegoś znacznie bardziej pierwotnego.

    Ahoj przygodo!

    OdpowiedzUsuń
  24. Seline przywykła do swojej codzienności, ale tęskniła za tym, co jej odebrano. Szum fal i prądów monotonny i kojący, ciemność głebin otulająca niemal czule i spokój pobudzający zmysły... tego nie dało sie porównać z niczym innym i nic na powierzchni tak nie smakowało. Nic tak nie brzmiało, nie dawało poczucia takiej wolności, nie podniecało w tak dziki sposób... inny świat i inne doznania. Musiała się dostosować, tłumić swoją naturę i po prostu przetrwać. Wierzyła, że wróci do wody, że znów będzie sobą, że oblecze się w łuski. Kiedyś. Bez zemsty, cierpliwie czekając aż okowy opadną. Któregoś dnia.
    Nie rozumiała praw ludzkich, glejty były dla niej paradoksem, a pieniądze absurdem. Nauczyła się podstawowych zasad, ale ostatecznie zawsze sięgała po swój talent i urokiem wygrywała każdą trudna sytuację. Jej głos mamił, jej spojrzenie mąciło, jej delikatne ruchy wprawiały w osłupienie. Nie była wyrazista, ani głośna, wyróżniała się ognistą czupryną, lazurowym spojrzeniem i niezwykle bladą cerą oraz drobną, smukłą sylwetką, ale o wiele więcej piękności pokazywało się w samym porcie i na całej wyspie. Nie czuła się zagrożona, od lat odnajdując w tawernie. Nie lubiła natrętów i szybko ucinała zbyt zaborcze zaloty, chociaż zdarzało jej sie ponieść chwili. Potrzebowała czasami dac upust temu, co w niej drzemało.
    Noc nie była jej wrogiem, ale zdecydowanie bardziej ceniła dzień. Gdy nie pracowała, znajdowała skrawki pustej plaży i tam leżała rozebrana w piachu i muszlach, pragnąc, aby słońce nakarmiło ją swym ciepłem. Gdyby nie ludzkie nawyki, nie nosiłaby tych wszystkich niewygodnych niekiedy sukienek, ale musiała przyznać, że zaczynało jej się to podobać. I zaczynała lubić się stroić. Lekka i cienka peleryna zakrywała odsłoniete ramiona gdy lekkim krokiem, beztrosko kroczyła między budynkami do miejsca spotkania. Ciemny gorset i długa spódnica odcinały się od jej jasnej skóry, a na to wyjście, pragnąc wyzwolenia, zaszalała, używając nawet ciemnych kosmetyków dla podkreślenia oka i zaznaczenia ust. Buzowało jej pragnienie pod skórą i wiedziała, że to się może skończyć dwojako. Bo może wcale nie powinna wychodzić z domu po tym wieczorze, gdy spotkała kogoś, kto nie poddawał się syrenim mocom i obudził w niej coś, co trzymała w uśpieniu latami.
    Seline uśmiechnęła się krótko, spoglądając na Esme z lekkim rozbawieniem w oczach. Zlustrowała jej jasne włosy, które błyszczały jak księżyc z ukłuciem zazdrości i zatrzymała spojrzenie w młodziutkiej twarzy.
    - Ach, jak zwykle, pełen entuzjazmu! - rzuciła, poprawiając płaszcz, który podkreślał jej szczupłą sylwetkę. - Czuję, że dziś wieczorem będzie wyjątkowo - stwierdziła, bo w istocie, właśnie na to się nastawiła. Na swobode, wolność i zrzucenie z siebie wszystkiego, co ją hamuje i trzyma w ryzach. Od wczoraj nie spała, ale nie była senna, ani zmęczona. Była niespokojna, jak woda zaciekle odbijająca się od klifów, albo taka która buduje się w sztormie. Na poróz była jak zawsze, ale w jej oczach... była głębia, coś co wyłaniało się z ukrycia.
    W jej oczach pojawił się błysk, jakby przypomniała sobie dawne, nieco dzikie czasy, kiedy ocean był jej jedynym schronieniem. Mrok powoli ogarniał miasto, a na horyzoncie pojawiały się pierwsze gwiazdy, jakby zachęcając do podjęcia kolejnej, nieznanej przygody. Rudowłosa odruchowo poprawiła swój płaszcz, czując, jak w jej żyłach zaczyna krążyć napięcie.
    - Prowadź - rzuciła, skinieniem wskazując drogę, a czuła, że Esme potrzebuje zapomnienia równie mocno jak ona. Jeśli nie bardziej.
    Syrena nie potrzebowała nikogo i niczego. Korzystała i brała z świata to, co jej dawał. I tak trwała, nawet jeśli od lat została uwięziona w zawieszeniu. Ale teraz, od wczoraj, czuła złość, czuła, że to za mało. Tego wieczoru miała zamiar z siebie to wszystko zrzucić i nie oglądać się na nikogo.

    Seline

    OdpowiedzUsuń
  25. Alistair szedł obok niej, a jego wzrok, przyzwyczajony do wypatrywania zagrożeń w mroku, rejestrował każdy detal, od drżenia jej kostek na śliskich kamieniach, po sposób, w jaki światło księżyca załamywało się na troczkach jej płaszcza. Choć gęstwina stawała się coraz bardziej nieprzyjazna, on poruszał się z tą samą, niemal irytującą pewnością siebie, która tak ją bawiła. Gdy usłyszał jej pytanie o kapitana i świtę, parsknął krótkim, suchym śmiechem, który odbił się echem od pni drzew.
    - Mój kapitan wie, że nadmierna ciekawość względem moich wieczornych planów zazwyczaj kończy się przydziałem do pilnowania stajni w najgłębszej zimie - odparł, omijając wystający korzeń bez zwalniania tempa - Oficjalnie? Oficjalnie badam „nastroje społeczne” i szukam inspiracji do raportów, których mój ojciec i tak nigdy nie przeczyta. Prawda jest taka, Esme, że w Aldren nikt nie wyobraża sobie, by książę mógł dobrowolnie przedzierać się przez błoto w poszukiwaniu czegoś, co nie jest złotem – podsumował. Zauważył, że zachwiała się na śliskim zejsciu. Zanim zdążyła odzyskać pełną równowagę, jego dłoń, odziana w cienką skórzaną rękawiczkę, pewnie i bez uprzedzenia chwyciła ją za łokieć, stabilizując jej krok. Nie był to gest czuły, a raczej odruchowy, żołnierski, ale biło od niego to samo intensywne ciepło, o którym myślała wcześniej.
    - Uważaj. Ossanorski las rzeczywiście nie lubi zawahań, ale skały pod nami lubią krew jeszcze bardziej - mruknął, puszczając ją dopiero wtedy, gdy poczuł, że znów stoi pewnie - Jeśli chcesz mojej szczerości, to poradzę sobie świetnie. Świta to tylko ozdoba, która hałasuje, gdy trzeba milczeć, i pije moje wino, gdy trzeba pilnować moich pleców. Tutaj, bez nich, czuję się... lżejszy - zamilkł na chwilę, nadsłuchując szumu strumienia, który stawał się coraz wyraźniejszy. Mrok wokół nich gęstniał, a wysokie drzewa tworzyły naturalne sklepienie, odcinając ich od reszty świata - To, co nazywasz zadziornością, w moim świecie skończyłoby się dla ciebie bardzo szybko - dodał ciszej, a w jego głosie nie było już drwiny, lecz pewnego rodzaju uznanie - Ale tutaj to jedyna rzecz, która sprawia, że ta noc nie jest tylko kolejnym nudnym oczekiwaniem na jutro, więc prowadź do tego potoku. Chcę zobaczyć, czy te twoje legendarne skarby są warte ryzyka skręcenia karku na tych przeklętych kamieniach - mruknął. Zaczęli schodzić coraz niżej, w stronę, gdzie szum potoku stawał się niemal ogłuszający. Wilgoć w powietrzu zaczęła osiadać na jego twarzy, chłodząc rozgrzaną skórę. Alistair wyostrzył zmysły; las wokół nich nie był pusty. Czuł obecność małych stworzeń przemykających w poszyciu, słyszał każde pęknięcie gałązki.
    - Jesteśmy blisko? - zapytał, a jego wzrok spoczął na jej jasnych włosach, które teraz, w półmroku, wydawały się niemal srebrzyste - Przyznam, że zaczynam czuć to twoje „zaciekawienie”. Jeśli te skarby są choć w połowie tak fascynujące jak twoja umiejętność przetrwania w tym miejscu, to ta wyprawa już jest warta każdego zadrapania na moim kaftanie - zaśmiał się. Zatrzymał się na moment, pozwalając jej odzyskać oddech, i spojrzał w stronę skał, które majaczyły przed nimi. Wyglądały groźnie, rzeczywiście przypominając zastygłe w kamieniu bestie, ale w jego oczach nie było strachu, tylko ta drapieżna gotowość, o której wspominał wcześniej.

    Ali

    OdpowiedzUsuń
  26. Rozgrzewający eliksir przyniósł ciału odrobinę ulgi, a przynajmniej na tyle, by pomimo przeraźliwego chłodu, kilkunastominutowa droga do budynku nie powaliła go w końcu z nóg. Ruch ratował sytuację, bo każdy krok budził krew do życia i pozwalał myśleć o czymś innym niż lodowate szczypanie w palcach, w które mróz wgryzał się bezlitośnie. Nie wiedział, dokąd dokładnie zmierzali, ale znał Ossanor jak własną kieszeń, więc bez trudu orientował się w terenie, a ostatecznie zdał sobie sprawę, że znaleźli się przed tą łaźnią, o której ostatnio w porcie rozmawiały żony marynarzy.
    Lawendowe ciepło, pachnące jeszcze mieszanką innych ziół, natychmiast musnęło jego skórę, gdy tylko znalazł się wewnątrz i zrzucił z siebie przemoczoną pelerynę. Skinął głową na jej słowa i zaczął rozbierać się z pierwszych warstw ubrań, które rozkładał od razu na wieku kadzi. Nie miał na razie czasu, a raczej potrzeby, rozglądać się po pomieszczeniu, bo jego ciało tak bardzo krzyczało o odrobinę ciepła, że reszta traciła na znaczeniu, ale gdy powiedziała, że ma zostawić rzeczy na ławie, automatycznie odszukał to miejsce spojrzeniem. Z naparu z rumianku nie skorzysta, bo jego zaufanie było ograniczone, ale gorąca kąpiel brzmiała teraz jak wybawienie.
    Ściągając przemoczone obuwie, obserwował jej wprawione ruchy, gdy operowała wiadrami i przelewała wodę do wanien, a kiedy kąpiel była już gotowa, odłożył wszystkie rzeczy na ławę, stanął za kotarą i zrzucił z siebie resztę materiału. Kontrolnie wsunął do wody najpierw jedną stopę, a potem zanurzył się w niej cały, aż po same czoło, czekając tak chwilę, aż chłód ustąpi i zziębnięta skóra zacznie parzyć.
    Wynurzył się za moment, czując w okolicy oczu lekkie szczypanie po imbirze, ale ono na tle niemalże odmrożonych palców u rąk i stóp, było wręcz relaksujące. Dłońmi zaczesał mokre włosy do tyłu i wycelował spojrzenie w lustro, w którym spotkały się ich oczy. Nie cofnął wzroku. Przyglądał się temu nieco złamanemu odbiciu jej twarzy, z której powoli ustępowała bladość. Wyglądała naprawdę młodo, ale skoro prowadziła swoją łaźnię, musiała wiedzieć, jak opanować ciało w każdej sytuacji. Wiedziała, jakich ziół użyć, a wodę do wanien przelewała zupełnie tak, jakby robiła to przez całe życie.
    — Czego od ciebie chcą? — zapytał, a jego głos przeciął ciszę, w której do tej pory mieszały się jedynie ich ciężkie, uspokajające się oddechy. Pytał o utopców, ale na pewno wiedziała. Nadal nie rozumiał, czym taka niewiasta mogła ściągnąć na siebie gniew tych morskich istot.
    Ułożył się we wannie, pozwalając mięśniom rozluźniać się stopniowo w gorącej wodzie, która sięgała jego szyi. Przyjemne ciepło rozgrzewało krew, a dreszcze ustępowały, oprószając ciało jedyne gęsią skórką. Zapach ziół docierał głęboko do płuc, relaksując zmęczony umysł, ale jego czujność pozostawała niezmienna. Dopiero teraz, gdy czuł, że odzyskuje kontrolę nad własnym ciałem, obrzucił spojrzeniem pobliskie otoczenie, zapoznając się z zakamarkami dostępnymi dla oczu. Przyjemne miejsce – to mógł szczerze przyznać, choć trochę tajemnicze, jakby skrywało w swoim wnętrzu całe mnóstwo sekretów.

    Eran Morwick

    OdpowiedzUsuń
  27. Alistair patrzył na błękitny, połyskujący w świetle księżyca kształt na swojej dłoni, a potem na Esme, która z dziecięcą niemal radością i drapieżną pewnością siebie rzuciła mu wyzwanie. Przeciskanie się przez skalną szczelinę kosztowało go kilka rys na skórzanych rękawicach i nadszarpniętą dumę, ale widok tej ukrytej polany uciszył wszelkie narzekania, jakie mogłyby zrodzić się w głowie aldreńskiego księcia. To miejsce tętniło inną energią niż port czy łaźnia. Było pierwotne, odcięte od intryg i mrozu, który przyniósł ze sobą z północy.
    - Skoro moja jedyna świta tak ochoczo ryzykuje, nie wypada mi zostać w tyle - mruknął, a w jego głosie pobrzmiewała nuta fascynacji. Uniósł dłoń do ust, nie odrywając wzroku od jej twarzy. Poczuł, jak Gwarant rozpuszcza się na języku, uwalniając eksplozję smaku, której nie potrafił porównać do niczego, co serwowano na królewskich ucztach. Słodycz była gęsta, niemal odurzająca, podszyta dzikim aromatem lasu i przypraw, których nazw nie znał. Po chwili poczuł pierwsze uderzenie mrowienia. Nie był to jednak chłód wizji, lecz przyjemne, pulsujące ciepło, które zaczęło rozchodzić się od klatki piersiowej aż po koniuszki palców. Oparł się o to samo zwalone drzewo co ona, czując, jak napięcie w jego karku powoli puszcza.
    - Masz rację, Esme... - zaczął, a jego głos stał się niższy, pozbawiony tej twardej krawędzi, którą zawsze w sobie nosił - Na to nie da się wydać rozkazu. To smakuje jak... jak wolność od wszystkiego, co kazało mi być kimś innym - spojrzał na nią, a świat wokół nich zaczął nabierać intensywniejszych barw. Srebro księżyca na jej włosach wydawało się teraz niemal namacalne, a szum lasu brzmiał jak skomplikowana symfonia. Przez działanie rośliny bariery między nimi zaczęły drżeć. To, co wcześniej było grą pozorów i złośliwością, teraz wydawało się jedynie zbędnym hałasem.
    - Powiedziałaś, że Gwaranty rozplątują języki - odezwał się, przesuwając kciukiem po wnętrzu dłoni, na której wciąż tlił się błękitny pyłek - Ciekaw jestem, co twój język chciałby mi powiedzieć teraz, gdy nie musisz już grać roli zielarki z portu, a ja nie muszę udawać, że panuję nad tym, co się wokół nas dzieje - czuł, jak słodycz wciąż mrowi mu na wargach, a ciekawość względem niej, podsycona zakazanym owocem Ossanoru, stawała się silniejsza niż jakikolwiek aldreński lód. Światło księżyca, dotąd surowe i zimne, nabrało perłowej głębi, a kontury polany zaczęły drżeć, jakby las oddychał razem z nimi.

    Patrzył na Esme i po raz pierwszy nie widział w niej zagadki do rozwiązania ani zagrożenia dla swojego spokoju. Widział istotę, która w tym mroku lśniła bardziej niż wszystkie złocenia pałacu w Aldren. Jej dłoń na jego rękawie wydawała się jedynym stałym punktem w tym wirującym, słodkim świecie.
    - Mój język... - zaczął, czując dalsze przyjemne doznania w ciele - Mój język zazwyczaj służy do kłamstw, które ratują życie, albo do rozkazów, które je kończą, ale tutaj, z posmakiem tej twojej słodyczy, czuję, jakby wszystkie te słowa były tylko pyłem - osunął się ciężko na zwalone drzewo tuż obok niej, nie dbając o to, że drogi materiał jego ubrania nasiąka wilgocią kory. Ich ramiona niemal się stykały, a on nie cofnął się ani o milimetr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Chciałabyś wiedzieć, co ja bym ci powiedział? - spytał, odwracając głowę w jej stronę. Jego oczy, pod wpływem rośliny, wydawały się teraz nienaturalnie jasne, jakby płonęło w nich złoto wydobyte z najgłębszych kopalń - Powiedziałbym ci, że zazdroszczę ci tego lasu. Zazdroszczę ci tych purpurowych plam na rękach i tego, że kiedy patrzysz na morze, widzisz wodę, a nie szlaki handlowe i potencjalne inwazje. Powiedziałbym ci, że jesteś pierwszą osobą od dziewięciu lat, przy której nie czuję, że muszę trzymać dłoń na rękojeści miecza, nawet jeśli ty trzymasz swoją na sztylecie - zaśmiał się cicho, a był to śmiech głęboki, szczery, pozbawiony cienia drwiny. Czuł, jak Gwarant zaczyna „rozplątywać” w nim supeł, którego nie potrafiło ruszyć nawet najmocniejsze wino - Zapytałaś mnie wcześniej, jakie jest Aldren - mruknął, nachylając się ku niej tak blisko, że czuł zapach lasu i słodyczy bijący z jej oddechu - Jest martwe, Esme. A ty... ty jesteś tak nieznośnie żywa, że aż boli mnie patrzenie na ciebie w tym mroku - przymknął oczy, pozwalając, by ta chwila trwała, a szum potoku wypełniał mu głowę obrazami, które nie miały nic wspólnego z lodem i krwią.

      co tu się w ogóle dzieje

      Usuń
  28. Alistair patrzył na nią, a świat wokół nich pulsował w rytm uśpionego lasu. Słowa Esme o walce, o kłamstwach i o targaniu za liny, by nie utonąć, trafiały w niego z siłą, której nie spodziewał się poczuć po tak małej dawce rośliny. Widział jej skrępowany uśmiech i to, jak kuli się w sobie, stając się na moment bezbronną, mimo groźby o topieniu ofiar, która wybrzmiała między nimi jak mroczny żart. Dostrzegł dłoń wysuniętą w jego stronę i lśniącą połówkę Gwaranta, z której powoli sączyła się żywica. Wyglądało to niemal jak rytuał, dzielenie się nie tylko zakazanym owocem, ale i tą dziwną, kruchą intymnością, która wyrosła na fundamencie ich wzajemnej nieufności.
    - Walka o przetrwanie...- powtórzył cicho, a jego wzrok spoczął na jej palcach - Może masz rację, może różnimy się tylko tym, o co walczymy, a nie tym, jak bardzo kaleczymy sobie przy tym ręce – westchnął. Nie sięgnął po grzyba dłonią. Zamiast tego, powoli i z pełną świadomością naruszania resztek dystansu, który ich dzielił, pochylił się i ujął jej drobną dłoń w swoją, stabilizując ją. Czuł pod palcami lepkość słodkiego soku i puls Esme, który wydawał się teraz głośniejszy niż szum potoku. Patrząc jej prosto w oczy, w których drapieżność mieszała się z beztroską iluzji, odgryzł podaną mu część. Smak był intensywniejszy niż za pierwszym razem, żywica paliła gardło przyjemnym żarem, a waniliowa słodycz zdawała się wypełniać mu płuca. Przez chwilę trzymał jej dłoń blisko swojej twarzy, czując zapach żywokostu i lasu, który emanował z jej skóry.
    - Płytki potok to marnowanie potencjału, Esme - mruknął, a jego wargi lśniły od drobinek pyłku - Ale jeśli rzeczywiście postanowisz mnie tu zostawić, upewnij się, że mróz zabierze mnie szybciej niż te twoje wizje - oparł głowę o pień drzewa, tuż obok jej głowy, tak że jasne pukle jej włosów muskały jego ramię. Gwaranty zaczynały działać z pełną mocą, zacierając granice między tym, co wypada, a tym, czego oboje podświadomie pragnęli w tej odciętej od świata enklawie. Przymknął oczy, a błękitne powidoki Gwarantów zatańczyły pod jego powiekami. Ciepło, które od niej biło, mieszało się z chłodem nocy, tworząc jedyną rzeczywistość, która w tej chwili miała znaczenie.
    - Myślisz, że dwór to tylko jedwabie i złote puchary? - odezwał się po chwili - Prawda jest taka, Esme, że tam też trzeba mieć twardy tyłek, żeby przetrwać. Tylko tam nie tną cię sztyletem w ciemnej alejce, tam tną cię uśmiechem przy kolacji, a krew spływa tak cicho, że zauważasz ją dopiero, gdy zaczynasz słabnąć - obrócił głowę w jej stronę, a blask księżyca sprawił, że jego rysy stały się ostrzejsze, niemal nieludzkie w tej słodkiej feerii barw - Mój ojciec... on nienawidzi wszystkiego, czego nie potrafi kontrolować - kontynuował, a w jego oczach mignął cień strachu, który rzadko pozwalał sobie czuć - Magia to dla niego zaraza. Najchętniej wybiłby każdego, kto odważy się szeptem przywołać choćby najmniejsze zaklęcie, a gdyby wiedział o istnieniu takich miejsc jak to, albo o istotach, które mają w żyłach coś więcej niż zwykłą krew, kazałby wyciąć ten las do gołej ziemi. Nielegalnie, po cichu, bez zbędnych pytań - przesunął dłonią po korze drzewa, jakby chciał upewnić się, że wciąż tam są, bezpieczni pod osłoną cienia - W Aldren każdy "inny" jest zwierzyną łowną, a mój ojciec jest najlepszym z myśliwych, więc kiedy mówisz mi o walce o przetrwanie, Esme, wiedz, że ja też od lat uciekam. Tylko że ja uciekam, siedząc przy stole z potworem, który dał mi życie - westchnął głęboko, a zapach żywicy znów wypełnił mu płuca, przynosząc chwilową ulgę od ciężaru tych słów.


    księciunio na haju

    OdpowiedzUsuń
  29. [Zgodnie z obietnicą odezwałam się na PW.]

    OdpowiedzUsuń
  30. Alistair patrzył na nią, czując, jak słowa o demonicznych korzeniach i zapachu zapomnianych wód osiadają w nim głębiej niż jakikolwiek aldreński traktat. Gwaranty sprawiały, że rzeczywistość wokół nich stała się plastyczna – mech pod jego dłońmi zdawał się pulsować życiem, a gwiazdy nad ich głowami przypominały teraz rozsypane klejnoty, które ktoś rzucił na czarny aksamit nieba. Kiedy Esme zsunęła się na mech i odnalazła jego dłoń, Alistair nie stawiał oporu. Jej dotyk, choć lekki, był teraz dla niego jedyną kotwicą. Położył się obok niej, pozwalając, by chłód ziemi i ciepło jej ciała stworzyły dziwny balans, którego tak desperacko potrzebował.
    - Masz rację - mruknął, a jego wzrok utonął w migotliwym niebie - Nie widzę niesmaku, Esme. Widzę kogoś, kto musiał zbudować się od nowa z popiołów, których nikt inny nie chciał dotknąć. W Aldren nazywamy to przekleństwem, ale tutaj... tutaj to po prostu prawda o nas - przesunął kciukiem po wierzchu jej dłoni, czując pod skórą to samo drżenie, które sam w sobie tłumił od lat. Skały wokół nich rzeczywiście zaczęły przypominać iglice aldreńskich pałaców, ale zamiast strachu, Alistair czuł teraz dziwny spokój. Tutaj te monumenty były tylko martwym kamieniem, a on był wolny.
    - Noc już dawno wybrała dla nas broń - odezwał się cicho, odwracając głowę tak, by ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów - Wybrała prawdę, której oboje się baliśmy. Wyjdziemy z tego cało, ale już nie tacy sami. Płytki potok nas nie utopi, a mrok lasu nas nie pożre, skoro mamy siebie za świadków tego szaleństwa - jego spojrzenie spoczęło na jej wargach, na których wciąż tlił się lepki ślad słodyczy, a potem znów powędrowało do jej oczu. Czuł, jak wanilia i żywica mącą mu w głowie, wymazując granice między księciem a wygnańcem - Odpocznij, Esme - szeptem niemal dotknął jej ucha - Skoro nie boisz się już ciemności przy moim boku, pozwól tej nocy, by raz jeden była dla nas łaskawa. Jutro świat znów będzie wymagał od nas liny i sztyletu, ale teraz... teraz są tylko gwiazdy i ten słodki, nierealny świat. Alistair leżał nieruchomo, czując, jak każda komórka jego ciała staje się lżejsza, jakby grawitacja przestała być prawem, a stała się jedynie sugestią. Wzory kreślone przez gwiazdy zaczęły wirować, układając się w kalejdoskop barw, których nie potrafił nazwać żadnym znanym mu językiem.

    - Bogowie... - mruknął, a jego głos brzmiał, jakby dochodził z bardzo daleka, mimo że jego usta były tuż przy jej uchu - To coś naprawdę miesza w głowie. Czuję się... jak na haju. Cały ten aldreński rygor, te wszystkie warstwy lodu, które w sobie nosiłem, to wszystko po prostu paruje - zaśmiał się cicho, a był to dźwięk niemal dziecięcego zdumienia. Przesunął dłonią po mchu, który w jego odczuciu stał się miękki jak najdroższy aksamit, a każdy dotyk wywoływał falę mrowienia na skórze - Nigdy nie czułem takiej... swobody. Jakby świat przestał być ciężarem, a stał się tylko sennym marzeniem. Masz rację, Esme, to jest niebezpieczne. Nie dlatego, że zabija, ale dlatego, że sprawia, iż rzeczywistość wydaje się przy tym wyblakła i zupełnie nieistotna - przekręcił głowę, by spojrzeć na nią. W jego rozszerzonych źrenicach odbijał się blask Gwarantów, sprawiając, że jego oczy wyglądały jak dwa płonące słońca w samym środku nocy - Czy to tak wygląda w twoim świecie? Czy każda chwila jest taka intensywna, czy to tylko ta polana próbuje mnie przekonać, że życie może być tak słodkie? - zapytał, a jego palce mimowolnie mocniej splotły się z jej dłonią, jakby bał się, że jeśli puści, odpłynie gdzieś w stronę wirujących nad nimi konstelacji.

    słodziaki

    OdpowiedzUsuń
  31. Alistair leżał pod nią nieruchomo, choć jego serce uderzało o żebra z siłą, której nie potrafił stłumić żaden narkotyk. Kiedy zawisła nad nim, a jej jasne włosy stworzyły wokół ich twarzy intymny namiot, odcinający go od reszty migoczącego lasu, poczuł, że aldreński książę, którego tak pilnie pielęgnował, ostatecznie przegrał walkę z Ossanorem. Słuchał jej wyznania o skradzionym imieniu i fałszywym glejcie, a każdy dźwięk jej śmiechu wibrował w jego klatce piersiowej. Gwaranty sprawiały, że jej głos miał teksturę jedwabiu, a fakt, że oboje byli w tym momencie jedynie splotem kłamstw i przybranych tożsamości, wydawał mu się najpiękniejszą prawdą świata.
    - Nie masz nazwiska? - mruknął, a jego palce, które odnalazły jej nadgarstek, zacisnęły się delikatnie, badając szybki puls - To dobrze. Nazwiska to tylko łańcuchy. Ja swoje chętnie bym oddał za jedną taką noc, w której nikt nie patrzy na mnie jak na następcę tronu, tylko jak na człowieka, który zgubił się w lesie - gdy schowała twarz w jego ramieniu, Alistair wypuścił drżący oddech. Ciepło jej ciała i zapach wanilii zmieszany z wilgotnym mchem sprawiały, że czuł się, jakby naprawdę unosił się nad ziemią. To był ten stan, o którym marzył w bezsenne noce w Aldren, stan, w którym nie było jutra, nie było "Cieni" ojca ani mroźnych wizji. Było tylko to bicie serca pod jego dłonią i miękkość mchu.
    - To coś naprawdę miesza w głowie...- szepnął, a jego oczy, wciąż utkwione w jej sylwetce, lśniły dziwnym blaskiem. Przesunął dłoń z jej nadgarstka wyżej, pozwalając, by opuszkami palców niemal nieświadomie musnąć materiał jej rękawa, tam gdzie skóra wciąż pachniała żywokostem. Alistair leżał pod nią, czując, jak słodka mgła Gwarantów ostatecznie rozpuszcza resztki jego oporu. Patrzył w jej oczy, które w tym nierealnym świetle wydawały się głębsze niż ocean, i nagle poczuł, że musi to wypowiedzieć, bez filtrów, bez dworskiej maski, po prostu tak, jak podpowiadał mu ten dziwny, narkotyczny impuls.
    - Jesteś piękną kobietą, Esme - zaczął, a jego głos, choć niski, był teraz uderzająco czysty - I nie mówię tylko o tym, co widzę teraz, w tym blasku. Mówię o tej twojej dzikości, o tym, jak walczysz o każdy dzień. Cokolwiek przeszłaś w tych portowych zaułkach, cokolwiek sprawiło, że musiałaś ukraść imię innej kobiety... to cię nie definiuje. Dla mnie jesteś kimś, kto zdołał ocalić w sobie ogień tam, gdzie inni dawno by zgasli - przesunął dłonią w górę, aż jego palce zatrzymały się na wysokości jej ramienia, czując delikatne drżenie jej ciała. Westchnął ciężko, a w jego spojrzeniu pojawił się cień, który nie należał do tej polany - A ja? Ja jestem więźniem złotych klatek - mruknął z goryczą - W Aldren czeka na mnie kobieta, którą mam poślubić. To nie był mój wybór, to kolejna transakcja mojego ojca. Nie kocham jej. Nawet mi się nie podoba, ma w sobie coś tak jałowego, że każda chwila w jej towarzystwie jest jak wyrok. Jest tępa jak noc, Esme. Interesują ją tylko hafty i to, kto ukłonił się niżej na balu, podczas gdy ja czuję, jak świat wokół nas zaczyna płonąć - zaśmiał się krótko, a był to śmiech pełen autoironii, który wibrował między nimi - Wyobraź sobie nas razem, ona rozprawiająca o kolorze nici, i ja, marzący o tym, by znów poczuć zapach piołunu i soli na takim pomoście jak ten. To małżeństwo to tylko kolejna lina u moich nóg, kolejna rzecz, która ma mnie uciszyć - patrzył na nią, czując, jak każda bariera, którą wznosił przez lata, kruszy się pod wpływem jej bliskości i odurzającego działania Gwarantów. Świat zewnętrzny, z jego politycznymi układami i narzuconymi obowiązkami, przestał istnieć. Liczyła się tylko ta chwila, zapach lasu i ciepło bijące od kobiety, która jako jedyna potrafiła dostrzec w nim coś więcej niż tylko tytuł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Zapomnij o nich wszystkich, o Aldren, o Trini... - szepnął, a jego głos był zachrypnięty od emocji, których nie potrafił już kontrolować - Niech ich wszystkich pochłonie mrok. Teraz nie mają nade mną żadnej władzy - w jego oczach płonął żar, który nie miał nic wspólnego z dworską uprzejmością. Było to czyste, surowe pragnienie bycia blisko kogoś, kto jest tak samo prawdziwy i poturbowany przez życie jak on sam. Nie czekając na odpowiedź, skrócił dzielący ich dystans. Jego dłoń, wciąż splątana z jej palcami, przyciągnęła ją mocniej, a druga powędrowała na jej kark, by delikatnie, ale pewnie skierować jej twarz ku sobie. Pocałował j, najpierw gwałtownie, jakby chciał zmyć z siebie lata chłodu i samotności, a potem coraz bardziej zachłannie, zatracając się w smaku słodyczy i wanilii, która wciąż unosiła się między nimi. Czuł, jak serce Esme bije szaleńczo pod jego dłonią, a jej oddech miesza się z jego własnym, tworząc jeden wspólny rytm w sercu ossanorskiego lasu. W tym pocałunku nie było już miejsca na kłamstwa o imionach czy fałszywe glejty. Była tylko desperacka próba zatrzymania czasu, zanim świt zmusi ich do ponownego założenia masek. Alistair przyciągnął ją jeszcze bliżej, chcąc poczuć każdą linię jej ciała, jakby chciał się upewnić, że ona nie jest tylko kolejną halucynacją zesłaną przez polanę.


      cimcirimci

      Usuń
  32. Alistair czuł, jak świat zewnętrzny ostatecznie przestaje istnieć, rozpuszczając się w błękitnej poświacie Gwarantów i żarze, który bił od ciała Esme. Gdy wsunęła dłoń pod jego koszulę, dotykając nagiej skóry, poczuł dreszcz, którego nie potrafiły wywołać żadne mrozy Północy. To nie była tylko fizyczna reakcja, to było gwałtowne zerwanie pęt, które nosił na sercu od lat.
    - Niech przeklęte będą te balowe skłony i hafty - wychrypiał, a jego dłonie, dotąd pewne i silne, teraz niemal drżały, gdy przesuwały się po jej plecach, wyczuwając każdą nierówność skóry, każde napięcie mięśni - Tutaj nie ma brudu, o którym mówisz, Esme. Jest tylko prawda. Prawda o tym, że jesteś tu teraz ze mną, a wszystko, co było wcześniej, spłonęło na brzegu tego potoku - przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej, pozwalając, by jej ciało całkowicie spoczęło na jego torsie. Czuł bicie jej serca, gwałtowne, sprężyste, tak bardzo żywe. Gdy złożyła na jego ustach ten zachłanny, długi pocałunek, Alistair odpowiedział z siłą, która go samego zaskoczyła. W tym geście zawarł całą swoją nienawiść do dworu i całą tęsknotę za wolnością, którą odnalazł w jej ramionach. Jego dłonie błądziły po jej talii i bokach, badając kontury jej ciała z nabożnym wręcz skupieniem, jakby uczył się nowej mapy świata. Zapomniał o tym, kim jest. Zapomniał o potworach ojca i o obowiązkach. Liczyło się tylko to, jak jej oddech paruje na jego skórze i jak ich biodra splatają się w rytmie, który dyktowała im noc i narkotyczna wizja.
    - Nie broń się przede mną - szepnął prosto w jej usta, a jego wzrok, choć zamglony słodyczą, był pełen desperackiej szczerości - Pokaż mi to wszystko, o czym inni boją się nawet marzyć. Dziś nikt nas nie ocenia. Dziś jesteśmy tylko my, w samym środku tego przeklętego, pięknego lasu - przetoczył się lekko, by znaleźć się nad nią, nie przerywając pocałunku, a jego ciało, twarde i rozgrzane, stało się dla niej jedynym schronieniem przed mrokiem, który gęstniał wokół polany Alistair przestał walczyć z grawitacją i z własnym sumieniem. Kiedy poczuł dłonie Esme na swojej skórze, wszelkie wspomnienia o chłodnych korytarzach Aldren rozpadły się w pył. W tym momencie nie istniał żaden ojciec, żadna narzeczona, ani żadne powinności. Było tylko gwałtowne bicie jej serca pod jego palcami i żar, który zdawał się spalać ich oboje od środka. Przyciągnął ją do siebie zaborczo, a ich ciała splotły się na miękkim mchu, który pod wpływem Gwarantów wydawał się pulsować w rytm ich oddechów. Każdy dotyk był teraz zwielokrotniony, szorstkość jego dłoni spotykała się z gładkością jej skóry, a zapach żywicy mieszał się z wonią rozgrzanych ciał. Alistair zatracił się w niej całkowicie, spijając z jej warg nie tylko słodycz rośliny, ale i tę dziką, nieposkromioną energię, którą Esme wnosiła w każdą sekundę ich zbliżenia. W tym amoku nie było miejsca na delikatność dworskich romansów. Była to surowa, pierwotna potrzeba bliskości, desperackie pragnienie, by stać się jednością w świecie, który na co dzień próbuje ich rozerwać. Czuł, jak jej paznokcie wbijają się w jego ramiona, i słyszał swój własny głos, który w niczym nie przypominał już tonu przyszłego władcy. Wokół nich las wirował w błękitnych i purpurowych barwach, a szum potoku zlewał się z ich szeptami.

    18+

    OdpowiedzUsuń
  33. Alistair przestał walczyć z grawitacją i z własnym sumieniem. Kiedy poczuł dłonie Esme na swojej skórze, wszelkie wspomnienia o chłodnych korytarzach Aldren rozpadły się w pył. W tym momencie nie istniał żaden ojciec, żadna narzeczona ani żadne powinności. Było tylko gwałtowne bicie jej serca pod jego palcami i żar, który zdawał się spalać ich oboje od środka. Przyciągnął ją do siebie zaborczo, a ich ciała splotły się na miękkim mchu, który pod wpływem Gwarantów wydawał się pulsować w rytm ich oddechów. Każdy dotyk był teraz zwielokrotniony, szorstkość jego dłoni spotykała się z gładkością jej skóry, a zapach żywicy mieszał się z wonią rozgrzanych ciał. Alistair zatracił się w niej całkowicie, spijając z jej warg nie tylko słodycz rośliny, ale i tę dziką, nieposkromioną energię, którą Esme wnosiła w każdą sekundę ich zbliżenia. W tym amoku nie było miejsca na delikatność dworskich romansów. Była to surowa, pierwotna potrzeba bliskości, desperackie pragnienie, by stać się jednością w świecie, który na co dzień próbuje ich rozerwać. Czuł, jak jej paznokcie wbijają się w jego ramiona, i słyszał swój własny głos, który w niczym nie przypominał już tonu przyszłego władcy.
    Wokół nich las wirował w błękitnych i purpurowych barwach, a szum potoku zlewał się z ich szeptami. Na tej małej polanie, odciętej od reszty uniwersum, Alistair i kobieta, której imienia tak naprawdę nie znał, przełamywali ostatnie bariery wstydu i lęku, oddając się namiętności, która tej nocy była ich jedyną prawdą. Każdy ruch i każde westchnienie było deklaracją wolności, krótkotrwałą, okupioną wizjami, ale prawdziwszą niż wszystko, co spotkało ich do tej pory w Ossanorze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Noc w końcu zaczęła ustępować. Pierwsze promienie bladego, zimowego słońca zaczęły przebijać się przez gęste korony drzew, rzucając długie cienie na mchu. Powietrze stało się przejmująco chłodne, a magiczna aura Gwarantów wyparowała, ustępując miejsca surowej woni wilgotnej ziemi i igliwia. Alistair otworzył oczy, czując ciężar w skroniach, echo euforii, która właśnie dobiegała końca. Leżał blisko Esme, ale teraz każdy skrawek skóry dotkliwie odczuwał mróz poranka. Odsunął się nieco, by spojrzeć na nią w świetle dnia. Bez błękitnej poświaty i lśniącego pyłu wyglądali oboje jak rozbitkowie, zmęczeni, potargani, z resztkami leśnego poszycia we włosach. Podniósł się na łokciu, czując sztywność w mięśniach. Spojrzał na swoje dłonie, na których wciąż widać było ślady błękitnej żywicy, a potem na Esme. To, co wydarzyło się w nocy, wydawało się teraz nierealne, jak sen, który próbuje się desperacko zatrzymać pod powiekami, podczas gdy jawa bezlitośnie wdziera się do świadomości. Alistair patrzył na nią przez dłuższą chwilę, a w jego spojrzeniu mieszała się resztka nocnego żaru z narastającym, lodowatym poczuciem rzeczywistości. Chłód poranka był bezlitosny, przenikał przez warstwy ubrań, przypominając, że świat, od którego uciekli, wciąż tam jest i cierpliwie na nich czeka. Powoli zaczął zbierać porozrzucane części garderoby, a każdy gest był ciężki, pozbawiony tej euforycznej lekkości sprzed kilku godzin. Zapiął guziki koszuli, starając się opanować drżenie rąk, które nie wynikało tylko z mrozu.
      - Musimy wracać - powiedział cicho, nie patrząc jej w oczy - Mój kapitan zacznie wysyłać patrole, jeśli nie zjawię się w porcie przed południem. A ty... ty pewnie też masz swoje życie, do którego musisz wrócić, zanim Ossanor całkowicie się obudzi - podniósł z ziemi jej płaszcz i otrzepał go z igliwia, po czym podał go Esme. Jego dłoń na moment musnęła jej palce i choć dotyk był krótki, poczuł ten sam prąd, który niemal ich spalił na tej polanie. Jednak teraz, w surowym świetle dnia, Alistair znów zakładał niewidzialną zbroję.
      - Ta polana... to, co się tu stało... - zawahał się, szukając odpowiednich słów, by nie zniszczyć tego, co zbudowali, a jednocześnie oddzielić to od brutalnej prawdy o ich pochodzeniu - To zostanie tutaj, ale nie myśl, że o tym zapomnę. W Aldren mówią, że to, co dzieje się w lesie, zostaje w lesie, ale ja czuję, że zabieram ze sobą znacznie więcej, niż planowałem - rozejrzał się po miejscu ich schronienia. Skały znów były tylko skałami, a mrok, który dawał im bezpieczeństwo, rozproszył się bezpowrotnie. Wyciągnął dłoń, by pomóc jej wstać, a jego twarz, choć zmęczona, była teraz uderzająco spokojna - Idziesz? - zapytał, a w jego głosie pobrzmiewała dziwna nuta troski - Droga powrotna będzie trudniejsza. Teraz już nie mamy słodyczy, która znieczuli nam ból nóg i strach przed tym, co nas czeka w mieście - wskazał podbródkiem w stronę wąskiej ścieżki prowadzącej w dół, ku cywilizacji, która lada moment miała ich pochłonąć - W Ossanorze będziemy musieli udawać, że ta noc nigdy się nie wydarzyła. Ty wrócisz do swoich spraw, ja do swoich obowiązków, ale... – zawahał się, a jego głos na ułamek sekundy zmiękł - Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała wyjść z cienia, jeśli liny, o których mówiłaś, staną się zbyt ciężkie, znajdź mnie. Nie jako księcia, nie jako kogoś, komu trzeba składać pokłony. Znajdź człowieka, którego tu poznałaś - zapewnił, wyciągając w jej kierunku dłoń, aby pomóc tym samym sprawniej ominąć wystające kamienie.

      Ali

      Usuń
  34. Alistair pchnął ciężkie, drewniane drzwi łaźni z wahaniem, którego nie znał nikt w Aldren. Gdy tylko przekroczył próg, uderzyła w niego fala wilgotnego, nasyconego ziołami ciepła. To nie był zapach lasu, to był zapach jej azylu. Zatrzymał się w półmroku, a jego wzrok natychmiast odnalazł jej sylwetkę.
    - Nie mogłem przestać o tym myśleć - odezwał się cicho, a jego głos odbił się echem od kamiennych ścian - O tym, co mi powiedziałaś. O obrazach, których nie da się wymazać - zrobił kilka kroków w jej stronę, powoli, jakby bał się, że gwałtowny ruch zburzy tę kruchą ciszę. Nie miał na sobie kaftana ani oficjalnych dystynkcji, był w prostej, ciemnej koszuli, a jego twarz zdradzała ślady zmęczenia i walki, którą toczył ze sobą przez cały dzień.
    - W porcie wszystko wydawało się martwe. Raporty, statek, ludzie... wszystko było tylko tłem dla tego, co zostawiliśmy w lesie - kontynuował, stając na tyle blisko, by poczuć ciepło bijące od jej rozgrzanej skóry - Przyszedłem, bo moje własne zmysły też odmawiają mi posłuszeństwa. Widzę Aldren, słyszę słowa mojego ojca, ale jedyne, co wydaje się prawdziwe, to to, że tutaj jesteś - wyciągnął dłoń, ale zatrzymał ją w powietrzu, dając jej wybór. W jego oczach nie było już drapieżności, o której wspominała wcześniej, była tam ta sama tęsknota i zagubienie, które pchnęło ją do wezwania go w to miejsce - Jeśli szukasz ukojenia, Esme, to musisz wiedzieć, że ja też go potrzebuję – westchnął. Ta noc na polanie nie była końcem. Ona była początkiem czegoś, czego żadne z nas nie potrafi udźwignąć w pojedynkę. Patrzył, jak płomień świecy tańczy w jej wielkich, niepewnych oczach. W tej półmrocznej ciszy, przesyconej zapachem ziół, Esme wydawała się jeszcze drobniejsza niż na polanie, a jednak to ona była teraz jedyną rzeczą, która trzymała go przy zdrowych zmysłach. Zrobił krok naprzód, a echo jego butów na kamiennej posadzce brzmiało jak wyrok wydany na jego dawną, sztywną naturę.
    - Cały dzień czułem na karku oddech mojego ojca - szepnął, stając tuż przed nią - Każdy rozkaz, który wydałem, każde słowo, które wypowiedziałem do moich ludzi, smakowało jak popiół. Widziałem te same złote wieże, o których mówiłaś. Czułem ten chłód... aldreński lód, który próbuje mnie zamrozić od środka, bym stał się tym, kim on chce mnie widzieć - nie mógł dłużej powstrzymywać rąk, wyciągnął dłonie i ujął jej twarz, kciukami gładząc policzki, które wciąż wydawały mu się płonąć od wspomnień poprzedniej nocy. Jego dotyk był teraz inny, pozbawiony narkotycznego amoku, ale pełen głębokiej, niemal bolesnej czułości.
    - Słyszałem ten płacz, Esme - przyznał, a jego głos drżał - Myślałem, że to tylko wizja po Gwarantach, ale ona nie chce odejść. Prześladuje mnie poczucie, że świat, z którego pochodzę, buduje swoją potęgę na cierpieniu, którego dotąd nie chciałem dostrzegać. Ty... ty jesteś jedynym, co nie jest kłamstwem w tym przeklętym mieście - pochylił czoło, opierając je o jej czoło. Zamknął oczy, wdychając zapach lawendy z jej włosów, próbując zagłuszyć obrazy Aldren, które wirowały mu pod powiekami - Nie przyszedłem tu tylko dlatego, że tęskniłem. Przyszedłem, bo bez ciebie te głosy stają się zbyt głośne. Pomóż mi je uciszyć - objął ją mocno, chowając twarz w zagłębieniu jej szyi. Czuł, jak jej serce bije pod cienkim materiałem szlafroka, a jego własne, dotąd zamknięte w pancerzu obowiązków, zaczęło bić w tym samym, rozpaczliwym rytmie.

    księciunio romantyk <3

    OdpowiedzUsuń
  35. Alistair poczuł, jak jej rozpaczliwy szept przenika przez jego skórę, trafiając prosto w miejsca, które dotąd starał się zamrozić. Jej łzy, wsiąkające w jego koszulę, były gorętsze niż para unosząca się w łaźni. Kiedy wspomniała o krzyku dziecka i zimnie, które nie chce ustąpić, Alistair zacisnął szczęki tak mocno, że poczuł ból. Wiedział, że to, co ich połączyło na polanie, nie było tylko chemią roślin, to było pęknięcie w barierze czasu i przestrzeni, które teraz domagało się dopełnienia. Gdy Esme uniosła na niego wzrok, Alistair zobaczył w jej oczach nie tylko cierpienie, ale i tę samą desperacką determinację, która pchała go w stronę mrocznych zakamarków Ossanoru. Jej prośba o ponowne wejście w wizję uderzyła go jak fizyczny cios. To było niebezpieczne, niemal szalone, a jednak wiedział, że ma rację. Te obrazy nie odejdą, dopóki nie spojrzą im prosto w oczy, ramię w ramię.
    - Wejdziemy tam - obiecał, a jego głos stał się nagle twardy i czysty, pozbawiony wahania - Ale nie pozwolę ci tam zostać samej. Jeśli Aldren ma nas spalić swoim lodem, to spłoniemy razem - ujął jej twarz w obie dłonie, kciukami ścierając słone ślady z jej policzków. Delikatnie odpowiedział na jej pocałunek, ale nie był to gest namiętności, lecz przypieczętowanie braterskiego niemal przymierza dwóch dusz skazanych na te same koszmary - Nie jesteś słaba, Esme. Jesteś jedyną osobą, która odważyła się poczuć to, co ja duszę w sobie od lat - szepnął, a jego oczy, zwykle chłodne, teraz płonęły wewnętrznym ogniem - Chodź. Znajdziemy sposób, by te wizje przestały być naszą torturą, a stały się naszą bronią - przyciągnął ją do siebie, pozwalając, by przez chwilę po prostu trwali w tym uścisku, zbierając siły przed kolejnym skokiem w nieznane. Wiedział, że ta noc w łaźni, pośród zapachu ziół i migotania świec, jest tylko krótkim przystankiem przed konfrontacją z prawdą, która czekała na nich w odmętach ich wspólnej świadomości. Alistair czuł, jak drżenie jej ciała powoli przenosi się na niego, krusząc ostatnie bastiony jego opanowania. Prośba Esme o powrót do tamtego mrocznego miejsca była desperacka, ale w jej głosie usłyszał coś, co zrozumiał aż nazbyt dobrze: ucieczka nie była już możliwa. Obrazy z Aldren zakotwiczyły się w nich zbyt głęboko.
    - Zrobimy to - szepnął, a jego dłonie splotły się z jej dłońmi, zaciskając się mocno, jakby chciał przekazać jej całą swoją siłę. Podniósł dłoń i delikatnie odgarnął wilgotne pasmo włosów z jej czoła. Jego spojrzenie stało się skupione, niemal uroczyste. Wiedział, że wchodzenie w wizje bez wspomagania Gwarantów, polegając jedynie na powidokach w ich umysłach i wzajemnej więzi, było niebezpieczne, ale w tej dusznej od pary łaźni wydawało się jedynym wyjściem. Oparł swoje czoło o jej, zamykając oczy. W ciszy łaźni, przerywanej jedynie miarowym kapaniem wody, zaczęli wspólnie schodzić w głąb wspomnień i przeczuć. Para wodna wokół nich zdawała się gęstnieć, przybierając kształty wysokich, zimnych wież i mroźnych korytarzy, których oboje tak bardzo się bali.

    Ali

    OdpowiedzUsuń
  36. Alistair czuł, jak ciężar sygnetu opuszcza jego palec, a wraz z nim znika ostatnia bariera chroniąca go przed tym, co nieuniknione. Kiedy woda w wannie, wcześniej kojąco gorąca, nagle zmieniła się w lodowatą otchłań, jego ciało zareagowało gwałtownym skurczem. To nie był już Ossanor. To nie była już bezpieczna łaźnia pachnąca piołunem. Z zawiązanymi oczami, czując plecy Esme oparte o swoją klatkę piersiową, Alistair stał się jedynie naczyniem dla wizji. Uścisk jej dłoni pod wodą był jedyną rzeczą, która przypominała mu, że wciąż żyje. Gdy Aldren uderzyło w nich z całą swoją potęgą, poczuł, jak do jego płuc zamiast powietrza wdziera się mroźny pył. Widział to teraz wyraźniej niż kiedykolwiek. Złoto pałacu nie było blaskiem słońca, było kolorem zastygłego, nienaturalnego światła, które zdawało się wysysać życie z wszystkiego wokół.
    - Widzisz to? - wychrypiał, a jego głos w wizji brzmiał jak echo w pustej katedrze - Te ściany... one nie są z kamienia. One są zbudowane z milczenia tych, którzy próbowali krzyczeć - nagle poczuł, jak grunt pod ich stopami drży. W samym centrum złotego blasku, tam gdzie wizja pulsowała najmocniej, zaczęły pojawiać się postacie. Wysokie, nieruchome, o twarzach zakrytych maskami, które nie wyrażały nic prócz bezwzględnego posłuszeństwa. A pośrodku nich siedział on, postać, której Alistair bał się najbardziej. Jego ojciec, król, którego oczy w wizji były pustymi oczodołami wypełnionymi ciemnością.
    - On wie, że tu jesteśmy - szepnął Alistair, zaciskając dłoń na dłoni Esme tak mocno, że ich palce niemal zbielały - Esme, nie patrz mu w oczy. Szukaj tego dziecka... szukaj źródła płaczu. To on nas tu sprowadził - wizja zaczęła się rwać. Złoto pękało, odsłaniając pod spodem gnijącą tkankę miasta. Płacz dziecka, wcześniej odległy, teraz stał się ogłuszający, dobiegając zewsząd i znikąd jednocześnie. Alistair czuł, jak lodowaty chłód Aldren próbuje rozdzielić ich splecione dłonie, jakby samo miasto chciało ich od siebie odepchnąć i pochłonąć w pojedynkę - Trzymaj się mnie! - krzyknął w pustkę, choć w rzeczywistości jego usta ledwie się poruszyły w parnej ciszy łaźni - Nie pozwól mu nas rozdzielić! - czuł, jak lodowata woda w rzeczywistości i mroźny powiew wizji zlewają się w jedno. Aldren nie było już tylko miejscem na mapie, było żywym organizmem, który wyczuł intruzów. Złote mury pałacu wykrzywiały się, przypominając klatkę, a każdy oddech Alistaira zamieniał się w szron, który osiadał na jego wargach - Nie puszczaj... - wychrypiał, czując, że siła przyciągająca go w głąb wizji jest niemal nie do powstrzymania. Nagle, pośród ogłuszającego huku pękającego złota, obraz się wyostrzył. Znaleźli się w miejscu, którego Alistair nie pamiętał z jawy, a które tętniło bólem. To była głęboka piwnica pod salą tronową, gdzie ściany płakały wilgocią, a jedynym światłem był blask jego własnego sygnetu, który Esme trzymała w dłoni. W kącie, skulona na kamiennej posadzce, siedziała postać. Nie była to zjawa, lecz dziecko o oczach tak jasnych, że zdawały się prześwitywać na wylot. To stąd dobiegał płacz, który ich prześladował. Dziecko nie patrzyło na nich, patrzyło na postać króla, która majaczyła w przejściu niczym posąg wykuty z lodu i grzechu.
    - To nie jest tylko wspomnienie, Esme - szepnął, a jego serce waliło o żebra z taką siłą, że niemal zagłuszało wizję - To jest fundament. On buduje to wszystko na kimś... na czymś, co powinno być wolne - w tej samej chwili król drgnął. Jego puste oczodoły zwróciły się w ich stronę, a mróz w wizji stał się tak dotkliwy, że Alistair poczuł ból w płucach. Wiedział, że ich czas się kończy. Jeśli nie wyrwą się teraz, ich umysły zostaną uwięzione w tej mroźnej piwnicy na zawsze - Esme! Teraz! - krzyknął, używając całej swojej woli, by pociągnąć ją za sobą w górę, ku powierzchni, ku ciepłej wodzie łaźni. Gwałtownie szarpnął ich splecionymi dłońmi, a światło sygnetu rozbłysło oślepiającą bielą, rozrywając złotą tkankę Aldren na strzępy.

    Ali

    OdpowiedzUsuń
  37. Alistair znieruchomiał, a świat wokół nich, parne ściany łaźni, zapach piołunu, bicie jego własnego serca, na ułamek sekundy przestał istnieć. Słowa Esme uderzyły w niego z mocą większą niż jakikolwiek cios, który kiedykolwiek przyjął. Patrzył na nią, na jej drżące ramiona i twarz ukrytą w dłoniach, a w jego umyśle ostatnie fragmenty układanki zaczęły wskakiwać na swoje miejsca z przerażającym trzaskiem.
    - Ty... - wykrztusił, a jego głos był ledwie słyszalny, przesiąknięty niedowierzaniem i nagłym, palącym gniewem skierowanym w stronę północy. Wyciągnął drżącą rękę i ujął jej nadgarstki, delikatnie odsuwając dłonie od jej twarzy, by zmusić ją do spojrzenia mu w oczy. Jego wzrok był teraz dziki, skupiony, jakby próbował przebić się przez lata kłamstw i zapomnienia. Widział w niej teraz nie tylko wygnankę z Ossanoru, ale to srebrzystookie dziecko, które jego ojciec próbował złamać, by nakarmić potęgę Aldren.
    - To dlatego cię szukałem, choć o tym nie wiedziałem - szepnął - To nie była tylko wizja, Esme. To była zbrodnia, którą wymazano mi z pamięci, ale której moje ciało nigdy nie zapomniało - przyciągnął ją do siebie gwałtownie, ignorując chlupot wody i fakt, że oboje drżeli z wycieńczenia. Objął ją tak mocno, jakby chciał własnym ciałem stworzyć tarczę, która ochroni ją przed powracającym krzykiem. Czuł, jak jej ból staje się jego bólem, jak nić, która ich połączyła, zaciska się teraz wokół nich obojga, wiążąc ich losy w sposób, którego żaden król nie zdoła już rozerwać. Odsunął się o milimetr, by spojrzeć na jej mokrą, umęczoną twarz. W jego spojrzeniu nie było już strachu, była tam czysta, lodowata determinacja, która lśniła jaśniej niż jakiekolwiek złoto Aldren.
    - Nie jesteś już sama w tej wizji, Esme. Jesteśmy w niej razem. I obiecuję ci, że to on będzie tym, który na końcu zacznie krzyczeć - trzymał ją, czując, jak dreszcze wstrząsające jej ciałem powoli wygasają, ustępując miejsca ciężkiemu, tępemu wyczerpaniu. Woda w wannie, choć wciąż ciepła, wydawała mu się teraz obca, jakby należała do innego świata. Każda sekunda milczenia po jej wyznaniu była jak uderzenie młota w fundamenty wszystkiego, co do tej pory wiedział o swoim ojcu i o własnym domu.
    - Teraz rozumiem, dlaczego ten krzyk był tak rozdzierający - powiedział, a jego głos, choć cichy, przeciął parne powietrze łaźni z chirurgiczną precyzją - On nie należał do zjawy. On należał do kogoś, kogo próbowali wymazać - przesunął dłonią po jej mokrych włosach, odchylając jej głowę lekko do tyłu, by mogła na niego spojrzeć. W jego spojrzeniu nie było już lęku przed wizją. Pojawił się w nim lód, ten sam, który budował mury jego miasta, ale tym razem nie był on skierowany przeciwko niej. Był skierowany przeciwko tronowi, który do tej pory uważał za swoje dziedzictwo.

    Ali

    OdpowiedzUsuń
  38. Alistair zacisnął ramiona wokół niej jeszcze mocniej, jakby chciał wtopić jej drobne ciało we własną pierś i tym gestem zagłuszyć ostatnie echa królewskiego krzyku. Słuchał jej pytań o matkę, o pochodzenie, o powód tak drastycznego wygnania i czuł, jak każda niewiadoma wypala w nim nową ścieżkę nienawiści do człowieka, który nosił koronę Aldren.
    - Nie zostawię cię. Nigdy więcej - szepnął, a jego głos wibrował głęboko w piersi, o którą opierała głowę - Przysiągłem to sobie na polanie, ale teraz ta obietnica ma smak krwi i żelaza. Twoja matka... jeśli żyje, odnajdziemy ją - odchylił się nieco, by ująć jej twarz w dłonie. Patrzył na jej spuchnięte oczy i poszarzałą cerę. Nie widział w niej potwora. Widział kobietę, która niosła na barkach grzechy jego rodu i która mimo to wciąż potrafiła walczyć. Przesunął kciukiem po jej wardze, uciszając wszelkie narastające w niej wątpliwości. Podniósł ją z kamiennej posadzki, czując, jak jej dłonie wciąż kurczowo trzymają się jego mokrej koszuli.
    - Odpocznij chwilę, nabierz sił. A ja będę musiał zastanowić się, co dalej. Jedno jest pewne, żadnych więcej wizji, znaleźliśmy już odpowiedź, a ja nie zamierzam więcej pozwolić na to, aby ktoś, czy coś, mąciło mi w głowie - westchnął zrezygnowany. Z jednej strony cieszył się, że udało mu się wydobyć coś z własnej, dziecięcej podświadomości, ale z drugiej do głosu dochodziła także jego natura księcia, ta wygodna i ta, która nienawidziła, kiedy na drodze pojawiały się jakieś niespodziewane problemy.
    - Będę tu przychodził potajemnie pod osłoną nocy, gdy miasto zamilknie, a moi ludzie utoną w winie i zmęczeniu - podszedł do okna, przez które wpadało już wyraźne, chłodne światło poranka. Ossanor zaczynał oddychać pierwszymi dymami z kominów - Wrócimy do tego, co było. Ja rano zamelduję się w swojej kamienicy i będę udawał, że moje sny są tak samo puste jak sny moich żołnierzy. Ty wrócisz do swoich ziół i wszystkiego, co tam na co dzień robisz. Tak będzie bezpieczniej dla nas wszystkich -odwrócił się do niej i choć zachowywał już dystans godny następcy tronu, jego oczy wciąż mówiły coś zupełnie innego. Alistair patrzył na nią, a jego twarz powoli zastygała w masce, którą nosił od lat, masce opanowanego, niemal posągowego następcy tronu. To, co wydarzyło się przed chwilą, ten wspólny upadek w otchłań wizji i ból, który ich scalił, musiało teraz zostać wepchnięte głęboko pod skórę. Musieli stać się aktorami we własnym życiu.
    - To, co jest między nami... to, co widzieliśmy... nie zniknie. Będę tu wracał. Nie każdej nocy, by nie wzbudzać podejrzeń, ale znajdę sposób. To miejsce, ten zapach piołunu, będzie naszym jedynym prawdziwym światem. Reszta to tylko teatr - obiecał, a w jego oczach na ułamek sekundy błysnęło to samo srebro, które widzieli w wizji. Zrobił krok w tył, odsuwając się w cień rzucany przez wysokie kolumny łaźni - Idź już. Wyjdź frontem, dumnie, jakbyś po prostu skończyła długą noc pracy. Ja wyjdę tylnym przejściem, gdy upewnię się, że ulica jest pusta. Od tego momentu nie znam twojego imienia, a ty nie znasz mojego - zawahał się, a jego twarz na moment drgnęła - Do następnego razu, Esme - odprowadził ją wzrokiem do drzwi, czując, jak z każdym jej krokiem serce mu twardnieje, przygotowując się na powrót do świata pełnego kłamstw.

    Ali

    OdpowiedzUsuń
  39. Alistair stał przy balustradzie antresoli, górując nad rozkrzyczanym tłumem Domu Gier. Jego postawa była nienaganna, wręcz posągowa, co idealnie współgrało z rolą wyniosłego organizatora z Aldren. Ubrany w ciemny dublet ze złotymi haftami, które w świetle kandelabrów migotały niczym dalekie echo pałacowych korytarzy, wydawał się nieprzystępny i chłodny. Tylko on wiedział, jak wielkim wysiłkiem było utrzymanie tej maski. Kiedy poczuł na biodrze ten znajomy, ledwie wyczuwalny dotyk, mięśnie jego szczęki napięły się mimowolnie. Nie drgnął, nie odwrócił głowy, ale krew w jego żyłach gwałtownie przyspieszyła, uderzając do skroni gorącą falą. Ten krótki, zuchwały gest Esme był jak iskra rzucona na stos wysuszonego drewna. Odszukał ją wzrokiem niemal natychmiast. Czerwień jej sukni przecinała duszny mrok sali niczym otwarta rana. Wyglądała inaczej, nie była już zmęczoną wizjami zielarką, lecz drapieżną tajemnicą, która rzucała wyzwanie całemu porządkowi, jaki reprezentował. Gdy ich spojrzenia się spotkały, Alistair uniósł lekko kielich z winem, wykonując niemal niedostrzegalny ukłon w jej stronę. Jego oczy, dotąd martwe i urzędowe, zapłonęły niebezpiecznym blaskiem. Odstawił naczynie na balustradę i skinął na swojego adiutanta, mrucząc krótkie polecenie o rozpoczęciu oficjalnej części wieczoru. Sam zaczął powoli schodzić po schodach, torując sobie drogę przez tłum z gracją drapieżnika. Nie szedł prosto do niej, to zniszczyłoby ich kruchą mistyfikację. Zamiast tego krążył, wymieniając uprzejmości z kupcami i oficerami, zbliżając się do niej spiralą, która nieuchronnie musiała doprowadzić do kolizji. Znalazł się tuż obok niej, gdy muzyka stała się głośniejsza, a uwaga gości skupiła się na środku sali. Przystanął, odwrócony plecami, tak blisko, że czuł zapach lawendy przebijający się przez dym i pot tłumu.
    - Odważnie, jak na kogoś, kto twierdził, że chce spokoju - mruknął tak cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć pod osłoną gwaru - Ta suknia to wypowiedzenie wojny, Esme. A ja nie mam przy sobie tarczy - zerknął na nią przez ramię, a uśmiech, który błąkał się w kącikach jego ust, był pełen mrocznej obietnicy - Za dziesięć minut, przy wejściu do piwnic z winem. Mam odpowiedzi, o które pytałaś, ale ostrzegam... cena za nie może być wyższa niż ta noc hazardu - uśmiechnął się zalotnie, wiedząc, że przyjmie jego zaproszenie i nie będzie w stanie mu odmówić. Odkąd tylko ją zobaczył, miał ogromną ochotę zedrzeć z niej tą suknię i tylko ona jedna wiedziała, jak ciężko było mu się przed tym teraz powstrzymywać.

    Ali

    OdpowiedzUsuń