Alistair Valerius
Mówią, że kiedy Alistair wkracza do komnaty, zapach perfumowanego tytoniu i ambry dociera do obecnych na długo przed dźwiękiem jego kroków. Ma dwadzieścia osiem lat - wiek, w którym świat wydaje się być dla człowieka, istoty niemagicznej jedynie wielką szachownicą rozstawioną na jego wyłączny użytek. Następca tronu z terenów nieodległej krainy Aldren, przybył do Ossanoru nie z pokorą pielgrzyma, lecz z nonszalancją kolekcjonera rzadkich wrażeń.
W jego postawie drzemie męcząca wręcz pewność siebie. Nie musi podnosić głosu, by być słyszanym; wystarczy mu to lekkie, niemal pogardliwe uniesienie kącika ust, które jedni nazywają czarującym uśmiechem, a inni jawną obelgą. Jego spojrzenie ma barwę starego złota - jest jasne, bystre i przerażająco oceniające. Patrzy na ludzi tak, jakby sprawdzał ich wartość rynkową, a potem odkładał na półkę z napisem „przeciętne”.
Dla niego Ossanor to turystyczna ciekawostka, malownicze tło dla jego własnej wielkości. Przechadza się po brukowanych uliczkach z gracją drapieżnika, który nie boi się nikogo, bo wierzy, że jego nazwisko jest tarczą nie do przebicia. Jest dupkowaty w sposób, który irytuje mężczyzn i magnetyzuje tych, którzy dali się uwieść jego fasadzie.
Jest jak jesienne słońce - oślepia, ale nie grzeje. Piękny, dumny i niebezpiecznie znudzony. Alistair Valerius nie przyszedł, by prosić o gościnę. Przyszedł, by sprawdzić, czy Ossanor zasługuje na to, by stać się przypisem w jego wielkiej biografii.
[hejo w Nowym Roku.
OdpowiedzUsuńUrzekła mnie twoja historia (i w sumie nie tylko ten pan jak i postacie, które tworzysz) - pan również.
Baw się dobrze i jak coś to zapraszamy w razie chęci na burze mózgów. Przysięgam, że włosek mu nie spłonie ^^]
Ime`el
Czasem Ossanor milczał, badając reakcje mieszkańców.
OdpowiedzUsuń[Witajcie ✨ absolutnie świetna kreacja na następcę tronu! Widzę w nim wyższość, ale i siłę. Nie jestem tylko pewna, czy nie jest typem dupka xD ale i to by pasowało. Wyobrażam sobie, że idąc, stawia kroki pewnie i płynnie. No i wiadomo, wszyscy od razu go widzą, ma w sobie magnetyzm, nosi się z dumą.
OdpowiedzUsuńZawsze gdy tworzysz, kartę owiewa taka nutka , co intryguje, nie umiem znaleźć słowa. Czyta się przyjemnie. I bardzo wciąga, zaprasza do poznania postaci ❤️ więc ja chętnie się skusze na to poznawanie Was 😊
Udanej zabawy i chodźcie do nas! ]
Selinka
[Hej! Zakryłam Cię, więc w ramach zadośćuczynienia przychodzę od razu z powitaniem :)
OdpowiedzUsuńPodglądałam tego Twojego Pana od początku i jestem bardzo zaintrygowana! Jego pewność siebie i emanująca wyższość mają w sobie coś szalenie przyciągającego (a wizerunek wcale nie pomaga xD).
Z chęcią porwiemy Was na wątek, więc w razie chęci zapraszam na maila czy pod KP.
Dobrze gracie w kości?]
Esme / Gawren
[Cześć!
OdpowiedzUsuńNajpierw urzekł mnie tytuł karty, a potem jej treść. Aż mam wrażenie, że jest za krótka, bo chętnie przeczytałabym więcej. Uwielbiam takie kreacje i jestem szalenie ciekawa, jaki character arc zgotujesz temu panu. Czy zawsze będzie miał świat u swoich stóp, czy zdarzy się coś, co nieco zachwieje jego pewnością siebie? Chcę wiedzieć! :D
Baw się dobrze i, jeśli masz chęć na pakty z demonami, zapraszam do siebie!]
Maureen Velathrys
Wieczory zwykle pachniały inaczej. Kojarzyły się z wonią olejów, których flakony przecierała i układała na kamiennych półkach oraz zapachem suszonych ziół, dosypywanych do ceramicznych słoi, by nie zabrakło ich kolejnego dnia. To była chwila, w której obmywała dłonie wywarem z rumianku i suszonych płatków nagietka. Wcierała w nie oliwę i wosk pszczeli, by dać im choć odrobinę ulgi. Dłonie były jej narzędziem, a ich chropowata struktura zdradzała, że Esme, mimo młodego wieku, miała w nich wiele lat pracy. Dbała o nie, bo tylko one miały znaczenie. Bo dały jej szansę na nowy początek, pozbawiony lęku o kolejny świt i oddalający uczucie obrzydzenia własnym ciałem.
OdpowiedzUsuńMiała dwadzieścia sześć lat, a była spracowana. Ale wdzięczna. Choć jej skóra z każdą kąpielą starzała się dwa razy szybciej.
Tego wieczoru potrzebowała zapomnieć o codzienności. Smagnąć twarz chłodnym powietrzem ossanorskiego wieczoru, oblać gardło cierpkim trunkiem. Była zmęczona wsłuchiwaniem się w ludzkie bolączki, tak proste, że wstyd było nazwać je problemem. Ale mimo to, osiadały na obcych barkach jak głazy, niepozwalające iść dalej. Szanowała je. I pozwalała się wygadać – każdemu, kto przyszedł zaznać jej leczniczych kąpieli.
Nie była częstym gościem w Domu Gier, ale zdarzało jej się przystać na zaproszenie zaznajomionego krupiera. Zwłaszcza, gdy w jej sakiewce zagościło kilka nadprogramowych monet.
Jeszcze przed północą zjawiła się w tłumie głodnych hazardu mieszkańców, by wyciągnąć dłonie w kierunku szczęścia tej nocy.
Grę w kości lubiła od dawna. Nauczyła się jej jeszcze w dzieciństwie, kiedy przyszło jej przegrywać znalezione pod łóżkami monety i drobne świecidełka. Niedługo później, spędzając wieczory w oczekiwaniu na klientów, stawiała cenniejsze drobiazgi – spinki i wisiorki, które dostawała w prezencie od bogatych panów.
Z charakterystyczną dla siebie ciekawością, zajęła miejsce przy jednym z bocznych stolików i czekała na kogoś, kto połasi się na pozornie łatwy zarobek. Bo przecież to niepozorne dziewczę z nieskalaną życiem twarzą nie mogło grać jak stary wyga. Zwłaszcza, że zamiast mocnego trunku, sączyła ziołową nalewkę, od której jej usta pobłyskiwały jak smagnięte słońcem.
Każde uderzenie o drewniany blat przybliżało ją do wygranej. Aż w końcu, gdy po raz kolejny zebrała ze stołu full, klasnęła w dłonie wyraźnie uradowana. Przesunęła bliżej siebie stosik monet, obserwując jak młynarz odchodzi z niczym. I nie sądziła, że tak szybko znajdzie się kolejny odważny.
Wyciągnęła się w jego stronię, wyraźnie zainteresowana. Przebiegłszy wzrokiem po posągowej twarzy, od razu zorientowała się, że młody mężczyzna nie jest stąd. I to zaintrygowało ją nawet bardziej niż jego nieoczekiwana pewność siebie.
– Naiwność potrafi rozbawić – odpowiedziała krótko, gdy wśród kłębiących się po pomieszczeniu słów, dotarł do niej tembr jego głosu. W jasnych oczach błysnęło jednak coś, co na dłuższą chwilę przejęło jej uwagę. Nie znała wartości monety, którą mężczyzna tak zachęcająco obracał w palcach, ale nie miało to znaczenia, bo zamiast wybitego symbolu, ta zdawała się ciążyć w zupełnie inny sposób – Zaczynaj.
Wrzuciła do kubeczka ciepłe od dłoni kości i bystrym wzrokiem przebiegła po dużych, męskich dłoniach, które nie zdradzały przywiązania do stawki.
Esme
Przez krótką chwilę zdekoncentrowały ją kolejne spojrzenia, wwiercające się w jej dłonie. Ciekawscy, którzy lgnęli do stolika, tylko czekali, aż podejmie jedną złą decyzję. Aż pójdzie o jeden rzut za daleko. Wtedy rozpoczęłaby się bitwa o jej stołek i możliwość zagrania z obcym, zmanierowanym bogaczem. Ale cóż, było to zbyt zabawne, by mogła tak łatwo z tego zrezygnować.
OdpowiedzUsuńMimo spięcia, które utknęło gdzieś pod opadającymi na ramionach jasnymi falami, pod jej nos wpełzł uśmiech. Przeciwnik szczerze rozbawił ją bezwzględną pewnością siebie i wzmianką o fortunie. I kimkolwiek był, postanowiła przez chwilę upajać się jego dominującą aurą.
– To bylica. Skoro poznajesz ten zapach, to znaczy, że nie boisz się goryczy – odpowiedziała, rzucając kości na stół. Kilku gapiów wyciągnęło szyje w ich stronę, by po chwili wydać z siebie głośny świst.
Przewaga znów była po jej stronie, ale przeciwnik zdawał się nie tracić charakterystycznej konsekwencji.
Gdzieś za jej plecami ktoś nerwowo przesunął krzesło, jakby gra właśnie zaczęła dotyczyć więcej osób.
Znów przechyliła kieliszek, zabarwiając usta gorzkim połyskiem. Nocne ziele było jej sprzymierzeńcem, ale pozwoliło, by jej twarz skrzywiła się przy wzmiance o stracie. Poczuła, jak niepewność wdziera się niepostrzeżenie pod jej skórę, zostawiając po sobie chciwe wibracje. Poprawiła się na krześle i odrzuciła z policzków krótsze, świetliste pasma. Jej policzki, pobarwione smakiem nocy, zaróżowiły się jeszcze bardziej.
W końcu spojrzała na niego dłużej i chwyciła za trzy kości, którymi zamierzała rzucić raz jeszcze. Potrząsnęła kubkiem, próbując doszukać się w jego pociemniałym spojrzeniu, choć prześwitu zawahania. Nonszalancka postawa zdawała się nie mieć związku z wartością tego, co stawiał. Zaczęła zastanawiać się, kim był młody, przystojny mężczyzna, którego widok ewidentnie wprowadzał w osłupienie niektórych, ossanorskich hazardzistów. Dostrzegała, jak stojące nieopodal kobiety chwytały się za dekolty, zaczarowane jego drapieżnymi gestami. Z jaką ostrożnością zaczęła podchodzić do niego obsługa, oferująca trunki nadające się jako towarzystwo gry.
Był wyjątkowo niepokojący, ale ona była przecież zbyt ciekawska, by nie zanurzyć się w tym boju choć na chwilę.
Gdy na stole wylądowały trzy jedynki, skinęła głową na znak zakończenia gry. Wysunęła w jego stronę otwartą dłoń i uniosła do góry brew w oczekiwaniu, aż spadnie na nią wygrana moneta.
– Wysokie stawki są kuszące jeszcze bardziej, gdy nie zna się ich faktycznej wartości – szepnęła, uśmiechając się szerzej. To była gra w kości, a ona… miała tej nocy wyjątkowe szczęście. – Ale wygrana smakowałaby jeszcze lepiej, gdybym wiedziała, kogo jej pozbawiłam.
Gdy nieopodal stołu, pojawił się mężczyzna z tacą, chwyciła za jedno z naczyń, wypełnionych bursztynowym płynem. I z zaciekawieniem obserwowała, jaki będzie kolejny krok przeciwnika.
Esme
Jego słowa docierały do niej z pewnym opóźnieniem. Grzęzły w gęstniejącym powietrzu, wypełnionym wonią alkoholu i kłębami dymu. Układały się chaotycznie, w piramidę ciężką do rozczytania, wśród wrzawy i szeptów, splatających się w jedno tło.
OdpowiedzUsuńWzięła to powietrze do płuc, wdychając je cicho, racząc się cudzymi używkami i łudząc się, że odejmą to dziwne napięcie, trzymające jej ciało w gotowości.
Z pewnością będzie musiała skończyć tę noc w wypełnionej ciepłą wodą wannie. W akompaniamencie suszonych płatków i woni lawendy, rozluźniających ciało wraz z tańczącymi na cegle cieniami cienkich płomieni. Miała ochotę zrzucić z siebie suknię i cienką pelerynę, gładko opadającą na drobnych ramionach. Potrzebowała odetchnąć, bo pomimo wrodzonej, młodzieńczej waleczności była… zmęczona.
Cichnąca wraz z taflą wody noc, musiała poczekać, bo na razie wybrzmiała rozgrzanym od jego skóry złotem. Esme miała wrażenie, że duża moneta ostrzegawczo sparzyła jej skórę. Przecięła jej wizje i myśli, splotła z czymś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać. Mimo to, spróbowała zamknąć ją w dłoni. Nieskutecznie.
Gdy po stole potoczył się ciężki sygnet, wstrzymała oddech wraz z innymi zgromadzonymi. Przebiegła wzrokiem po nieznanej pieczęci. Zdobna litera i kilka ozdobników, które w przyciemnionym świetle Domu tylko grały z jej zmysłami. Z trudem powstrzymała dziecięcą ciekawość, choć jej brwi lekko zmarszczyły się, a wzrok powędrował w kierunku nowej stawki.
Gra zaczynała nabierać zupełnie innego tempa i powagi. Przestała być pijacką rozrywką o niewiele warte miedziaki. I sama nie wiedziała, czy bardziej ją to przeraziło czy obudziło w niej coś znacznie gorszego.
Bo gdy pochylił się w jej kierunku, poczuła jak rośnie w niej zachwiana pewność siebie.
– Chętnie poigram z losem. Zwłaszcza obcym – coś błysnęło w jej spojrzeniu, jakby przywołanie dawnych zwyczajów. Bo przecież wtedy jeszcze bardziej bawiła ją ta męska pewność siebie, możliwa do zniszczenia jednym, krótkim dotykiem i szeptem odbijającym się miękko od szorstkich zarostów.
I nie mogły zaboleć ją jego słowa. Bo miała niewiele. A to, co miała – prędzej by sama spaliła, niż oddała. I zbudowała na nowo. Choćby tym samym, podłym kosztem.
Zgodnie z poleceniem, przesunęła dłońmi po blacie, przysuwając na środek kopę monet i kilka świecidełek. Te jak zwykle, interesowały ją najbardziej, toteż na myśl o złotym sygnecie, nerwowo przygryzła wargę, pozostawiając kroplę tak krwistą, jak niewielki kamień, wbity w jego podstawę.
Rzuciła kośćmi pierwsza.
Dwie piątki, które nie mogły dać jej wygranej. Rzuciła raz jeszcze.
Skucha.
Wstrzymała na chwilę oddech, ale oparte o blat łokcie, nie poruszyły się ani o milimetr.
Niewiele mogła stracić.
– Możesz zacząć marzyć o swojej wygranej i o tym, jak daleko mnie zabierzesz. Ale tylko przez chwilę. – spojrzała mu w oczy, pozwalając, by płomienie świec zatańczyły naprzeciwko. A później dmuchnęła w bok, pozwalając, by do nozdrzy wdarł się zapach palonego knota.
Wysokie świece, które oświetlały blat, umożliwiając innym dojrzenie stanu gry, zgasły.
To była ich brudna gra.
nieugięta
Wiedza, zwłaszcza umiejętnie wykrozystana, była potęgą, dlatego słuchała uważnie wiernych Szeptów przynoszących jej wieści nawet z najbrudniejszych, najciemniejszych zaułków Ossanoru. Dlatego też informacja o tym, że miasto zaszczycił sam następca tronu Aldrenu trafiła do niej zapewne szybciej, niż Alistair zdążył rozpakować swoje kufry i odbyć pierwszy spacer uliczkami miasta. W przeciwieństwie do małych, ciemnych sekretów, wiadomość ta była niczym światło latarni w czerni nocy. Po prostu nie mogła ujść niczyjej, a już zwłaszcza jej, uwadze.
OdpowiedzUsuńWidziała, jak Ossanor rósł w siłę, którą dysponował dzisiaj. Była jednak wystarczająco wiekowa, by nie skupiać na nim całej swojej uwagi. Były chwile, gdy wędrowała dalej, szarpała sznurki i przestawiała pionki na szachownicy historii również w innych krajach, między innymi właśnie w Aldrenie, do którego miała szczególny sentyment. W ciągu swojej długiej podróży po powierzchni, to tam, prócz Ossanoru, zagościła najdłużej, a gdy odeszła, zostawiła za sobą wiele opowieści, do tej pory wzbudzające w niej rozbawiony uśmiech.
Między innymi o tym, jak doprowadziła do rozłamu religijnego. Podobno wielu wciąż stało po stronie kapłanów, którzy twierdzili, że była wiedźmą, która rzuciła klątwę na króla Valeriusa, zupełnie jakby nie wystarczał jej urok osobisty i charyzma, aby ten odwrócił się od swojej ówczesnej małżonki. Nie aspirowała jednak do zostania królową, na tym nigdy jej właściwie nie zależało. I bez tego osiągnęłaby to, na czym jej zależało, nawet jeśli przez krótki moment korona na skroni wydawała się czymś ciekawym i interesującym. Zupełnie też jak mężczyzna, który stracił dla niej wtedy głowę.
A jednak do Valeriusa żywiła swojego rodzaju sentyment. Miał w sobie coś, co sprawiało, że nie chciała go traktować jedynie jako kolejnej marionetki, której sznurkami mogłaby pociągać. Rozwój, z którego słynął Valerius, osiągnęli razem. Często okupiony krwią i ogniem, jednak czy aby świat szedł na przód, nie było to konieczne?
I chociaż minęło już tyle lat, to jednak sentyment wciąż pozostał. Dlatego tym bardziej była ciekawa Alistaira. Z tego, co opowiadały jej Szepty, był bardzo podobny do swojego pradziada. Musiała jednak przekonać się o tym osobiście. Czekała więc. To, że prędzej czy później na siebie wpadną, było więcej niż pewne.
Nie spodziewała się jednak, że będzie to aż tak dosłowne.
Niemal słyszała, jak kilku postronnych biedaków niemal wstrzymało oddech na widok tego, jak bezceremonialnie na nią wpadł. Gdzieś za jego w plecami, w ciemnościach, w ledwo widocznym promieniu światła błysnęło zimne ostrze sztyletu jednego z Szeptu. Młody elf, uważnie obserwujący swoją panią, nie zrobił jednak nic więcej. Maureen pozwoliła sytuacji toczyć się swoim naturalnym biegiem.
Zachwiała się więc, pozwoliła chwycić za ramię i ochronić przed upadkiem w błoto i szlam pokrywające bruk. Wyprostowała się i, świadomie lub nie, spełniła jego oczekiwanie. Chociaż domyślała się, co ujrzy, nie spodziewała się, że dawny sentyment wybudzi się tak nagle i gwałtownie.
– Cóż, Ossanor potrafi zawrócić w głowie… choć tracenie czujności może okazać się bardzo ryzykowne. Zwłaszcza dla kogoś takiego, jak wasza książęca wysokość – powiedziała spokojnie, przywołując na twarz chłodny, uprzejmy uśmiech. Zbyt długo grała w te gry, by zdradzać się ze swoimi emocjami. Umiejętność ukrywania miała niemal równie wielką moc, co wiedza, którą zdobywały dla niej Szepty.
Choć tym razem wcale nie przyszło to z łatwością. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że cofnęła się w czasie, bo przecież tamte złote oczy zamknęły się w wiecznym śnie już dawno, dawno temu, pozostając jedynie wspomnieniem. Podobnie jak dobrze wystudiowany, uprzejmy uśmiech, czy spojrzenie złocistych oczu, które, była pewna, gdy chciał, potrafiły grzać jak promienie słońca, teraz jednak bardziej przypominały wpolerowane sole – złote, błyszczące i zimne. Jej uśmiech uśmiech zmienił się. Stał się bardziej szczery, przez co również odrobinę kpiący. – Powinnam czuć się urażona, że książę i dyplomata Aldrenu zamiast zaszczycić mnie wizytą, woli kręcić się po targowisku – odpowiedziała przewrotnie na jego pytanie.
UsuńEleono... yyy... Maureen
Serce dudniło jej w piersi, skrywane pod materiałem cienkiej sukni. Drżała, schowana w bezpiecznej ciemnicy, pozwalającej na odrobinę oddechu. Bo to znów była cudza gra, a ona jeszcze nie znała swoich zasad.
OdpowiedzUsuńKiedy stół znów zabrzmiał ogniem, wzdrygnęła się z niedowierzania. Choć nie znała w pełni ceny wygranej, zrozumiała, że jej przeciwnik właśnie przegrał coś bardzo cennego. Coś, czego nigdy nie powinien był stawiać.
Sygnet syknął za sprawą płomienia, jakby chciał potwierdzić zmianę właściciela. Domyślała się, że był jakąś ważną, rodową biżuterią… prawdopodobnie drogą i bardzo starą. Co jednak kryło się za (z pewnością) charakterystycznym emblematem – nie wiedziała. Bo była sobą. Esme. Dziewczyną bez nazwiska i rodziny. Dziewczyną, która nigdy nie wyściubiła nosa z Ossanoru, i choć spotykała wielu, nigdy nie dane jej było w pełni posmakować obcości. Córką podrzędnego demona i kobiety, która miała trochę oleju w głowie, by pozbyć się zamglonego szlamem balastu.
Bo tym właśnie była. I nawet wielkie bogactwo nie mogło tego zmienić.
Mimo to, tańczące na jego twarzy emocje, wznieciły w niej niepokojący żar. Satysfakcję.
Wyciągnięta dłoń, zastygła nieco ponad sygnetem, badając jak struktura czasu miesza się z tornadem wrażeń. Powietrze wokół nich drżało, jakby odbijane tonami obcych serc, bijących w zupełnie innym rytmie.
Chwyciła ciężki pierścień w drobne palce, pozwalając by jego ciężar rozlał się po świadomości. Obróciła go kilkukrotnie, próbując rozczytać sygnaturę wybitą na wnętrzu obręczy.
Spojrzała na niego spod jasnych rzęs.
– Fortuna kołem się toczy – zakpiła, sumując wylewane przez niego słowa. Ona sama, jak to miała w codziennym zwyczaju, znów powiedziała niewiele. A mimo to, jej błękitne jak morska toń tęczówki, zdradziły znacznie więcej. I roześmiała się w głos, ze szczerą, niemal dziecięcą radością. – Nalejcie temu nieszczęśnikowi gorzałki! – krzyknęła, chowając kosmyk włosów za uchem, a jasne fale znów zakryły symbol, który jawnie zdradzał jej przeszłość. Teraz nie miał znaczenia, bo przez moment była tak bogata i biedna, jak nigdy dotąd – Na razie pozostanę co najwyżej rywalką.
W końcu wsunęła sygnet na palec. Był dużo za duży, ale nie przeszkodziło jej to w uniesieniu do góry dłoni w geście wygranej.
Gdy kelner przyniósł tacę w przeźroczystym trunkiem, z hukiem postawiła przed mężczyzną jeden z kieliszków. Sama przechyliła drugi ochoczo, pozwalając by gorzkość oblała jej gardło. I uśmiechnęła się znów.
Wygraną wsunęła do przewieszonej przez biodro sakiewki, obleczonej haftowanym sznurkiem. Kołysał się wraz z subtelnym ruchem jej bioder, gdy wstała i odeszła o kilka kroków.
Pochyliła się nad nim, pozwalając, by kaskada jej długich włosów spłynęła po jego ramionach. Bezczelność przemówiła także przez nią.
– Gdy słońce wzejdzie… – zaczęła cicho, jakby miała powierzyć mu ratujący sekret – … pójdę do pracy. I żadna fortuna tego nie zmieni.
Odwróciła się radośnie na pięcie, zaczepiając rękawem o wysoki kant krzesła. Fioletowa wstążka z jej dłoni rozwiązała się niepostrzeżenie i opadła na biel jego koszuli.
Zniknęła za drzwiami, zostawiając za sobą przekleństwa, huk szkła i gorycz.
A przecież nie został z niczym.
wygrana dłużniczka
To była tylko noc. Miała słodki smak, ale zapiła ją gorzkim alkoholem. Później zabarwiła się na fiolet, gdy upragnione spokoju ciało rozluźniało się w jednej z dużych wanien. Zwykle klęczała u jej boku dolewając mieszanek kąpielowych i muskając głodne odpoczynku mięśnie. Tym razem, sama go potrzebowała. Bo mimo naturalnej fasady walecznego kocura, rzadko kiedy emanowała taką pewnością siebie.
OdpowiedzUsuńTo, jak widać, udzieliło jej się od przeciwnika. Kimkolwiek był. I cokolwiek kosztowała jej wygrana.
Wpatrywała się w wygrany sygnet, próbując doszukać się charakterystycznych oznaczeń. Aż w końcu, przysuwając się bliżej paleniska, mogła odczytać zdobny grawerunek wewnątrz.
Kimkolwiek był, nosił sygnet aldreńskiej monarchii.
Zamknęła go szybko w dłoni, jakby w momencie przestraszyła się jego płomiennego światła. Serce zabiło szybciej, ale nie z ekscytacji. Strach był wypełniony obcym zapachem tytoniu i bogactwa, które sprawiało, że przez krótką chwilę pożałowała podniesienia tej rękawicy. Bo niby co miała zrobić z tak cennym przedmiotem?
Potrząsnęła nim na palcu, a ten zsunął się prosto do pachnącej lawendą wody. I gdy wyłowiła go z dna, przewlekła go przez cienki łańcuszek, wygrany przed laty w burdelowej grze. Absurd przywiał jej na myśl cyniczny uśmiech, którym mężczyzna obdarzał ją tamtej nocy. I choć sama nie mogła powstrzymać się od uniesienia ku górze kącików ust, wiedziała, że ten popełnił wielki błąd.
Jego prędka wizyta nie zdziwiła jej przesadnie, a jednak… wzdrygnęła się, gdy od jej pleców odbił się tembr jego głosu. Pochylając się nad wrzątkiem, nabrała mocno powietrza, pozwalając by para wypełniła jej płuca.
Całe szczęście, łaźnia była pusta.
To było jej naturalne środowisko. Jej miejsce. I dlatego, ta gra miała przebiegać na jej pozbawionych tchu zasadach.
Nie odwróciła się od razu, pozwalając by podszedł bliżej i ukazał jej pustą dłoń. Tę samą, która z pewnością spędzała mu sen z powiek i przez którą przyszedł aż tutaj. Do jej małego interesu, w którym poprawiało się żywot albo igrało z nim w najzimniejszy sposób.
– Drugą szansę dla kogo? – stuknęła paznokciem w jego pusty palec i w końcu odwróciła się w jego stronę, unosząc do góry brew. Dobrze wiedziała, po co tu przyszedł i jego obecność znalazła się gdzieś w parze z ulgą. Sygnet ciążył na jej szyi znacznie bardziej niż się spodziewała. Nie był tylko wielką wygraną. Był pijackim wspomnieniem, iskrą w oku i niepokojącym ciepłem, który zaczął parzyć nawet ją.
Chwyciła za łańcuszek i wyciągnęła go zza materiału ciemnej sukni. Wciąż trzymał w sobie ciepło jej ciała. Zrównał się z puklami włosów, które wypadały z niskiego upięcia, pozbawionego ulubionej wstążki.
– O jakim porządku mówisz? O ile dobrze pamiętam, wygrałam go uczciwie. Postawiłeś sygnet z własnej, skoro tu jesteś, głupoty. – parsknęła, zerkając wymownie na zaciskającym się wokół jego nadgarstka fiolecie – Mogę oddać Ci sygnet. Możesz wziąć go sam. Ale co z tego?
Z zaciekawieniem wpatrywała się w malujące się na jego twarzy emocje. W blasku zachodzącego słońca, jego oczy błysnęły czymś w rodzaju łowczej szansy, powodując drżenie jej dłoni. Oparła je więc na kamiennym brzegu i wraz z jego krokami, odchylała się bardziej ku wodnej toni, mocząc końcówki włosów. Cofnęła ramiona o ułamek ruchu, tyle, by para zaczęła wspinać się po jej szyi, lgnąc aż do jego szczęki. Znała ten próg. Wiedziała, gdzie kończy się komfort, a zaczyna brak tchu. A on?
igrajmy
Gdy wzmocnił uścisk na jej ramieniu, zerknęła jedynie na nią z przelotnym zainteresowaniem, po czym znów wzniosła wzrok ku jego oczom z tym samym spokojem, który emanował z niej od samego początku tego niezwykłego spotkania. Patrzyła mu w twarz nie tylko po to, aby okazać swoją pewność siebie, ale też by szukać znajomych, tak dobrze znajomych jej cech. Grymasów, delikatnego drżenia kącika ust, na otchłań morską, nawet oczy zdawał się mrużyć w ten sam sposób, gdy ośmieliła się zachować co najmniej arogancko. Gdyby była naiwna, być może nawet uwierzyłaby, że oto stoi przed nią Valerius, choć w tak bardzo zmienionym otoczeniu. Była ciekawa, jak wiele łączy stojącego przed nią mężczyznę z tym, którego dobrze znała. Miała ochotę to odkryć, kawałek po kawałku. Byłaby to miła odmiana od ostatnio dłużącej się nieco codzienności.
OdpowiedzUsuń– Rozumiem… – przerwała na chwilę w zamyśleniu, przyglądając mu się z niemniejszą uwagą niż on jej. – Czuję się więc zaszczycona, że jego książęca wysokość tak bardzo pragnął spotkania ze mną, że niemal mnie stratował w tej nieszczęsnej uliczce. – Gdy wypowiadała jego tytuł, ton jej głosu balansował na granicy szacunku podszytego swojego rodzaju rozbawieniem. Było to… niezwykłe uczucie, znów mieć do czynienia z akurat tym rodem królewskim, do którego przez jakiś czas niemal należała. Wygładziła rękawy sukni, gdy ją puścił. Ciekawa była, czy był świadom obserwujących ich uważnie oczu, atmosfery, która zgęstniała nagle od chwili, gdy na nią wpadł. Rosły marynarz, który jeszcze chwilę temu gwizdał pod nosem, zamilkł nagle, jakby zdał sobie sprawę, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie, skulił jedynie ramiona, jakby chciał zniknąć i przemknął obok, mamrocząc pod nosem powitanie w kierunku Maureen. Ta jednak nie zwróciła na niego uwagi, w pełni skupiając się na Alistairze.
– Z pewnością zrobiłeś co mogłeś, by ukryć swoją tożsamość. I z pewnością gdziekolwiek idziej by ci się to udało. – W jej oczach mignęło coś na kształt pobłażliwości, jakby chciała mu dodać otuchy po tym, że jego maskarada zawiodła. – Jednak uliczki Ossanoru Szepczą dla mnie. I zadbałam o to, by robiły to skutecznie. – Nawet nie drgnęła, by wypatrzyć któregokolwiek z nich w cieniach. Dobrze wiedziała, że tam są. I nigdy nie zawodzą. Nie mogą.
– Dyplomacja potrafi być wspaniałą grą, o ile ma się godnych graczy. Niemal przypominałaby zwykłe targowanie, gdyby nie te subtelne, ukryte przesłania, które trzeba łowić między słowami. Czasem zwykłe niedopowiedzenie potrafi wszystko zrujnować. – Splotła dłonie za plecami, wolnym krokiem ruszyła dalej uliczką, zapraszając go spojrzeniem do spaceru. – Przekonać innych, że pragną tego samego, co ty, lub też na odwrót, że to ty chcesz spełnić jedynie ich pragnienia, to wielka sztuka, prawda? Para przekrzykujących się przekupek nie może być bardziej fascynująca.
– Jakże bym śmiała sugerować coś podobnego księciu Aldrenu – powiedziała z akcentem, który nie pasował do uśmiechu wciąż widniejącego na jej twarzy. Niemal wystudiowanym gestem uniosła dłoń, przyłożyła ją do piersi – Nazywam się Maureen Velathrys. I nie jestem nikim więcej niż uniżoną służką tego miasta. Filantropką, można powiedzieć… w pewnym sensie – dodała po chwili namysłu, sama rozbawiona tym określeniem samej siebie. – Jedynie spełniam życzenia. Choć gdybyś posłuchał innych… książę z pewnością zna potęgę plotki, jak coraz bardziej przekształcają się w niewiarygodne historie. – Znów spojrzała przed siebie, ponownie splatając dłonie za plecami, idąc wciąż wolnym krokiem ku światłu, które przy wylocie uliczki zalewało plac, gdzie zmierzali. – Z wielką przyjemnością mogę zoferować swoje wsparcie w Ossanorze… – znów spojrzała na niego z uwagą. – I brak fałszywych pochlebstw.
Maureen
Pomimo tego, że rozłożyste ramiona zamknęły ją w ciasnym półkolu, nie poczuła się schwytana. Jego bliskość, zamiast peszyć, wytężała zmysły, a ona z dziwną łatwością balansowała na obcej krawędzi.
OdpowiedzUsuńWciąż odchylona, czujnie obserwowała jak złość przebiega przez jego twarz. Spod jasnych rzęs, zerkała na niego, z lekko uniesioną brodą, a subtelny blask odbijał się od jej jasnej szyi. Obłoki pary, łapczywie oblepiały fragmenty odkrytych ciał. Osiadały na twarzach, przyklejając do skroni kosmyki włosów. Skraplały się na rozgrzanej skórze, spływając powoli po dłoniach i obojczykach.
Oddychała ciężej, ale nie ze względu na kołtuniące się wokół nich obłoki. Jego słowa przywoływały jej na myśl momenty, w których próbowano ją umniejszyć. I właśnie dlatego nie mogła mu całkowicie ustąpić.
– Karać? – zaśmiała się gorzko, zatrzymując spojrzenie w jego tęczówkach i przez chwilę trwała w zawieszeniu, powodując, że ciężar słów osiadał pomiędzy nimi, budując niewidoczną przepaść – Bogatym przychodzi to zbyt łatwo. Jakbyście nigdy nie poznali życia.
Spuściła w końcu wzrok, mocując go gdzieś powyżej jego skłaniającego się do niej barku. Przymknęła na moment oczy pozwalając, by ciepło rozniosło się po jej ciele, w poszukiwaniu odpowiedzi na dalszy krok.
Aż w końcu sięgnęła do swojego karku, odgarniając pęki grubych, jasnych włosów. Opadły posłusznie na jedno z jej ramion, a ona przesunęła palcami po delikatnej, zacieplonej skórze. Rozpięła tani łańcuszek i pozwoliła, by sygnet opadł dźwięcznie na jej dłoń. Obróciła go w palcach kilkukrotnie, obserwując jak jego łowczy wzrok pożera każdy jej ruch.
Westchnęła ciężko.
– Im dłużej musisz o nim mówić, tym bardziej traci na wartości. – szepnęła, powoli kładąc pierścień na jego otwartej dłoni. Przez krótką chwilę nie cofała dłoni, pozwalając by jego gładka skóra poznała szorstkość jej dłoni. Chwyciła za skrawek wstążki, która zamiast odwinąć się z jego nadgarstka, zacisnęła się mocniej. – Oddaję Ci pierścień, ale w zamian dasz mi coś cenniejszego. Coś, czego nigdy nie wystawisz na próbę losu. Czego nigdy nie przegrałbyś z byle kim. Tyle, że ja… – wspięła się na palcach i oparła dłoń o jego ramię. Wilgoć przyklejała koszulę do jego ciała, a ona poczuła jak tli się niemal żywym ogniem –… nie znam się na waszym bogactwie. – szepnęła niewinnie, tuż do jego ucha. Woń ziół zmieszała się z ciężarem jego wyższości. Zakłuła ją w piersi, bo przyniosła do świadomości wizje drzwi, które mogły się przed nią zamknąć, i takich, których otwarcia nigdy by nie chciała.
I natychmiast odsunęła się do gorącej pary. Wokół nich znów zgęstniało.
– A teraz się wynoś – znacząco kiwnęła głową, wskazując na zamknięte drzwi wejściowe. Nie łudziła się, że ta rozmowa cokolwiek zmieni. Była tylko dziwną, niespodziewaną zabawą, która zaczęła niebezpiecznie wdzierać się do odmętów jej myśli, w poszukiwaniu dawno zapomnianych uczuć.
I łudziła się, że wyjdzie, choć przecież wciąż pochylał się nad nią z taką samą wyższością.
Esme
Pozwoliła, by jego głos przedarł się przez mury. Milczała, obserwując jak rośnie przed nią w swoim wyuczonym majestacie. Jak jego sylwetka, coraz śmielej maluje się w ściennym odbiciu, a wzrok, coraz ostrzejszy, próbuje rozbić jej myśli po mokrych kaflach.
OdpowiedzUsuńChciała, by odszedł w milczeniu. By zabrał ze sobą skołtunione myśli i dźwięk opadającej na skórze pary. Wiedziała, że nie powinna przecinać słowami czegoś, co dopiero brało w niej kształt. To było zbyt nieznane. I zbyt drapieżne, nawet jak na nią.
Gdy zatrzasnęły się za nim drzwi, jej ramiona powoli zelżały, poddając się jej ruchom. Pochyliła się nad kadzią i nabrała pary w płuca. Subtelna woń róży w końcu dotarła do jej nozdrzy, budząc kojące ciepło.
Coś w środku powiedziało jej, że to spotkanie było tylko przerwą między kolejnymi partiami, jakie mieli między sobą rozegrać. A ona, poczuła się zmęczona unoszoną do góry brodą i migotaniem w jego jasnych, niebezpiecznych oczach.
Chwyciła za płócienny worek i próbując odszukać w nim suszonych, zamkniętych główek rumianku, pozwalając zająć się dłoniom czymś prostym i znajomym. Kojąca normalność nie trwała jednak zbyt długo, bo znienacka, ossanorski podmuch wiatru przywiał do jej ucha ten pełen nieustępliwości głos.
Ścisnęła w dłoni kilka kwiatowych główek i niedbale wrzuciła je do wrzątku. Westchnęła, a w jej spojrzeniu przemknęło coś na kształt rezygnacji.
Pierścień zaświecił światłem płomieni, gdy tak pospiesznie rozpinał koszulę. Jej materiał, ledwie wyschnięty, obłapiał jego opaloną skórę. Choć przyzwyczajona do nagości, utknęła w tym miejscu na dłużej, niż powinna.
– Dwadzieścia soli. Połóż na ławie. – kiwnęła głową na znak przyjęcia jego słów. Nie miała powodu, by odmówić mu kąpieli. W Ossanorze były co prawda inne przybytki tego typu, jednak to do Esme ludzie wracali z ciekawością. Zwłaszcza, odkąd znów roznosiła się plotka o kolejnym udanym podtopieniu i wizji, która młodemu wdowcowi miała odmienić los na zawsze.
Wskazała mu jedną z pustych wanien, umiejscowioną za bordową kotarą. Pomyślała sobie, że w przypadku niespodziewanego klienta, widok odkrytego ciała ważnego pana mógłby okazać się prawdziwą sensacją. A ona, pewnie umarłaby ze wstydu, gdyby ktoś w jej łaźni próbował zajrzeć za kotarę w… nieodpowiednim momencie.
Od razu zaczęła nosić wiaderka z ciepłą wodą. Jej drobne dłonie, kurczowo zaciskały się na skrzypiących uchwytach, a ramiona, choć szczupłe, napinały skalane pracą mięśnie. Prosta suknia opływała po jej ciele, czasem zadzierając się lekko, gdy unosiła się na stopniu i przechylała naczynie nad wanną.
Ignorowała go, choć ten charakterystyczny zapach, czasem dobiegał do jej nozdrzy, przypominając o jego obecności. Tylko raz, stuknęła go biodrem, gdy zapatrzony w niewiadomym kierunku, zagrodził jej drogę.
Jej policzki poróżowiały, a usta pokryły się blaskiem ciepła. Podwinęła rękawy i na moment oparła się o brzeg.
– Za wolno się rozbierasz. Wszystko ostygnie. – mruknęła przekornie, unosząc do góry brew – Nie sądziłam, że tak szybko zmienisz zdanie.
To ostatnie, wyrwało jej się mimochodem i na samo to wspomnienie, skrzywiła się do siebie. Odwróciła się do niego tyłem i znów wspięła się na palcach, by postukiwać palcem po lśniących buteleczkach.
– Przygotuję coś odpowiedniego – rzuciła bardziej na przykrycie własnych słów. Chwyciła za jeden flakon i dwa małe pudełeczka – Chociaż zaczynam wątpić, czy odprężająca kąpiel jest tym, co ci wystarczy.
Odwróciła się w jego stronę i choć jej spojrzenie chciało pozostać w ciemniejącym wokół nich kącie łaźni, znów spoczywało na rodowym sygnecie, sunącym po jego ciele.
czujna
Cieszyła się, że przez moment zniknęła za kotarą, bo jego słowa wezbrały w niej zupełnie niepokojący gniew. Lśniące od oleju palce, kurczowo zacisnęły się na buteleczkach. Wywróciła oczami, jakby miało jej to dodać otuchy i od razu pożałowała, że pozwoliła mu znów zniszczyć jej bezpieczną ostoję.
OdpowiedzUsuńJego uniesiony głos, z pewnością zaprawiony w wywoływaniu służby, trafił teraz prosto do niej, a ona wiedziała, że to zaledwie zaproszenie do wspólnej potyczki.
Praca i pochodzenie jej nie definiowały. Wiedziała to, choć obca wyższość próbowała przygniatać jej przygarbione plecy i wydrzeć z niej płomień pewności siebie, który tlił się w niej zawsze i mimo wszystko. Z uniesioną głową i powolnym krokiem wyszła zza kotary, pozwalając mu cieszyć się jej posłuszeństwem.
Trzymała w dłoniach lustrzaną tacę z kilkoma buteleczkami. Postawiła ją na brzegu, tuż obok ceramicznego naczynia z wrzątkiem.
– Ale teraz jesteś w moim świecie, panie losu – rzuciła szorstko, przypominając sobie, że wciąż nie zdradził swojego imienia. I choć nie miało to żadnego znaczenia, poczuła, że jego majestat coraz chętniej wybija w niej swoją pieczęć.
Odchrząknęła nerwowo, choć szczerze bawił ją fakt, z jaką łatwością przychodziło mu przyjmowanie koronnej, pełnej wywyższenia maski.
Wyciągnęła w jego kierunku dłoń, by musnąć wodę opuszkami palców i skrzywiła się mimowolnie. Chwyciła za ciężkie naczynie i nie bez wysiłku, wlała trochę ledwie przestudzonego wrzątku do wanny, dbając by cienki strumień spadał wprost na jego odsłoniętą skórę. Ich spojrzenia skrzyżowały się drapieżnie, jakby w oczekiwaniu na skok.
– Ta kąpiel może dać ci dokładnie to, czego chcesz. – szepnęła zgodnie z prawdą i chwyciła za jeden z flakonów. Wlała jeszcze trochę wody różanej, której lekki aromat zaraz przełamała sproszkowanym piołunem. Zapach stał się gorzki, niemal metaliczny, jakby próbował przypomnieć o tym, czym naprawdę był, ale działał dobrze na skłębione myśli i poalkoholowe rozkojarzenie. I jakoś tak, skojarzył jej się z jego bezczelnym wdarciem do jej spokojnego życia.
Klęknęła przy wannie, zupełnie zniżając twarz do jego poziomu. Wyciągnęła dłoń w jego stronię, w geście mechanicznym i położyła na kamiennym brzegu flakon z olejem z czarnej czereśni. I gdy on, wysunął rękę w jej stronę, w geście równie obojętnym i wyuczonym, zatopiła się w tej pełnej dworskości sytuacji, ignorując fakt tego fizycznego uniżenia.
Ujęła jego dłoń z taką obojętnością, że ta odbiła się od wodnej toni. Para zakłębiła się mocniej, wdzierając do nozdrzy dominujący zapach piołunu i ledwie wyłaniające się nuty róży. Ale to nie ona była kwiatem, prawda?
– Skoro tu jesteś, pewnie dobrze wiesz, co może Cię tu spotkać – przesuwała palcami po jego dłoni, uciskając poszczególne miejsca z dużą dbałością. Aż w końcu chwyciła jego nadgarstek i zacisnęła wokół niego palce na nieco dłużej, niż powinna. Pierścień zalśnił w jej oczach. – Twój oddany kapitan na pewno zdał doszczętny raport na temat mojej pracy. I o tym, że stąd nigdy nie wychodzi się takim samym. Niektórzy nawet… – urwała, bo drobne palce przesunęły pierścień po jego lśniącym od oleju palcu, ale tylko po to, by poigrać z jego lękiem, i wsunąć go z powrotem – … kończą w tej wannie dawne życie.
Nie wiedziała, czy jęknął, czy od zawilgoconych murów odbiło się echo jej brawury. Bez wątpienia w jej spojrzeniu znów zatańczyła iskra zwiastująca nadejście kolejnej, bardzo złej nocy.
po co naprawdę przyszedłeś?
Wysłuchała jego słów ze spokojem, który ukoił jej zgmatwane myśli. Bo to wszystko, co mówili do tej pory, w tej jednej chwili, przestało mieć znaczenie.
OdpowiedzUsuńZamarła na moment, by wejrzeć w toń jego lekko przymkniętych oczu, a potem powolnie, niemal rytualnie kiwnęła głową i wstała, wsuwając jego dłoń z powrotem do ciepła kąpieli.
Szybkim krokiem ruszyła w stronę drzwi, by zamknąć je na potężną zasuwę. Jej szybkie, głośne kroki zdradzały mieszaninę lęku i podniecenia, zwiastujące kolejny, wyjątkowo niebezpieczny rytuał. Ten sam, w którym mogła uśmiercić kogoś lub siebie. Ten sam, w którym można było stracić więcej niż tylko życie.
Wróciła do niego pospiesznie, a jej ciało, dotychczas skąpane w wolno opadającej parze, nabrało dzikości. Wyciągnęła się i pociągnęła za grube zasłony, odcinając ostatnie promienie słońca i kąpiąc ich jedynie w blasku własnej głupoty.
Ze skrzyni wyciągnęła szkatułkę, a z niej niewielkie zawiniątko. W lnianej szmatce, którą ostrożnie rozwinęła sobie na dłoni, leżały dwa małe płatki. Martwa lilia.
Położyła je na tej samej lustrzanej tacy, wciąż pachnącej wiśniowym olejem. Obok położyła czarną wstążkę, będącą równie nieodłącznym elementem całego rytuału.
Pochyliła się nad nim, ale jej spojrzenie nie zdradzało niczego prócz powagi.
– Woda nie baczy na bogactwa i tytuły. Zabierze Ci wszystko to, czego nie potrzebujesz. – szepnęła mu w twarz – Będę stała przed Tobą i śmiercią. Twarzą w twarz. Ale gdy o Ciebie zawoła, muszę znać Twoje imię.
Jej słodki głos, dotychczas melodyjny i wyważony, wybrzmiewał niczym wyrok. Odbijał się od ciężkich materiałów, spływających z wysokiego sufitu. Parujące kadzie, szeptały wraz z nią, a w oddali cicho brzęczał świat. Nie miał teraz znaczenia.
Usłyszawszy jego imię, znów skinęła głową, choć w jej piersiach osiadł nieznany ciężar, jakby wzięła pierwszy oddech pod wodą.
Mimo to, bez zawahania podeszła do niego i klęknęła tuż za jego głową. Oparła policzek o chłodny kamień i zerknęła mu w oczy, gdzieś przez parujące ramię.
Wysunęła w jego stronę dłoń z dwoma płatkami.
– Schowaj jeden pod językiem. Drugi jest dla mnie. To nie będzie spektakularne, ale możesz poczuć jakby coś zabierało Ci ciało. Oddam Ci je, choć może nie być to łatwe. – kącik jej ust powędrował ku górze. Jawiła się teraz jak inna postać – bez żalu i brawury, którą w niej wzniecał. Jej spokój osiadał szybciej niż gorąca para i w połączeniu z piołunem równie mocno koił, co drażnił.
Sama wzięła drugi z płatków i schowała go w ustach. Smak przywiał jej na myśl letni dzień po burzy.
Pospiesznie chwyciła za wstążkę i zakryła nią własne oczy, po czym oparła łokcie po dwóch stronach jego karku, pozwalając by słoneczne włosy musnęły jej skórę.
– To nie będzie zwykła podróż. Nie zobaczę Cię, póki na to nie pozwolisz. Nie widzę, żebyś mógł zobaczyć to, co zakryte – szeptała niemal cierpko, wprost do jego ucha. Czuła, jak toń niebezpiecznie drży za sprawą jego ciała. Jej zimna precyzja mogła być niespodziewana.
Znienacka wsypała do wody garść soli, wyciągniętej pospiesznie z sakiewki, która zawsze tkwiła na jej biodrach. I tą samą ręką, która w chaosie chwytała za kolejny krok, objęła go – ciepło i kojąco, układając brodę na jego ramieniu. Druga dłoń smagnęła męskie ramię, by po chwili zatrzymać się na jego szyi. Zacisnęła ją lekko, ale tylko po to, by odchylić jego głowę do tyłu. Chciała, by ostatni raz nabrał tchu.
Jako on. Alistair Valerius.
Przytrzymała go za żuchwę. Ostro i bez zawahania.
– Utopiłam w tej wannie kilka istot. I każda z nich odwiedza mnie nocą. – syknęła. Jej słowa, pełne skupienia i cierpkości, były wyważone bardziej, niż myślał. Musiała wyrwać go z rozmyślań na chwilę, by w tym wąskim, bladym przesmyku odebrać mu świadomość.
Dlatego chwyciła za jego włosy i energicznie wepchnęła go pod powierzchnię.
Esme
Wraz z jego ostatnim oddechem oddała swoją świadomość tylko po to, by jej myśli niebezpiecznie splątały się z jego wizją.
OdpowiedzUsuńPrzez chwilę próbowała odgonić nachalne obrazy, które za sprawą płatka paraliżowały ją, igrając z poczuciem kontroli. To było coś innego niż zwykle.
Kurczowo zaciskała palce na jego włosach i lekko zakołysała się, czując, jak jej pełne dusznego powietrza płuca wypełniają się wodą. Oddychała ciężko, czując, jak jej ciało, lekko bezwładne, opada na jego ramieniu. Mimo to, ostatkiem zmysłów, trzymała go pod powierzchnią wody, pozwalając by przez krótką chwilę zawahania, kołysał się wraz z utratą tchu.
I gdy jego świadomość zamilkła, zatrzęsła się mimowolnie, a po jej wąskich plecach przebiegł pełen przerażenia dreszcz.
Kasłała, próbując skrzyżować tonące obrazy z zakotwiczonym pomiędzy światami rytuałem. I gdy już miała przymykać z przerażeniem powieki, stało się coś, czego nie dane jej było doświadczyć jeszcze nigdy.
Przeraźliwy chłód przeciął jej skórę. Krzyczała, choć ledwie otwarte powieki nie mogły dostrzec więcej niż konturów świata. Wokół zapach mułu i czegoś, co potrafiła zjednać tylko ze śmiercią. Nie wiedziała, co się wydarzyło, ale przez ułamek sekundy, gdzieś między oddalonym o kroki głosem, a uderzeniem w inne, niewielkie serce, odniosła wrażenie, że znalazła się w odmętach jego wizji.
Wizji, w której nie miała prawa się znaleźć. Bo była obca. Nieznajoma. Zrodzona z brawury i chęci drapieżnych łowów – tylko. A ona, Esme, powinna być tylko jej przewodniczką.
Dyszała ciężko, a wraz z potrzebą wezbrania w płuca powietrza, wydobywała z siebie coraz głośniejszy krzyk, tak przeraźliwy, że przedzierał się przez kręgi świadomości, osiadając na mokrych ścianach łaźni.
Jej mięśnie rozpoznały w końcu uchwyt i tuż przed momentem wynurzenia, na krótką chwilę pchnęła go mocniej w toń, by już po chwili mógł odetchnąć z ulgą. Rytuał przebiegł dla niego poprawnie, ale ona, pozostając wciąż pół kroku za nim, zaczęła rozumieć, o czym była wizja.
I ta, choć wydawało się to bardziej przerażające niż cokolwiek, nie dotyczyła tylko jednego z nich.
Kłębiące się pod wstążką obrazy, nie mogły znaleźć ujścia. Topiły ją od wewnątrz, zalewając świadomość kolejnymi bodźcami.
Mróz, krzyk, płacz. Samotność, wola, kara. Zamek, pan, cierpienie. Aldren.
Była tam?
Dyszała ciężko, a jej oddech zamieniał się w krzyk. I choć wciąż klęczała u jego boku, przy pełnej pary wannie, coraz mocniej kuliła się na zimnych płytach, jak kajające się zwierzę, pełne strachu przed nieznanym.
Światy nie mogły znaleźć balansu między realnym przecięciem przeszłości, a tym co działo się w tej jednej chwili.
Jej ciało drżało, a spod czarnej wstęgi lały się łzy wielkości grochów. Nie była świadoma, co fizycznie robił z nią rytuał, bo jej umysł czytał tylko pełne bólu obrazy. Te, których nigdy nie powinna była zobaczyć.
– Potworem – szepnęła do nicości, a jej usta wydały tylko niemy krzyk.
Resztki układającej się świadomości, skierowały w jego stronę opadającą twarz z poprzyklejanymi kosmykami. Gdyby mogła coś powiedzieć, błagałaby by odpłacił się tylko zdjęciem wstęgi.
poza świadomością
Jej ciało drżało, jak pozbawione narkotyku. Karmiło się wizją, która przez tę krótką chwilę, uzależniła jej myśli, nawlekając ciasno szpulę jej świadomości. Nęciła pociągiem nieznanych obrazów, tak realnych, że pozbawiających tchu bardziej niż wodna toń. Odebranie ich jawiło się uciskiem w piersi i czymś, co tak ochoczo łapało ją za gardło. Kojarzyło się z rozerwaniem trzewi, równie bolesnym co sam krzyk, osiadający na jej małym, zmarzniętym ciele z transu. Ból był przeraźliwy, ale brak obrazów wydawał się być jeszcze gorszy.
OdpowiedzUsuńŚwiadomość z trudem mogła się rozwinąć, gdy Alistair zdarł z niej czarną wstęgę. Symbol zamknięcia wizji, domknięcia rytuału. Przez moment jej myśli próbowały odnaleźć się po właściwej stronie czasu. Badała nieobecnym spojrzeniem ledwie znajome mury i kontury świata. Opadała bezwładnie, z trudem wbijając kościste kolana w twardą posadzkę, by utrzymać resztki fizycznej równowagi.
Gdy dotknął jej zziębniętego ciała, z ulgą jęknęła, pozwalając wypłynąć ostatnim łzom. To one, będące nośnikami strzępków wizji, pozostawiały na jej skórze znacznie bardziej gorzki osad niż sam piołun.
Przegryzła płatek lilii i połknęła go bez słowa, pozwalając sobie zapłakać jeszcze przez chwilę.
Nie miała odwagi na niego spojrzeć, zwłaszcza, gdy rzucane pytania ostrzyły się na niej niczym kosa. Objęła się ciasno ramionami, przytrzymując opadającą suknię. Ta, nie wiedzieć czemu była przeraźliwie mokra – od łez, śniegu i pary, które łączyły się razem w niemożliwym węźle.
– Wizja wciągnęła mnie sama – szepnęła – Pierwszy raz.
Powoli podniosła głowę, a ledwie przytomne oczy spotkały się z jego spojrzeniem. Choć teraz łagodne i usilnie grzejące jej myśli, miały w sobie ten sam dziki chłód, który dostrzegła u mężczyzny z wizji. Przez krótką chwilę wydał jej się szaleńczo podobny do króla. Do Pana Aldren. Nie jak syn.
Jego władcze spojrzenie, przecięło mglistą wizję, ulatującą wraz z łaźnianą parą.
Zupełnie przerażona, padła do tyłu, odsuwając się od niego w pośpiechu. Znów jak zwierzę, dzikie i nieprzyzwyczajone do ludzkiego dotyku. Bała się go, jakby właśnie zapomniała o jego prośbach i tym, pozornie kojącym dotyku. Pisnęła, nie spuszczając wzroku z jego parującego ciała. Czekała na atak, wyrok, który mógłby przypieczętować po raz drugi jej los.
– Ten mróz i ból – zawyła znienacka, a szklane flakony zadzwoniły z cierpieniem – Czułam na sobie.
Spojrzała na swoje dłonie, obdarte i niemal sine. Bez zawahania wsadziła je do naczynia z gorącą wodą. Syknęła głośno, a gorący obłok wokół niej, otulił na moment wyziębione ciało. Mokre kosmyki przykleiły się do czerwonej twarzy, teraz jeszcze bardziej podobnej do tej, która wyła głosem demona. Palce zdrętwiały tak, jakby część tamtego zimna została w niej na dobre.
Powinna zedrzeć z siebie suknię i wszystko, co miała na sobie podczas wizji. Tamten głos wciąż szeptał w jej głowie, niebezpiecznie mieszając się z tym, który jawnie słyszała we własnej łaźni. Ale ona, wciąż zawieszona na krawędzi, nie mogła znaleźć racjonalnych odpowiedzi na te wszystkie wątpliwości, które urodziły się z niebezpiecznej brawury i jeszcze gorszej tęsknoty.
Tak, przeraźliwe dziecko wciąż żyło.
potwór
Każdy oddech w gęstej parze mocował ją w rzeczywistości. Z uwagą badała znajome kontury i kształty, których zwyczajność koiła jej zszargane zmysły. Piołun przestał pachnieć tak gorzko. Wydawał się teraz niczym w porównaniu z goryczą, tlącą się w jej gardle. Klatka wciąż ją paliła, jakby na znak zbudzonej ze snu prawdy.
OdpowiedzUsuńPodniosła się pospiesznie, gdy szykował się do wyjścia. Cieszyła się, że tak ochoczo odcinał się od tematu, który dla obojgu z nich zdawał się być wyjątkowo bolesny. Tyle, że ona, w przeciwieństwie do Alistaira, poznała ten jeden kluczowy element układanki.
Obraz zachwiał jej ciałem, ale odważyła się podejść kilka kroków bliżej niego.
– Magia sama wybiera, jak się objawi. Podobno nigdy nie bez przyczyny. – westchnęła ciężko. Bo choć była dopiero na początku tej wyjątkowej drogi, zdążyła już poznać twarz niebezpieczeństwa i wartości czarów.
Odprowadziła go do drzwi, ale wciąż trzymała odległość kilku długich kroków. Suknia niebezpiecznie ciążyła, próbując zakotwiczyć jej ciało w tej krótkiej, rzeczywistej chwili.
– Nie chcę pieniędzy. Mam wrażenie, że koszt, który poniesiemy, jest zupełnie inny. – szepnęła w progu, gdy odwrócił się do niej po raz ostatni. Spojrzała mu w oczy i w ciemniejącym obrazie miasta, nie wydawały się już krwiożercze. Miały w sobie żal i dziwny niepokój, który drasnął jej serce. Poczuła to samo.
Gdy odszedł, poczuła ulgę. Natychmiast zamknęła za sobą drzwi na zasuwę, głośno odsuwając się od świata. Zszarpała z siebie suknię, mając wrażenie, że wciąż trzyma w sobie nierealny mróz. Weszła do wanny, do połowy wypełnionej wrzątkiem. Pozwoliła, by woda zrobiła to, czego ona sama nie potrafiła – rozluźniła ciało, choć myśli wciąż kazały jej czuwać.
Wiedziała, że wizja zostanie pod jej powiekami na długo. Że przyjdzie też we śnie, próbując dopisać dalsze sceny. Czuła, że ucisk w jej piersiach pozostanie tam na długo, usilnie przypominając o wadze zrodzonego znienacka problemu.
Przegrany sygnet przyniósł coś więcej. Coś, czego oboje nigdy nie chcieli wygrać.
Kolejne dni przyniosły coś więcej niż niepokój. Mróz powracał jak echo. Ból pulsował niczym obca obecność, przypominając o sobie w najmniej spodziewanych momentach. Jego spojrzenie, jawiło się w odmętach jej pamięci czymś w rodzaju niepokojącej tęsknoty. Miała wrażenie, że gdy widziała go przed sobą, wizja trzymana była w sidłach ich wyparcia. Ale teraz, gdy nie było go obok, coraz śmielej igrała z jej wytrzymałością i ciekawością, która przecież dotychczas nie zgubiła jej tak mocno.
Ossanor miał kojący zapach. Prawdziwy i tnący wszystko, co nierealne. Sól osiadała na strzępkach suchych włosów, a wiatr tylko czekał, by wedrzeć się za kołnierze, przypominając o pełnej prostoty realności.
Wpatrywała się w zachodzące słońce. Horyzont, który tego wieczora wydawał się bardziej rozległy niż wcześniej. Badała wzrokiem bandery obcych statków, z uważnością zerkając na herby i symbole, które zazwyczaj tylko zbywała.
Deski oddalonego od świata pomostu, skrzypiały za sprawą jej powolnych kroków. Pozwalała bryzie smagać jej odkrytą szyję i jeszcze ciepłe od pracy dłonie. Chciała poczuć prawdziwy chłód i szorstkość Ossanoru, od którego tak często odcinała się we własnej łaźni.
Było późne popołudnie. Chłodne i zimowe, choć słońce z utęsknieniem przypominało o dalekich, gorących krainach. Tych, o których nie wiedziała zupełnie nic.
Oddech jednoczył się z cichnącym morzem, a myśli krążyły gdzieś w odmętach chwili. Upajała się naturą i zwyczajnością tej chwili.
Ale nagle, gdzieś w odbiciu słońca w lustrze Morza Kości dostrzegła coś, co przypomniało jej o tym złocącym się spojrzeniu.
– Jakie jest Aldren? – rzuciła przed siebie lekko. Do morza. Przez jakiś czas, nie usłyszała odpowiedzi, choć po jej ciele, jakby znikąd przebiegł dreszcz. Chłód zmieszał się z ciepłem, które niemal czule i znienacka otuliło ją niewidzialnym płaszczem.
Esme
Esme zadrżała, gdy męski głos, będący dotąd zszarganym wspomnieniem, wybrzmiał wokół niej. Odwróciła się niemal od razu, coraz mocniej czując, jak szumiące za jej plecami morze, próbuje obmyć jej ramiona. Zachwiała się, niemal niewidocznie, ale splatając dłonie na piersiach, nabrała pewności. Rękawy sukni podwinęły się niedbale, zdradziły przebarwienia jej przedramion. Żywokost, którego łamane i suszone korzenie używane były przez nią do kojenia w kąpieli stanów zapalnych i stłuczeń, zostawiały na jej skórze purpurowe plamy, tak niedbałe i oczywiste skutki pracy, której nie dało się upiększyć.
OdpowiedzUsuńMiał rację, nie spodobałaby jej się dworska wyniosłość i skrywane w wymyślnych mozaikach, ludzkie zakłamanie. Nie dbała przesadnie o własną prezencję, choć w jej gestach wciąż wyczuwalne były miękkie, pewne siebie maniery. Burdelowa codzienność nauczyła ją, jak mimochodem tkwić w pół gestu, pół słowa, czyli dokładnie tam, gdzie inni tracili czujność. Ale fizyczna praca powoli wymywała z niej wspomnienie tamtego życia, ucząc ją zmęczenia, które nie wymagało niczyjej zgody.
Szczerze rozbawił ją komentarz o własnej dzikości. Nie była przecież głupia. Wiedziała, że to w każdych warunkach da się coś ugrać.
Westchnęła, przeciągając wzrok po jego ciele tak długo, by w końcu dostrzec aldreński sygnet na jego palcu. Błysnął lekko, jakby na przywitanie.
Szorstkość, która wybiła z jego słów wyraźnie ją zdziwiła.
– Nie byłam nigdy w Aldren.– skłamała, choć przecież dopiero od niedawna stało się to wiadomym – Nigdy nie byłam poza Ossanorem. To miejsce mojej zguby i odrodzenia. – dodała, a podmuch wiatru porwał pukle jej włosów. Niektóre, uderzyły głośno o jego zdobny kaftan, naruszając bezpieczną przestrzeń pomiędzy nimi, pozostałe na moment wzbiły się w powietrze i plątając, zwiastowały jej przyszłość.
Z trudem je okiełznała, ale chwyciła je w pół i wsunęła pod dekolt sukni. Na jej twarz, spadały tylko drobne kosmyki.
– Mówią, że Aldren to piękny krajobraz, szablon i bogactwo. – przyznała. Turyści czasem korzystali z jej usług, a ona chętnie wypytywała o pochodzenie i zwyczaje. Interesował ją świat, choć nigdy nie planowała wypłynąć dalej niż do pobliskich wysepek. Lubiła wiedzieć, bo dawało jej to poczucie stabilności w tym niebezpiecznym świecie – Podobno w Aldren jest wiele ukrytych skarbów i, że większość tego, co najwartościowsze, skrywane jest pod ziemią. Ludzie naprawdę nie patrzą tam w oczy? – zapytała, jakby na przekór wlepiając spojrzenie w jego złote tęczówki – Słyszałam też, że w Aldren jest dobre wino, które potrafi rozplątać każdy supeł. Jeden z marynarzy obiecał mi przywieźć butelkę, ale ślad po nim zaginął.
Przygryzła wargę, z zaciekawieniem zerkając na rysy jego twarzy. Charakteryzowała się czymś innym, niż twarze mężczyzn z tego miasta. Prócz tego, że biła od niego ta specyficzna dworskość, jego twarz biła autentycznym słońcem. Miała wrażenie, że jego plecy są jak rozgrzany mur, a dłonie jak słoneczny cień.
Życie ją nauczyło, że wielkie obietnice były jeszcze większym kłamstwem. Choć nigdy nie była poza Ossanorem, wiedziała, że ludzie wszędzie są tacy sami.
Esme
W oczach Esme znów błysnęła dzikość, jakby wszystko, co przez ostatnie dni sprawiło jej ból, przestało istnieć. Obce wspomnienia, uleciały wraz z kolejnym podmuchem morskiego wiatru. Morze Kości koiło tych, którzy zasługiwali na chwilę pozornego spokoju.
OdpowiedzUsuńWzdrygnęła się, gdy jego dłoń powędrowała w stronę jej twarzy. Była zbyt świadoma i zbyt wyczulona, by zbyć ten gest mimochodem. Odsunęła się o pół kroku, o które on zbliżył się do niej przed chwilą. Przywykła do tego, że dotyk był tylko dotykiem – nic nie znaczącą fizycznością, konieczną do pracy. A jednak, gdy ciepło jego dłoni odbiło się od jej policzka, poczuła coś dziwnego i dawno zapomnianego.
– Ossanor też ma wiele sekretów i bogactw – szepnęła, jakby na znak tej tajemnej wiedzy, którą posiadała – Słyszałeś o Gwarantach? – przygryzła wargę, a spojrzenie stało się znacznie bardziej drapieżne. Podekscytowanie złączyło się z jej naturalnym instynktem przetrwania i młodzieńczą ciekawością, która przecież wciąż się w niej tliła – Ossanorska ziemia jest bardzo żyzna, choć dobrze je skrywa. Można je kupić u półprzytomnego elfa w kanałach, ale ja wiem, gdzie mogą rosnąć… Są słodsze niż wino i nie boli po nich głowa, za to działają jeszcze lepiej. – zaśmiała się szczerze. Jej policzki przybrały cieplejszą barwę, choć sama mimowolnie zadrżała za sprawą kolejnego podmuchu. Schyliła się po płaszcz, który wcześniej rzuciła gdzieś na podmokłe deski – był trochę bardziej odpowiedni na tę porę niż suknia z szerokimi, chętnie wpuszczającymi wiatr rękawami.
Zarzuciła go na ramiona i zawiązała mocny węzeł pod szyją. Długie troczki zakołysały się wraz z jej oddechem. Wysunęła spod płaszcza jasne włosy, tak by łagodnie opadły na fioletowy materiał. Te, przez krótki moment zalśniły nieznanym słońcem. – Ale nie wiem, czy aldreński książę połasi się o coś tak nielegalnego – znów zbliżyła się o krok, jakby pomysł na wieczorną wędrówkę zbudził w niej uśpioną odwagę. Przygryzając wargę, w charakterystycznym dla siebie geście podekscytowania, prowokująco spojrzała mu w oczy, jakby to ona chciała zagrać na jego lęku i odwadze. – Umiesz się w ogóle obronić? Tutejsze lasy są niebezpieczne, a ja nieczęsto zapuszczałam się tak daleko.
Lekko zadrwiła, lustrując spojrzeniem jego ubiór. Dobrze skrojony, czysty i wyraźnie drogi. Alistair dorastał w zupełnie innych warunkach, a jego wychowanie i nauki były dla niej czymś, z pewnością, zupełnie nieznanym. Na jego kaftanie widniało kilka symboli i oznaczeń, których nie rozumiała. Biła od nich jednak pozorna powaga i wyższość, jakby kryło się pod nimi coś więcej niż zasługi.
Prócz pijackiego ryzykanctwa i łowczego spojrzenia, nie wiedziała czego może się po nim spodziewać. I to ryzyko też jej się podobało.
Przesunęła dłonią po grubym materiale, by pod własnym płaszczem wyczuć niewielki sztylet, przytwierdzony do pasa. Nie mogła nim co prawda zadźgać niebezpiecznych bestii, ale zawsze mogła podciąć komuś gardło, gdyby zaszła taka potrzeba.
Esme
Uniosła do góry brwi, nie kryjąc rozbawienia. To jak bardzo próbował przekonać ją o własnej wyższości i wyjątkowo wyrachowanych umiejętnościach, splatało się trwale z tą nieokiełznaną, prostą dzikością, którą jaśniały jego oczy.
OdpowiedzUsuń– Ten ktoś sam chciał się utopić. I to najlepiej o nim świadczy – ucięła krótko, uśmiechając się ironicznie.
Minęła go i ruszyła w stronę lasu, trzymając szorstki, męski oddech kawałek za swoim ramieniem. Szli wąską ścieżką, prowadzącą na leśny trakt. Powinni iść nim do pierwszego rozstaju. Później na lewo i w dół, w stronę wąskiego i rwącego potoku i charakterystycznych skał, które nocą tak chętnie przybierały postacie niebezpiecznych bestii.
Gdy droga stała się szersza, a oni coraz dalej zostawiali za sobą gasnący Ossanor, zrównała z nim krok. Alistair był od niej sporo wyższy, a jego kroki zdawały się być nienaturalnie długie. Nie bez trudu utrzymywała jego tempo, ale nie zwalniała. Miała nadzieję, że uda im się trafić na małą polankę gdzieś za potokiem, przed całkowitym zmrokiem i nie zwiedzie jej żadna z nocnych dróg. Zresztą, szybki marsz zacieplił jej ciało i sprawił, że jej twarz nabrała żywszych barw, zupełnie niewidocznych w lgnącym półmroku.
Pobliski las znała dość dobrze, ale rzadko zapuszczała się daleko. Bliskie prześwity były bogate w surowce, z których korzystała, a gdy kończyło jej się coś rosnącego w głębokiej kniei, brała ze sobą znajomego elfa. W Ossanorze raczej nie chodziło się na spacery do lasu. Gęste połacie były niespecjalnie przystosowane do przechadzek i zwykle zmuszały do przedzierania się przez gałęzie i pajęczyny. Zwykle wybierano przybrzeżne ścieżki i niewielkie zagajniki na terenie dzielnic.
Ona spacerowała zwykle w ustronnych miejscach, pełnych ciszy, w których nikt nie szedł zbyt blisko. Do teraz.
Z księciem jeszcze nie spacerowała.
– Bardziej od strachu, czuję zaciekawienie. Jak aldreński książę poradzi sobie bez swojej prywatnej świty? Co powiedziałeś swojemu kapitanowi, że studiujesz rodzime maszynopisy i dbasz o dobre stosunki… z Ossanorem? – w jej głosie było trochę złośliwości, ale przeważała w nim szczera lekkość. Wszyscy, którzy znali Esme, wiedzieli, że jest zadziorna. Że ma w sobie mnóstwo zwyczajności i tę szczególną lekkość, która sprawiała, że nawet ryzyko wydawało się chwilą zabawy.
Zaczęli iść w dół, po śliskich kamieniach. Gdzieś w oddali szumiał strumyk, ale wciąż pozostawał niewidoczny dla ich oczu.
Chwyciła za skrawek sukni i podwinęła ją ku górze. Mimo, że wysokie drzewa skutecznie maskowały wiatr, jej nagie kostki smagnęło zimne powietrze. Zachwiała się, ale zacisnęła pięści i zrobiła kilka kolejnych kroków, mając nadzieję, że za chwilę stanie na nogach pewniej. Ossanorski las nie lubił zawahań.
Esme
Ten mechaniczny gest nie spowodował skurczu jej ciała. Był zwyczajny, puszczony mimochodem – tak podobny do tych, które charakteryzowały także ją. Jego dotyk zarejestrowała dopiero po chwili, gdy skórzana rękawiczka zaskrzypiała przy jego ucisku. Odetchnęła z wdzięcznością, zerkając na niego z dołu, ale też wywróciła oczami na jego słowa.
OdpowiedzUsuńKsięciunio był księciuniem, nawet gdy łowił za normalnością i nie baczył na protokół, choć musiała przyznać, że w lustrze pobliskiego potoku wkrótce odbił się jego zwyczajny, pozbawiony złota cień.
– Tutaj, jestem Twoją jedyną świtą. – mruknęła przekornie, zaznaczając w głosie teatralny zawód. Dla równowagi, przytrzymała się korzeni drzew, które wyrastały na wysokości jej głowy. Schodzili w dół, by znaleźć się w końcu na brzegu strumienia – Nie przypilnuję Twoich pleców, bo pewnie nie wziąłeś wina. Ale może zaprowadzę Cię tam, gdzie sam poczujesz, że nie na wszystko trzeba mieć rozkaz.
Resztę połknęła razem z oddechem i ochoczo zeskoczyła z ostatniego kamienia. Poprowadziła go wzdłuż skał, wąską drogą pomiędzy drzewami. Nieopodal, w niepokojącym prześwicie, jawił się pełniejący, srebrzysty księżyc. To od niego odbijała się jej jasna skóra i włosy.
– Blisko. Ta wyprawa jest warta każdej blizny, która pozostanie na Twoim nieskalanym ciele – zaśmiała się znów, zdając sobie sprawę, że rozmowa z nim nagle przybrała inny obrót. Była niepokojąco serdeczna, wyjątkowo niezakłamana. Słowa ulatywały jak wiatr i lekko osiadały na nich z chęcią utrzymania tej zwyczajnej uwagi. Nieposkromiona drapieżność tamtych wieczorów ustąpiła miejsca czemuś cichszemu. Z dziwną lekkością stawiała przed nim kroki, nie czując na sobie ciężkości jego osoby i niebezpieczeństwa, które czasem znajdywała w jego oczach.
Chwyciła się skał i przecisnęła przez wąską szparę pomiędzy nimi. Miała nadzieję, że jego wszystkie drogocenne świecidełka zmieszczą się w przesmyku i nie obiją od ostrych elementów. Zesłałaby na siebie złość całego Aldren. No, prawie.
Dźwięk przeciął ciszę, odbijając się od szumu leśnego płaszcza. Znaleźli się na małej polance, wokół której wiatr cichł, a światło księżyca padało lekko, jakby cała natura chciała schować to miejsce przed wszystkimi, wygłodniałymi spojrzeniami.
– To tu! – klasnęła w dłonie, ale w tle odezwało się coś jeszcze. Odwróciła się do niego, szczerze uradowana. Chwyciła go za rękaw i pociągnęła w stronę zwalonego drzewa, leżącego tam pewnie przez dekady. Padła na kolana, zupełnie nie zważając na wilgotną ziemię i zaczęła zbierać niewielkie, połyskujące na niebiesko grzybki – Gwaranty!
Wybrała jeden z nich i położyła na jego otwartej dłoni. Widziała, że Alistair przez chwilę waha się przed spróbowaniem go, więc przygryzła lśniącą wargę i wsunęła jeden z nich do ust. Niemal od razu zalała ją fala cukrowej słodyczy, a coś zakazanego zaczęło mrowić usta i język. Po chwili poczuła także smak żywicy i czegoś w rodzaju sproszkowanej wanilii.
Gwaranty działały lepiej niż alkohol i nie było po nich kaca. Rozplątywały języki, wzbogacały obrazy świata. Co ciekawe, już w najstarszych księgach pisało się o tym, że mogą działać zupełnie różnie na poszczególne istoty. Każdy jednak wiedział, że z winem tworzyły mieszankę wybuchową, na którą nie każdy mógł się odważyć.
Oparła się o drzewo, szczerze zaciekawiona jego reakcją. Jej ciche spojrzenie spiło z jego warg ten charakterystyczny słodki smak.
jak zareagujesz?
Przyzwyczajony do mroku wzrok próbował opierać się feerii barw, która wlewała się do ich głów. Stare drzewa zdawały się robić wyższe, jakby chciały schronić ich przed światem, który zawsze brudził dłonie. Potok szumiał cicho i ciężko, a powietrze między nimi gęstniało i łagodniało na przemian. Mała polana w środku gęstego lasu zmieniała się z każdym spojrzeniem, coraz mocniej otulając ich swoim ochronnym płaszczem.
OdpowiedzUsuńEsme oparła głowę o pień, a w jej jasne włosy wsunęły się drobiny suchej kory. Wpatrywała się w niego spod przymkniętych powiek, pełna ciekawości i wciąż stalowego dystansu, który był jej definicją – choć teraz wyczuwalnie naprężoną. Choć to zimowa noc, nie odczuwała chłodu. Jej ciało, lekko spięte, powoli poddawało się działaniu narkotyku. Ciepło roznosiło się powoli, ale przyjemnie otulało ją od środka.
Rozwiązała troczki płaszcza, ale ten wciąż trzymał się na jej ramionach.
Powoli i niemal sprężyście przesunęła dłonią po wilgotnym mchu. Opuszkami palców wyszukała niewielkich kapeluszy, iskrzących się w pełniejącym księżycu. Srebrzysta łuna oświetlała ich lekko, sprawiając, że wszystko wydawało się piękniejsze i znacznie bardziej obnażone.
Wsunęła dwa małe Gwaranty do ust, dając się ponieść tej wspaniałej iluzji, tak chętnej by poza świadomością zmienić jej świat.
Dopiero gdy poczuła na policzku jego oddech, a cichy, niski głos dotarł wprost do jej ucha, zbudziła się ze snu. Słodycz, rozlewająca się po jej ciele, spotkała się z dreszczem, który wydał z jej ust ciche westchnięcie.
Jego słowa, tak nieprawdopodobne, wdarły na jej twarz skrępowany uśmiech. Rozgryzła mocniej twardszy Gwarant, a jego żywiczny posmak oblał jej gardło. Podkurczyła nogi i objęła je ramionami. Stała się niemal mała. Płaszcz lekko zaszeleścił na połaci lasu, igrając z rosnącą wokół ciszą.
– Myślisz, że życie tu, życie prostych ludzi jest piękne w prostocie – bardziej stwierdziła, niż zapytała. Chłodna dłoń zadrżała za sprawą wąskiego podmuchu wiatru, ale wciąż skubała małe guziki przy jednym z rękawów sukni. Esme przebiegła wzrokiem po jego anielącej się twarzy i oczach, które coraz mocniej zatapiały się w słodkości. Wyglądał beztrosko i ujmowało ją to w zupełnie nieznajomy sposób. – Prawda jest taka, że to jest walka o przetrwanie, wiesz? To kłamstwa, kradzieże i zabójstwa. Tylko po to, by w końcu dosięgnąć tego, co dla Was jest nic nie wartą, codzienną błahostką.
Zaśmiała się gorzko, ale w jej oczach dalej błyszczało. Przebiegała wzrokiem po konturach jego sylwetki, stapiających się z tą słodką, nierealną wizją. Pragnęła się w niej zatopić, zapomnieć o prawdzie, która każdego dnia ciążyła jak kamień przywiązany do stóp. A ona przecież wciąż walczyła, by nie pójść z nim na dno.
– Jestem żywa, bo w moim świecie trzeba targać za liny żeby nie utonąć i wspinać się nawet wtedy, gdy wszystko mówi, że nie warto ryzykować.
Mogła posmutnieć, ale Gwaranty robiły swoje. Malowały na jej policzkach koralowe plamy i zmiękczały jej głos. Mówiła cicho, jakby wszystko miało należeć tylko do tej jednej chwili, jakby czas przykleił się do nich jak wilgoć.
– Masz szczęście, że mam tylko sztylet – zagroziła niemal poważnie i zbliżyła się do niego jeszcze o kilka unoszących się pyłków – Wszystkie ofiary po prostu utopiłam. Ale potok zimą jest wyjątkowo płytki.
Drapieżny błysk w jej oku mignął tylko przez moment, by dać upust rozlewającej się w niej beztrosce. Sięgnęła dłonią po duży kapelusz Gwaranta i wgryzła się w niego niemal prowokująco, pozostawiając na ustach lśniące drobiny. Odgryzła połowę i wysunęła dłoń w jego stronę. Po drobnych palcach, w których tkwiła przeznaczona dla niego połowa, sączyła się słodka żywica.
Esme
Pomimo tego, że wciąż otaczał ich słodki świat, słowa Alistaira przywiały na moment chłód. Wyraźnie posmutniała, choć błyszczące, wielkie oczy jawnie zdradzały, że Esme zjadła wystarczającą porcję Gwarantów. Na ostateczny skutek trzeba było jednak poczekać jeszcze kilka chwil.
OdpowiedzUsuńSpuściła wzrok i przyjrzała się lśniącym palcom. Jego dotyk odnalazł ją w świadomości, jak coś na kształt głodu, którego nie dało się nakarmić słodyczą.
Pławiąc się przez moment w ciszy, przerywanej jedynie szeleszczeniem podłoża i cichym szumem strumyka, w końcu przysunęła palce do ust i spiła z nich słodki sok, a lepki ślad pozostał na jej wardze. Nie była do końca świadoma, że nawet te ciche gesty wciąż niosą w sobie wyuczoną sensualność i coś, co nie pozwalało przejść obok siebie obojętnie. I nawet jej spuszczony wzrok tego nie łagodził.
Nie prosiła się o to, ale też nigdy nie zwracała większej uwagi. Jej wychowanie i młodzieńcza praca zostawiły na niej piętno, które teraz topiła każdego dnia w łaźni. Odcinała się za sprawą fizycznej pracy i warstw gorącej pary, za którymi mogła się skryć i być po prostu nową sobą.
Jej palce znów zaczęły bawić się rękawem sukni, ale już zdecydowanie wolniej i mniej zręcznie. W końcu przeniosła na niego wzrok, a on dalej na nią patrzył.
– Nie zabiję Cię w tym lesie – mruknęła, uśmiechając się krzywo – Za bardzo boję się ciemności.
Jej przekorny uśmiech przywiewał na myśl cień, który nie dotykał, a i tak ciążył na ramieniu. I właściwie to nie był do końca żart. Od ostatniej napaści przez utopca, stała się zdecydowanie bardziej ostrożna i jeszcze bardziej zirytowana wszystkim, co tak chętnie rosło poza jej świadomością.
Odchyliła się do tyłu, ale wciąż trzymała głowę nieopodal ramienia mężczyzny.
– W takim razie miałam szczęście, że zabrałam tu odpowiedniego Valeriusa. Nie znam swoich rodziców, choć mogę się domyślać, że nosili w sobie coś wyjątkowo demonicznego. Czujesz to? – zapytała znienacka, choć pewnie zdziwiło ją to nawet bardziej niż jego. Mimo to, wanilia wciąż plątała jej język. – Podobno pachnę zapomnianymi wodami, pełnymi ludzkich bolączek, ale w twoich oczach nie widzę tego charakterystycznego niesmaku. Pewnie… nosisz w sobie ciężar równie wielu nocy. – wzruszyła ramionami, jakby te słowa układały wszystko w całość, która nie wymagała więcej słów. Zsunęła głowę na chłodny mech pod drzewem i odszukując w mroku jego dłoń, zachęciła, by zrobił to samo. Jej jasne włosy rozłożyły się na połaci niczym poduszka.
Spojrzała w gwiazdy, które za sprawą Gwarantów świeciły mocniej i układały się w dziwne wzory, których nigdy wcześniej nie widziała. Nie była w stanie ich teraz określić, bo halucynacja powoli przybierała na sile.
Na ich ciała, skąpane w mroku lasu zerkały wysokie skały, coraz mocniej przypominające monumentalne budynki w Aldren.
Przyłożyła policzek do zimnej ziemi, gdzieś na wysokości jego twarzy. Czuła, jak ciepło jego ciała paruje w pobliżu, dając dziwne ukojenie. Odetchnęła głośno.
– Mam wrażenie, że ta noc sama się zastanawia, jaką broń nam przeznaczyć. Ale może wyjdziemy z tego cało?
zaczyna się
Jego słowa, cierpkie w prawdzie, słodkie w okolicznościach przywiały na jej twarz uśmiech. Różowe policzki pokrywały drobiny lśniącego pyłu, który unosił się wokół nich, jakby coś czyniło na nich swój oddzielny, nieznany rytuał. W lekko rozrzuconych włosach wciąż szeleściły elementy kory i chrustu, tworząc balans między tym co prawdziwe, a tym co tak wyjątkowe.
OdpowiedzUsuńPozwoliła, by jej palce przykryła jego rozłożysta dłoń, a za sprawą tego gestu, polana w jej oczach pojaśniała. Malowały się wizje, nie do końca ujęte świadomością, sięgające czegoś, co siedziało w niej głęboko, a jednak przywiewając na myśl prawdziwe, szumiące na wietrze szczęście. Ścisnęła mocniej jego dłoń i wsparła się na ramieniu, by zawisnąć lekko nad jego leżącym ciałem.
– Niebezpieczne – powtórzyła, a z jej słodkich ust wypłynęło to niemal jak kusząca obietnica. Patrzyła na niego z góry, pławiąc się w anielskim uśmiechu i lśniących oczach, odsuwając w zapomnienie jego szorstki głos i drapieżny wzrok, wiszący ponad stołem w Domu Kości. To nie był ten sam Alistair. A ona nie była do końca tą samą Esme. Noc chciała dać im to, czego nigdy wcześniej nie otrzymali. Na tę jedną, słodką chwilę. – Wiesz, niemal każdy moment jest tu intensywna, ale nie w taki piękny sposób. Moje chwile zwykle pachną parą i fioletowym atramentem, który oblał moje dokumenty – oparła drugą dłoń gdzieś na wysokości jego ramienia, by w końcu zawisnąć nad nim w pełni. Długie włosy opadały na jego ubranie, muskały lekko jego szyję i kark, a ona czuła jak jego klatka piersiowa unosi się coraz mocniej. Zrównała z nim oddech, wdychając lekkie, leśne powietrze. – Wiesz, że cały czas kłamałam z imieniem? – zaśmiała się lekko – Nie znam prawdziwego. To usłyszałam gdzieś w porcie, a kobieta, do której się tak zwracano była jak zjawisko. Wokół niej unosiły się błyszczące łuny, które ciągnęły spojrzenia. Była taka piękna. Miała mądre spojrzenie, które szatkowało ludzi. Wtedy, uznałam, że też będę nosić to imię i może uda mi się być choć trochę jak ona. – wyznała szczerze, pozwalając wpłynąć do jej umysłu dawno zapomnianym wspomnieniom. Pochyliła się nad Alistairem niemal drapieżnie, przysuwając dłoń bliżej jego ciała. – Wiesz, że mam fałszywy glejt? Nawet nie wpisałam nazwiska, bo każde wydało mi się podejrzane… – roześmiała się w głos, dając ponieść się rozkoszom Gwarantów. Schowała twarz w jego ramieniu, jakby nie chciała, by ktokolwiek prócz niego czuł te same emocje. jak Śmiech z każdą chwilą uwalniał z niej więcej napięcia, ale bliskość jego ciała tłamsiła się gdzieś wewnątrz niej, w węźle szczęścia i niepewności, coraz mocniej zaciskającym się wokół jej nadgarstka, który mężczyzna znienacka wyszukał palcami.
Było jej dobrze. Małe ciało skąpane w gęstym mchu, przypominającym miękkie poduszki, na których nie spała przez lata. Ciepło, którym była otulona, dające jej poczucie bezpieczeństwa. Mrok, który nie oceniał jej osoby, ale dawał wybrzmiewać temu, co potrzebowała. Jego osoba. Bicie serca i ciepło, które nie przywiewało jej na myśl dusznych pokoi publicznych, w których rozkosz mieszała się z bólem.
W tej napiętej lekkości było coś kojącego.
Esme
Gdy jego głos wybrzmiewał cicho, tuż przy jej skórze, miała wrażenie, że świat dookoła zniknął. Została tylko bliskość, niebezpiecznie przyjemna, zbyt prawdziwa. Codzienne trudności i mroczna głębina, która tak chętnie brała to, co słabsze, na moment ją puściły, jakby same chciały sprawdzić, co wydarzy się dalej.
OdpowiedzUsuńUśmiechnęła się gorzko, gdy usłyszała z jego ust komplement, ale gdy pociągnął dalej, coś ścisnęło ją w klatce. Słowa Alistaira dosięgały głęboko, wydzierając z niej to, co utarte podczas brudnych nocy. Komplement był prawdziwy. Ujmował tę prawdziwość i waleczność, która majaczyła na jej niewidzialnym herbie.
Odetchnęła, z zachwytu i emocji, które błądziły gdzieś pod jej skórą. Czuła ciepło, które rozlewało się po niej szybciej niż za sprawą Gwarantów, zacierając granice między tym, co realne, a tym, czego pragnęła.
Nie mogła podziękować za te słowa, bo znów skąpał ją śmiech. A gdy drżała, za sprawą jego śmielszego dotyku, pozwoliła sobie nie cofnąć dłoni, jakby przez jedną krótką chwilę nie musiała już niczego udowadniać ani przed nim, ani przed sobą.
Gdy poczuła na sobie ciepło jego skóry, wzdrygnęła się. Oddech stawał się głośniejszy, ale ich ciała, wciąż w jednym rytmie, zdawały się prosić o więcej.
Jego wargi paliły słońcem. Spijały z jej ust resztki soku, jakby próbując popaść w większy i szaleńczy obłęd. Esme, przez moment zaskoczona, nie potrafiła odpowiedzieć tym samym, jednak tląca się w niej prawda była zbyt silna do okiełznania. Przywarła do niego, oddając się pocałunkom.
Położyła dłoń na gorącym torsie i wsunęła ją pod materiał kaftana. Cienka koszula oddawała jego żar.
To był pierwszy pocałunek od lat. Pierwszy, który nie niósł ze sobą brudu pieniędzy i konieczności. Choć jej myśli, za sprawą bolesnych wspomnień, czasem ulatywały w kierunku niepokoju, Gwaranty rozluźniały ją w mgnieniu oka. Jej drobne ciało, w jego nachalnych objęciach było dziwnie spokojne. Poddawała się temu dotykowi, po raz pierwszy czując, że naprawdę go pragnie. Wargi dotykały się drapieżnie, splatając między nimi więź, która miała zostać na dłużej niż mogli marzyć. Zioła, żywica i zapach nocy.
Odsunęła się na moment, a jej ciężki oddech trafiał w jego chłodny policzek. Uśmiechnęła się lekko, jakby na otuchę sobie i jemu, ale zaraz wsunęła dłoń dalej, próbując sięgnąć między guzikami jego koszuli, do jego słonecznego ciała.
– Hafty? Brzmi bardzo elektryzująco – przyznała rozbawiona. Bijące serce, skryte pod materiałem cienkiej sukni było wyczuwalne mocno i sprężyście, jakby próbowało wybić rytm ich kolejnych kroków – Może nauczyłbyś się czegoś od niej, hafty też wymagają wyjątkowej sprawności… – jej ramiona opadły mimowolnie, jakby ciało szybciej niż myśl godziło się na to, co nadchodziło. Z trudem wyswobodziła dłoń z jego węzła. Przez moment kotwica między jawą, a snem znikła, ale już po chwili, gdy Esme złapała go za policzek, pojawiła się ponownie.
– Marzyłbyś wtedy o kimś, kto jest zbrudzony bardziej niż myślisz. I kto musiał skłaniać się niżej niż na aldreńskim balu – drżała, a gdy jego dłoń przesunęła po jej kręgosłupie, dawno zapomniana blizna znów zapaliła żywym ogniem. I choć nigdy o niej nie mówiła, była głównym prześwitem jej świadomości między tym, co pachniało świeżymi ziołami, a zapachem taniego tytoniu i stygnącego ciała. – Ale dziś nic już nie ma znaczenia.
UsuńWsparła się na ramieniu, by znaleźć się na nim. Jej płaszcz, za sprawą jego dłoni w końcu zsunął się z jej ramion, odsłaniając bladą szyję i dekolt. Miejsca, które były przez nią tak chronione, a które dziś, miały oddać się pragnieniom na nowo. To było dla niej niemal rytualne, jakby zdzierała z siebie maskę, by w końcu pokazać się bez obrony.
Pogładziła go czule na policzku i pokręciła głową jakby z niedowierzaniem. Chwilę zawahania miarkował szum potoku i rosnące skały. Za ich plecami przybierały coraz bardziej wiarygodne obrazy Aldren.
Przywarła do niego z równą mu łakomością i złożyła na jego ustach pocałunek. Długi i zachłanny, jakby próbowała przypomnieć sobie co to znaczy bliskość bez bólu i zapłaty.
Jej ciało wiedziało co robić. Biodra przywarły do niego pewnie, a dłoń ścisnęła lekko skórę na jego torsie.
Nic, co poza lasem, nie miało znaczenia. Nawet jeśli Aldren wciąż oddychało gdzieś obok.
jeszcze
Esme tonęła w jego gestach, coraz śmielej poddając się jego dotykowi. Szła za nim z każdym ruchem, jakby bała się, że coś rozerwie ich ciała na zawsze. Chciała pławić się w tej błogiej wizji, w której mieli oddać sobie wszystko, co mieli. Iskrzące się ponad nimi gwiazdy zapisywały ten moment na przekór światu, który zawsze chciał im coś odebrać.
OdpowiedzUsuńPrzetoczył ją bez trudu, jakby była tylko cichym podmuchem ciepłego wiatru. Znów poczuła miękkość mchu i wilgoć, która zamiast wdzierać się pod jej skórę, otrzeźwiała lekko jej zmysły. Drżała, ale nie za sprawą chłodu. Dotyk Alistaira wzniecał w niej to zapomniane, przyjemne ciepło, o którym szeptało się z wypiekami na twarzy. To działo się właśnie teraz.
Oplotła go ramieniem, przysuwając do siebie bliżej. Jego ciężki dotyk odbijał się od fragmentów jej ciała, a ona przyjmowała go bez oporu, jakby to było jedyne miejsce, w którym naprawdę mogła zostać. Druga dłoń, wciąż przesuwająca gdzieś między granicą jego ubrania a palącą nagością, w końcu oderwała się od niego i na moment sięgnęła do własnego, ciężko unoszącego się dekoltu. Przejechała palcami po ciepłej skórze, upewniając się, że wciąż tkwi we własnym, pełnym przeszłości ciele.
– Myślisz, że o czym marzą? – zapytała, szepcząc w jego usta. Przygryzła jego wargę i spojrzała na niego spod szklących się, przymkniętych oczu. Kontur jego ciała niemal w całości przykrywał jej świat. Przywierała biodrem do jego brzucha, a nogi splatały się ze sobą kurczowo. Tkwiła w jego ramionach, rozchwiana i rozpalona, ale chroniona przed wszystkim, co czaiło się poza lasem. Była z nim, na starej polanie, która wciąż trzymała sobie tę magię. Z księciem, który jeszcze niedawno był nieznanym niebezpieczeństwem, gdzieś w dalekim świecie.
Przejechała opuszkiem po jego gorących wargach, a w jej spojrzeniu jawiła się ta sama drapieżność, która przyciągnęła go do niej za pierwszym razem. Po chwili wróciła dłonią do własnych obojczyków, by w końcu sięgnąć do węzłów znajdujących się na jej piersiach. Delikatnie chwyciła za wstążkę i powoli zaczęła rozsznurowywać splot. Suknia na jej piersiach powoli ustępowała, pozwalając jej wziąć głębszy oddech. Podmuch wiatru wdarł się niepostrzeżenie na kolejne skrawki jej odkrywanego ciała. Przygryzła wargę, obserwując jak żar w jego oczach próbuje spalić cały świat wokół nich.
– Jutro niczego nie zmieni. Wszystko zmieni ta jedna noc – wypowiedziała jak mantrę czy modlitwę. Jej srebrzyste oczy uniosły się na chwilę do księżyca, łapiąc jego blask. Za jego sprawą, malinowe wargi Esme znów błysnęły, a od nagich, drobnych ramion, odbiła się noc. Przywarła do Alistaira i pospiesznie rozpięła jego miękką koszulę. Przywarła policzkiem do jego rozgrzanego torsu, mocno i z tęsknotą, od której brakowało jej tchu – Nawet jak wrócisz do Aldren, a ja zostanę w Ossanorze. Zostaniemy tu na zawsze – szeptała wprost w jego skórę, próbując wypalić na niej niewidzialne zaklęcia, po czym znów odszukała jego ust i wpatrując się w niego pełnymi łez oczami, pocałowała go raz jeszcze, pozwalając mu zatonąć w tej nocy głębiej niż dotychczas.
Esssme
Jawa wdarła się po jej powieki nieproszona. Przyniosła rzeczywistość, która pod osłoną nocy zdawała się być tak nieprawdopodobna. Las wokół nie był już tym samym schronieniem, choć ledwie poruszające się gałęzie wciąż próbowały trzymać ich w uścisku.
OdpowiedzUsuńSpojrzała na niego jedynie przelotnie, a na jej policzkach pojawił się rumieniec. Westchnęła cicho, gdy dotarł do niej ciężar, który nocą postanowili unieść na własnych barkach. Teraz, bez Gwarantów wydawał się nieznośny i gniótł ich od środka.
W pośpiechu zawiązała płaszcz i wstążki na sukni. Kiwnęła głową ze zrozumieniem i ruszyła w stronę ścieżki. Chwyciła jego dłoń tylko na moment, ale ścisnęła ją porozumiewawczo. To była noc, która musi ukrywać się przed dniem. Ich tożsamości, które tak łapczywie splatały się węźle nocy, teraz miały być rozdarte, wyrzucone na dwie różne burty. Tak trzeba było.
Wiedziała o tym i choć czuła w trzewiach przejmujące napięcie, przyjmowała ze zrozumieniem każdy kolejny krok w stronę codzienności. Pławiła się w ciszy, która miarkowała ich rozstanie. Czasem zerkała na jego buty, które nie lśniły już jak wcześniej. Były zbrudzone błotem i niebieskim pyłem.
Gdy niebezpiecznie zbliżali się do skraju lasu, odwróciła się do niego przodem.
– Powinniśmy się rozdzielić – powiedziała w końcu, a jej lekko ochrypły głos starał nie złamać się jak sucha gałąź nieopodal. – Wszystko zostanie w tym lesie i moim sercu. – potwierdziła cicho i ścisnęła jego dłoń, by w końcu odwrócić się na pięcie i szybkim krokiem skierować w stronę zabudowań. Jej jasne włosy, podskakiwały na smukłych plecach, wciąż pamiętających dotyk jego gorących dłoni. Bystre, choć lekko zaszklone oczy widziały jednak tę zwyczajność, którą kochała. I która właśnie wdzierała się do jej świadomości wraz z ziołową parą.
Nie spodziewała się, że prócz jego tlących się oczu, będą nawiedzać ją też inne obrazy. Pod ciężkimi powiekami zadomawiał się obraz Aldren. Ciepłe złoto, jedwab i zapach róż mieszały się z ciężkimi słowami Alistaira i przerażającymi obrazami z wizji. Mimo codzienności, która koiła ją ziołami i znajomym ciepłem, kotwiczących ją w życiu, o które zawalczyła, pod jej skórą szalał ból i cierpienie. To samo, które zaznajomiło się z nią podczas tamtej wizji.
Ciągły ból głowy sprawiał, że słabła. Miała wrażenie, że każde kolejne wiadro pełne wody było cięższe, a każdy oddech przywiewał ten przeraźliwy, dziecięcy płacz.
Północ. Ciemność otuliła Ossanor. Życie cichło, dając pole dla koszmarów i zła, które tak chętnie czaiło się za rogiem. Pracę skończyła już dawno, ale łaźnia wciąż pachniała rumiankiem i lawendą, które tak uwielbiała.
Była zdenerwowana. Długi szlafrok cicho smagał kamienną posadzkę, a zimne stopy koiły jej rozgrzane ciało. Chodziła w jedną i drugą stronę, w oczekiwaniu aż drzwi łaźni się uchylą. W pomieszczeniu panował półmrok, a jedynym źródłem światła były wysokie świece, otulające pomieszczenie ciepłym kocem. Płomienie odbijały się od jej jasnych włosów, przywiewając na myśl zachód słońca. Ręce trzymała kurczowo skrzyżowane na piersiach, czując, jak jej serce – ukryte pod cienką, półprześwitującą sukienką i fioletowym szlafrokiem – bije szaleńczo, w poszukiwaniu ukojenia.
Czekała na Alistaira w nadziei, że pomoże jej odzyskać utracone przez niego zmysły.
Tęskniła.
Esme
Gdy drzwi łaźni skrzypnęły cicho, wzdrygnęła się, jakby coś nieproszonego miało odkryć bolesny sekret. Lekkie firany poruszyły się wraz z podmuchem wiatru, ale zaraz wróciły pod przysłonięte ciemne zasłony. Zbladła, choć jej skóra od wielu dni skalana była szarością, a podkrążone oczy wciąż lśniły, zatrzymując się pomiędzy szlochem a gotowością do walki.
OdpowiedzUsuńPoczuła ulgę, gdy jego sylwetka pojawiła się w futrynie, przysłaniając skrawek Ossanoru. Zasuwa stuknęła cicho, gotowa utrzymać każdy sekret, ulatujący wraz z gorącą parą. Ich ciała niemal natychmiast okleiła ziołowa para.
– Nie mogę tego znieść – szepnęła, łamiącym się głosem. Przystąpiła kilka kroków, by ich ciała szybciej ukoiła znajoma bliskość. Ta sama, która na leśnej polanie złączyła ich w węźle silniejszym niż ten fizyczny. Jej ciało z początku zadrżało w niepewności, ale gdy mężczyzna chwycił ją w objęcia, poczuła jak kręci jej się w głowie. Opadła lekko, kryjąc się w ramionach Alistaira.
Nie sądziła, że mężczyzna znów obdaruje ją tą samą iskrą. Nie wiedziała czy przyjdzie i czy w odmętach jego myśli wciąż srebrzą jej oczy. Ona myślała o nim niemal ciągle, odpychając natłok codzienności i przestając nakrywać się płaszczem obowiązków. Nie stąpała już tak twardo.
Stąpała tak jak teraz. Boso, prawdziwie, rześko. Przed nim.
– Ciągle słyszę te straszne szepty. Krzyk dziecka, wizje pałaców. Jest tak zimno, że nie mogę przestać się trząść. – płakała, chowając twarz w jego ramieniu. Po bladych policzkach spływały łzy. Esme nie wiedziała, że wejście do wizji Alistaira przyniesie jej cierpienie. Zazwyczaj kończyło się na krótkotrwałym bólu głowy i rozbiciu, które ustępowały dzięki wywarowi z piołunu i utopionych w spirytusie malinach. Teraz, nie działały na nią nawet drogie mieszanki od zaprzyjaźnionych zielarzy. Nie koiło ją nic prócz ciepłej kąpieli, która jakby w nadziei na odkrycie obrazów, sprawiała że przez moment czuła się silniejsza. Każdego dnia odczuwała fizyczny ból i psychiczną torturę, emocje, które nasilały się mocniej, im dłużej nie ginęła w jego dłoniach. – Prawie nie śpię, jestem taka słaba… – bała się tego, a jej mocno drżący głos odbijał się od ścian i jego ramion jak głośny bęben, zdradzając jej stan. Wtulała się mocniej, w obawie, że coś znów oderwie ją od tego ciepła. Próbowała upajać się biciem serca, które, niedawno nieznane, teraz zdawało się być jedynym ukojeniem.
Jej nogi lekko uginały się, a ona pozwalała się zamykać w coraz szczelniejszych objęciach Alistaira. Jego dłonie sunęły po śliskim materiale szlafroka, a Esme czuła, jak po jej ciele powoli rozlewa się kojące ciepło. Ulga.
Dotknęła chłodnymi dłońmi jego szyi i zsunęła je na ciężko opadający tors. Uniosła spojrzenie ku górze, by spod zamglonych oczu, w końcu na niego spojrzeć. Jej twarz, zupełnie nie dzika i pozbawiona skupienia, emanowała czymś więcej niż bólem. Była zbłądzona, jakby coś próbowało zatrzeć jej granicę między wizją, a rzeczywistością.
Alistair wydawał się równie rozdarty, co napawało ją zarówno lękiem, jak i spokojem.
– Musimy… – szeptała, mocniej zaciskając dłonie na kołnierzu jego koszuli. Paznokcie lekko zadrapały jego skórę. Była ciepła, słoneczna, ale jakby wciąż pachnąca mokrym mchem ossanorskiego lasu – … błagam, my musimy wejść tam znów. We dwoje.
Uciszyła swój płacz, składając cichy pocałunek w kącie jego ust. Pełna zawahania, przysunęła się bliżej niego, zostawiając w powietrzu ciężar dalszych kroków. Jej usta, lekko suche i pozbawione połysku z uporem szukały ciepła.
Zamarła, kotwicząc się w jedynej stałej, którą czuła pod powiekami. Jedynej, która była w stanie wymazać przerażające obrazy Aldren i jej przeszłości.
chlip
Z ulgą przyjmowała jego dotyk, a słowa, choć zwiastowały stawienie czoła prawdziwym demonom, lekko tuliły jej zmarznięte ramiona.
OdpowiedzUsuńŚcisnęła mocniej męskie dłonie, luźno opadające wzdłuż ich ciał. Przestawała czuć tę paskudną paniczną niepewność, którą powoli przysłaniało świetlista łuna nadziei.
– Naszą bronią – szepnęła, a szorstkość tych słów osiadła na ich plecach na długo. Zacisnęła mocno powieki, pozwalając wypłynąć ostatnim, pełnym strachu łzom. Pociągnęła go w stronę wypełnionej wrzątkiem wanny. Tej samej, w której tamtej nocy po raz pierwszy zmierzyła się z własną przeszłością i wizją Alistaira. Pachniała różą i piołunem, gotowa do przyjęcia kolejnych aldreńskich obrazów. Na kamiennym brzegu stała taca z dwiema wstążkami i dwoma małymi płatkami lilii. Wszystko ułożone równo i symetrycznie, z jubilerską niemal precyzją, jakby każdy najmniejszy błąd miał zmienić bieg rytuału. Cała otoczka była jednak tylko tłem, bo wszystko co wzburzało koszmary, tliło się w ich sercach.
– Jeśli mamy być w tym razem, oboje będziemy tonąć – chwyciła dłońmi wstążkę szlafroka i powolnym ruchem zsunęła go z ramion. Esme stała naprzeciwko księcia, w prostej, półprzeźroczystej koszuli i wilgotnych włosach. Jej twarz, wciąż poszarzała, powoli przybierała koralowe tony. Otwierała się przed nim w całości eksponując przede wszystkim to, co tak skrycie chowało się pod jej skórą. Nie baczyła na przyklejający się materiał koszuli, który tak gładko kreślił linie jej ciała. Mocowała wzrok w jego iskrzących się oczach, czując jak wzajemna siła gruntuje przekonanie, że wspólnie mają szansę przeżyć kolejną śmierć. Chwyciła się za nagie ramiona i weszła do wanny. Ciepła woda obmyła kolana, dodając odwagi – Daj mi sygnet. – szepnęła, gdy woda poruszyła się wraz z jego krokami. Zrobiła niewielki krok w przód, by na moment ich ciała zetknęły się w pełnym ulgi spotkaniu – Jeśli mamy być tam razem, potrzebujemy namacalnego połączenia – nie wiedziała, czy ten pomysł zadziała, jednak coś szeptało do jej uszu tak głośno, że nie potrafiła przejść obok z obojętnością. Ujęła jego ciepłą, dużą dłoń i pogłaskała ją z czułością. To było jak podziękowanie i gest oddania.
Esme nie do końca wiedziała, jak potoczy się rytuał, mimo, że przez wiele bezsennych nocy zaczytywała się w pradawnych zapiskach. Bała się, bo im dłużej zatapiała się w wizji obrazów, wiedziała coraz mniej. Musiała jednak spróbować, choćby miała zapłacić za to własnym życiem.
Gdy ciężar sygnetu osiadł na jej drobnej dłoni, Esme poczuła znajomy ciężar. Coś głaskało ją po plecach, pozostawiając po sobie palące znaki. Miała wrażenie, że do jej umysłu wdziera się znajomy głos. Mężczyzna, tyran, zabójca.
Szybko chwyciła za materiał i zawiązała na jego oczach czarną wstążkę. Sama odwróciła się do niego tyłem i podała mu drugą z nich. W oczekiwaniu na zatracenie w ciemniejącym umyśle, opierała plecy o jego ciepłą klatkę piersiową. Miała wrażenie, że choć rytuał jeszcze się nie rozpoczął, Alistair zaczynał drżeć, jakby jego ciało odpychało od siebie przeraźliwy chłód. Mięśnie napinały się z niepokojem, a ona także czuła pod skórą zdwojoną siłę obrazów. Rytuał miał być mocniejszy. Pełny.
Płatki lilii zdawały się być zbędnym przystankiem, bo ich ciała nagle opadły we wrzącą toń. Przez ułamek sekundy, wanna wydała się być bez dna, a każda kolejna sekunda przynosiła palące ciepło odczuwane w każdym zakamarku ciała. Tylko po to, by gwałtownie zmienić się w lodowy chłód, pachnący słońcem i śmiercią.
Esme, ostatkiem świadomości, wyszukała pod wodą dłoń Alistaira. Ścisnęła ją mocno. Byli tam razem.
Przed nią znikąd rozpostarło się Aldren. Obraz był wyraźny, niemal pulsujący. Złoto drażniło jej ślepe oczy, jakby próbowało przysłonić wszystko inne. Paliło jej skórę od środka, a cisza była gęsta i wroga, jakby miasto oddychało cudzym strachem. Wizja była żywa, niemal namacalna. I choć nikt nie wypowiedział żadnych słów, Esme wiedziała, że każdy patrzył.
Esme
Potęga Aldren wezbrała się w niej jak fala wzburzonego morza. Wizja wrzała pod jej powiekami, pieniła się z jej poruszającymi się wraz z zimnem ustami. Obrazy ostre, szatkowane, inne niż te, które widziała za pierwszym razem.
OdpowiedzUsuńWizja znów nie była jej własna, a jednak rozpoznawała ją w każdym drgnieniu ciała, w każdym uderzeniu serca, które nagle biło nie w jej rytmie. Złoto wdzierało się pod skórę, ciężkie i zimne, obiecując wiedzę, za którą zawsze płaciło się bólem.
To wszystko, o czym wspominał Alistair zdawało się przeszywać ją do bólu. Jej ciało z trudem przyjmowało przebijające na wylot, niewidzialne sople, w rzeczywistości będące jedynie poruszeniem się ich ciał pod powierzchnią wody.
Para w łaźni wciąż kołtuniła się cicho. Osiadała na wzburzonej tafli długiej wanny, w której tonęli oni. Gotowi zginąć, by dowieść prawdy.
Do jej umysłu wdzierały się kolejne przesmyki wizji. Sceny, które pozornie nie miały powiązania, głosy, które zlewały się w jedną całość. A jednak, Esme tkwiła w każdej ze scenerii. Wpatrywała się w wysokie wieże, rosnące przed nią jak ostrza wbite w niebo. Kamień gładki, zimny, ale przesycony złotem, które nie odbijało światła – ono pożerało każdą świetlistość, która miała czelność wedrzeć się wewnątrz. Pod stopami czuła twardą posadzkę, a cienie odbijały się od nicości.
Miasto nie było martwe, choć martwy był każdy kto w nim czuwał.
Z balkonów, z arkad i wąskich przejść spoglądały na nią bezimienne twarze – zbyt rozmazane, by je rozpoznać, ale zbyt realne by móc zignorować. Każdy krok, który stawiała, odbijał się echem, jakby Aldren liczyło jej oddechy i mierzyło czas do chwili, w której pęknie.
Zaczynała rozumieć, że wizja nie prowadziła jej przez miasto i dwór. Prowadziła ją do środka.
Bała się, ale wytężając resztki sił, brnęła dalej. Jego ciepła dłoń, wciąż stanowiła kotwicę.
Krzyk ogłuszał, przejmował jej myśli. Rozlewał się wzdłuż jej pleców, by w końcu wślizgnąć się do gardła. Znów było zimno, a słońce znikąd zaszło za horyzontem. Znów była na kamiennym placu, a tyran niszczył życie niewinnego dziecka. Potwór, którym go nazwał, jawił się jako blade niemowlę o srebrzystym spojrzeniu.
Drgnęła. Coś w obrazie było nie tak. Było zbyt znajome.
Srebrzyste spojrzenie dziecka nie uciekało. Trzymało ją mocno, jakby od dawna wiedziało, że nadejdzie ten jeden moment. Wraz z rozbłyskiem czerniejących oczu króla, dotarło do niej, że krzyk, który słyszy, nigdy nie ucichł — tylko przez lata nauczyła się go nie słyszeć.
To nie była obca ofiara. To była ona.
Zaczęła się dusić, jakby jej płuca zalała mieszanina palącego wrzątku i smolistej krwi. Nie mogła błagać o pomoc, za to spróbowała podążyć za tą wąską nicią, która znienacka splatała jej serce. Pachniała mchem i różami, ale bolała jak sól na świeżej ranie.
Ossanor. Alistair.
Zakasłała, gdy znikąd pojawił się haust powietrza. Jej ciało znów bezwładnie opadło na ciepłe kafle, choć jej myśli wciąż pozostawały zawieszone gdzieś w niebezpieczeństwie.
Po omacku wyszukała czarnej wstęgi i w popłochu zdarła ją z oczu mężczyzny. A gdy on, w końcu zrobił to samo, mogła dostrzec jak od jego pełnej strachu twarzy odbijają się słoneczne łzy.
Dyszała, a nagie ramiona ledwie utrzymywały się ponad powierzchnią wody. Klatka podnosiła się szybko, jakby Esme wciąż uciekała od goniących ją obrazów przeszłości.
Próbowała coś powiedzieć, ale jej spierzchnięte usta wciąż trzymały w sobie ból wygnania. Poczuła na nich własne łzy, pachnące samotnością i szlamem. Spiła je z bólem.
– Ten potwór. To dziecko. – szeptała w amoku. Miała wrażenie, że zamiast słów, z jej gardła wciąż ucieka potworny płacz. Jej umysł wciąż żywił się wyłącznie strachem obrazów.
Choć wciąż klęczała w wannie, ledwie utrzymywała równowagę. Wizja znów z opóźnieniem opuszczała jej ciało. Była słaba, rozkojarzona, ale jej oczy zaczęły iskrzyć się walecznie.
– To mój krzyk. – dokończyła w końcu, chowając twarz w dłoniach.
Esme
Kotwiczył ją zapach ziół i ciepło kamienia. Koiła ją para, osiadająca na jej zmarzniętym ciele i chropowaty głos, który zdawał się przecinać całe zło, lgnące do niej niewidocznie. Dyszała ciężko, bo jej ciało powoli odzyskiwało równowagę między wizją, a rzeczywistością. Myśli, lekko zawieszone na granicy, zerkały w stronę prawdziwego słońca.
OdpowiedzUsuńDała się pociągnąć, a jej ciało opadło na jego ramieniu prawie bezwładnie. Otulił ją, a ona próbowała skryć się tak głęboko, by nikt jej nie dojrzał. By jak najszybciej odzyskać równowagę myśli i oddechu. Palce wbiła w wilgotny materiał, jakby bała się, że jeśli puści, znów osunie się w coś, co nie miało kształtu ani granic.
Kamień pod nimi był realny. Ciężki. Ciepły. Tak samo jak ramiona Alistaira, tak pewne i nieruchome, jakby miały siłę postawić nowe Aldren.
– Wiesz co to oznacza? – wychrypiała cicho, z trudem patrząc w jego oczy. Jego spojrzenie, zawzięte i silne, zdawało się odpychać wszystko, co krążyło dookoła nich. Szorstkość wibrowała pomiędzy zmęczonymi ciałami, ale Esme, mimo złości, która twarda niczym skała jawiła się w postaci Alistaira, nie czuła jej na sobie – Nazwał mnie potworem i wyrzucił z Aldren. Co z kobietą, która wydała mnie na świat? Co z matką dziecka, które miało być takim zagrożeniem, że trzeba było je wymazać? – pytała w głos, choć wiedziała, że nie uzyska odpowiedzi. Z każdą chwilą świat wracał do właściwych proporcji. Szum w uszach cichł, a obrazy wizji traciły ostrość, rozpływając się wraz z parą.
Zostało zmęczenie i ten znajomy ból, gnieżdżący się głęboko pod skórą, który oznaczał, że wróciła.
Niepokój toczył walkę z ciekawością. W jej żyłach znów zaczynała płynąć waleczna, ziołowa krew. Ta sama, przez którą została zesłana tutaj, do Ossanoru. Do miasta, o którym myślała jako o ojczyźnie. Do miejsca będącego jej upadkiem i powstaniem. Nie sądziła, że kiedykolwiek zostawi je za sobą, ale przyszłość zdawała się pisać dla niej okute złotem reskrypty, na które przyjdzie jej zapłacić własną obecnością.
Próbowała wyczytać ze spojrzenia Alistaira choć cień zawahania i niechęci. Nie wierzyła, że zburzony obraz i bolesna wizja, której była kluczem nie obrzydzi jej osoby.
A to przecież miał być początek utajonego dziedzictwa, na którego klęsce stała potęga panującego rodu.
– Co teraz? – zapytała cicho, a jej smukłe plecy owiał dreszcz. Nie była gotowa na odpowiedź, ale skoro zadała pytanie – była gotowa, by spojrzeć z odwagą w tym kierunku. Otarła spuchnięte oczy grzbietem dłoni, a zaraz później zatopiła ją w jego mokrych, jasnych włosach. Czepnęła się go jak młode zwierzę, szukające opieki i zapewnienia, że wszystko jakoś się ułoży. Nie wierzyła we wszystko co zobaczyła, bo wizja jawiła się niczym wybujały sen. Mimo to, w gardle wciąż czuła krzyk, a jej twarz wciąż przysłaniał demoniczny grymas królewskiej pieczęci – Cokolwiek zdecydujesz, uszanuję to. – szepnęła mu do ucha, ciesząc się krótką chwilą zawieszenia, w której krył ją pod swoim gniewem – Ale błagam, nie zostawiaj mnie już samej z tymi obrazami.
Esme
Dni pławiły się w odmęcie pary, kojąc zszargane lodem wizje. Jej myśli, wciąż pamiętające przekraczaną granicę, powoli uczyły się na nowo swojego spokojnego rytmu. Esme tonęła w rutynie, która tak gruntowała jej przeświadczenie o własnej sprawczości, jednocześnie kotłując się w cieple z większym trudem niż dotychczas.
OdpowiedzUsuńCiało dochodziło do siebie szybciej niż myśli. Te wciąż potrafiły zatrzymać się nagle, jakby coś niewidzialnego kładło na nich dłoń. Zioła pomagały, a sen przychodził częściej, lecz nigdy nie tak głęboki i kojący, jakby chciała. Każdy poranek był jak sprawdzian, czy świat nadal stoi tam, gdzie powinien.
Ossanor trwał niezmiennie. Esme pracowała w pocie czoła, nie czekając na wytchnienie. To przychodziło jakby znienacka, wraz z nieoczekiwanym podmuchem wiatru i gorącymi dłońmi Alistaira, które sunęły po jej ramionach. Przychodził zgodnie z obietnicą, dając i odbierając chwilę zapomnienia – zupełnie jednocześnie.
Rozumiała ten układ, jednak drżące pod skórą pytania coraz mocniej wzburzały jej świat. Była podirytowana, a jej bystry wzrok coraz ostrzej ciosał ciszę.
Esme wiedziała, że spokój przestawał być czymś oczywistym.
Tej nocy mieli spotkać się w innym miejscu. Esme czuła coś w rodzaju ekscytacji i głębokiego niepokoju, trzymającego znacznie ściślej niż szeroki pas, okalający jej talię. Wydarzenie w Domu Gier, którego współorganizatorem okazywał się być świetlisty przybysz z Aldren, miało przebić na wylot jej codzienność. Nie wiedziała o tym, a wizja darmowych trunków i hazardu jawiła się niczym obietnica łatwego zapomnienia.
Chciała Go zobaczyć. Nie przychodził od kilku dni, by zgodnie z zapowiedzią, próbować scalić coś, czego nie dało się naprawić samą bliskością. Czekała na odpowiedź i kierunek, który czekał tuż za lodowym rogiem jej koszmarów.
Gdy zmrok otulił Ossanor, zamknęła łaźnię i zaszyła się w swojej niewielkiej, przyległej izbie. Zmyła z siebie żrący zapach ziół, choć wiedziała, że nie da się go pozbyć całkiem. Ten wżarł się w nią zbyt głęboko, osiadał na jej karku i srebrzystych włosach.
Dopiero wtedy otuliła się lekką wonią lawendy i wsunęła na siebie długą, krwistą suknię, lekkim prześwitem podkreślającą jej drobne ramiona.
Suknia sunęła po skrzypiących schodach Domu Gier, wraz ze spóźnialską uczestniczką. Tłum już krzątał się po głównej sali, w akompaniamencie muzyki i zapachu wina.
Esme z czujnością przebiegła wzrokiem po zacienionych twarzach, by w końcu dostrzec blask bijący od jednej z nich. Ruszyła w jego kierunku, przeciskając się pomiędzy gorącymi plecami i szeleszczącymi materiałami, a gdy znalazła się tuż za nim, wyciągnęła dłoń, by znienacka przejechać po jego biodrze i musnąć grzbiet jego dłoni. Zaraz później zniknęła w wieczornej chmarze, w oczekiwaniu na oficjalne rozpoczęcie organizatorów.
Stanęła gdzieś naprzeciwko, w chmarze podpitych mieszczuchów, chętnie spijających czerwień jej ust. Z wdzięcznością przyjęła kieliszek od krzątającego się z trudem kelnera i odszukując w półcieniu wzrok księcia, uśmiechnęła się niemal drapieżnie.
To była gra, której potrzebowali. Pozostawało pytanie, kto wykona następny ruch.
Esme
W głębi ossanorskiego portu, ukryta za zakrętem skalistej wyspy, nigdy cicha i niebywale bogata w doznania, rozpościera się tawerna -miejsce, gdzie czas zdawał się zatrzymać w nurcie morskiej legendy i gdzie wiatr wdzierając się przez uchylone okna śpiewał inaczej. Solidne drewniane ściany pokryte były warstwami morskiej rdzy i pamiątkami dawnych bitw o ostatni kufel piwa, a na wejściu wisiał ogromny, poszarpany szyld z wyblakłym symbolem, który od lat nikomu nie zdradzał swego znaczenia. Seline choć należała do morza i dusiła się poza nim, tu czuła się najbardziej wolna.
OdpowiedzUsuńWnętrze emanowało mieszanką zapachów: od słonego morskiego powietrza, dymu z fajek, przez słodkie nuty rumu, aż po aromaty przypraw korzennych. Powietrze dudniło gęste od dźwięków, huków, śmiechów, śpiewów bardów i odległego szumu fal, które zdawały się zawsze wtapiać w muzykę i gwar rozmów. Na tle tego wszystkiego przewijały się rozmaitej maści istoty, niektóre jakby wyjęte z innej rzeczywistości, morskie wiedźmy o skórze połyskującej jak łuski ryb, elfy z oczami jak głębiny dzikich lasów, które zdają się patrzeć przez dusze gości, a nawet nierozpoznawalne w swej aurze postaci przybyłe zza lini, jaką wskazywała woda. Seline obserwowała ten spektakl cieni zza lady i czuła się bezkarnie bezpieczna, nawet jeśli blisko pojawiały się tajemnicze postacie, których tożsamość ginęła w półmroku, a ich głosy brzęczały jak odległe echo z głębin. Była tu od lat jedyną syreną i pilnowała swojego terytorium nie tyle zaborczo, co zaciekle. Port należał do niej, skoro została przeklęta przez człowieka, zatem musiała znaleźć tu dla siebie miejsce.
Barmanka o połyskującej, perłowej skórze i oczach, które rozświetlają mrok nie śpiewała co noc, była na to zbyt subtelna i uważna. Jej głos brzmiał jak szum fal, a ruch jej łagodnych ramion hipnotyzował każdego, kto tu zawitał, więc nie musiała podnosić głosu, by zatrzymać marynarza, czy strażnika, który jej się spodoba na dłużej niczym więcej. Serwowała aromatyczne piwo i rum o smaku tropikalnych owoców, a jej spojrzenie mówiło o tym, czego nie łapały słowa - o nieodgadnionej tęsknocie, którą tylko marynarze strudzeni podróżami mogą zrozumieć.
Wieczory w tej "Mokrej Doris" to czas pełen magii, uciechy i tajemnicy. Bardowie opowiadali historie o morskich potworach, zatopionych skarbach i zakazanych miłościach, a ich śpiew przenikał przez ściany, dodając aurze mistycyzmu. Podczas gdy na zewnątrz szumiały fale, zacumowane statki kołysały się w rytmie dyktowanym przez wodę, a niebo nieruchomiało, w środku panowało nieustanne zamieszanie: tańczyli piraci, śpiewali marynarze, a w kątach kryły się wszelkiej maści istoty, które słuchały i czekały na kolejny rozdział tej morskiej opowieści. Jej ręce uwijały się płynnie, szybko i z wprawą po deskach barowego blatu, a spojrzenie syreny stawało się w pewnym momencie dla podchmielonych klientów oazą tęsknoty i nadziei.
Kiedy w progu pojawili się nowi goście, nie zwróciła na nich uwagi, bo przemiał ludzi tu był tak wartki, jak woda w strumykach upijających życie z wyspy z drugiej strony od portu. Ale gdy przy jej dłoni zatrzymała się druga, rozpoznała rękaw jasnej koszuli i stanęła prosto, celując pochmurnym jak sztormowe niebo spojrzeniem w twarz mężczyzny. Jej własna stężała, bo była na niego obrażona, ale nie miało to zbyt wiele wspólnego z złością. Była urażona, oszukana i zawiedziona.
- To co ostatnio? - rzuciła cicho, sucho, zaszczycając go uwagą tylko przez sekundą i nie zagadując jak wiele razy wcześniej. Wiedziała, kim jest. Wiedziała, czego jej nie zdradził. Wiedziała, że ją oszukał.
Selinka
Łyk wina, którego zasmakowała wraz z jego książęcym skinieniem, niebezpiecznie uderzył jej do głowy. Esme poczuła, jak ledwie widoczne iskry odbijają się od subtelnych świateł pomieszczenia i krzyżują z jej zadziornym spojrzeniem.
OdpowiedzUsuńNapięcie między nimi rosło, posługując się zapachami, półsłówkami i wspomnieniem dotyku, który wciąż trwał gdzieś pod skórą.
Nie musiała odwracać się w jego stronę, by czuć na plecach jego wzrok. Był jakby czujny i nieustępliwy, potęgując w niej własne, skrywane głęboko emocje. Stał dotąd niczym posąg, piękny i nieugięty. A jednak, podążył za strugą jej dotyku, w wezwaniu tak pierwotnym i błagalnym, jaki mógł być zakotwiczony jedynie w głuchym geście.
Długie włosy przyklejały się do ciepłego karku, a Esme, podążała za biegiem nocy, pozwalając prowadzić się nic nie znaczącym rozmowom i śmiechom, które choć na moment niszczyły ostre kontury wspomnień i żarzących się w środku dylematów.
Gdy poczuła na sobie ciężar oddechu Alistaira, materiał sukni ścisnął jej talią. Objęła mocniej szyjkę wysokiego kieliszka, aż paliczki zbielały pod naporem rosnącego napięcia.
– Spokój to ulotna potrzeba, gdy coś już zostało rozpoczęte – powiedziała, patrząc gdzieś na wprost. W centrum wydarzeń byli teraz organizatorzy turnieju, a tłum zdawał się zerkać wyłącznie w ich kierunku. Esme zwróciła spojrzenie w kierunku tlących się oczu Alistaira i odwzajemniła jego drapieżny uśmiech. Ta krótka chwila umocowała przekonanie, że pierwszy ruch należał do niej. Dalej, miała być już tylko kaskada.
Gra trwała dalej, wśród braw i toastów, a napięcie między nimi nie potrzebowało już słów, by zaznaczyć swoją obecność.
Pomiędzy rozmowami odnalazła przesmyk, który pozwolił jej na wymknięcie się z zatłoczonej sali. Niewidoczna, przemierzyła długi korytarz i zbiegła schodami w dół, pozostawiając za sobą stłumione dźwięki muzyki i coraz śmielej bijących serc. Zatrzymała się nieopodal zejścia do piwnic. Drewniane drzwi biły chłodem, ale nie łagodziły rumieńców, które wlały się na jej twarz poprzez wino i zapach mężczyzny. Łokciami oparła się o wysoki kredens i stanęła na palcach, by w wąskim lustrze poprawić wstążki, które wplotła we włosy. Jej ramiona drżały, a materiał sukni zsuwał się z nich niemal w zapowiedzi.
Nagły cień, znikąd przysłonił korytarz. Esme poczuła na biodrach znajome dłonie i ciepło, przywołujące na myśl nocny mech. Zerkając na pochylającą się ku niej sylwetkę mężczyzny, chwyciła go za kark i przyciągnęła do siebie, zupełnie wygłodzona.
– Mogę postawić wszystko w imię odpowiedzi, Alistairze – zacisnęła palce za jego szyi niemal instynktownie. Myśl umknęła jej nagle, zastąpiona czystym, nieprzyzwoicie prostym pragnieniem. Zatrzymała go tuż za sobą, w półcieniu, w miejscu, gdzie światło świec nie miało już odwagi sięgać. Przez krótką chwilę żadne z nich się nie poruszyło, ale napięcie gęstniało, ciężkie i niemal namacalne. Esme zerkała na niego spod przymkniętych powiek, a odbicia dwóch spragnionych siebie ciał scalały się w jedną, rozmytą całość. – Tylko daj mi je, teraz.
wygłodniała