Seline Dwight
20 lat ciała i dziesięciokrotność tego w duszy ♦
syrena ♦ przeklęta ♦
barmanka w Tawernie Mokra Doris ♦ nocuje w Dzielnicy Rybackiej
A kiedy już pozwoliła mi się zbliżyć, po
czwartej dolewce piwa, dostrzegłem w jej oczach w kolorze dna oceanu smutek i
tęsknotę. Nie było żywych iskierek, które świadczyłyby o młodzieńczej
wesołości i chęci do życia, czy chęci na mnie, których szukałem i które zwykle
w niej widziałem, bo przychodziłem oglądać ją tu co wieczór. Nie było w jej
spojrzeniu psotnego błysku, którym mnie i cały bar zaskakiwała równie mocno,
jak wtedy gdy zaczynała nam nagle śpiewać, a potem wybuchała spontanicznym
śmiechem, kiedy jak idioci nie wiedzieliśmy co się dzieje. Oparłem dłonie o
blat lady i pochyliłem się, wpatrując w jej oczy zdumiony i zdruzgotany, bo
nie było tam tej radości, którą emanowała, gdy tańczyła w deszczu na środku
ulicy, czy kiedy śpiewem przy zakupach na targu spacerując między alejami z
produktami do spożycia dla dorosłych, kusiła klientów, aby szli za nią.
Zobaczyłem strach, którego nigdy w niej nie dostrzegałem, bo umiała go aż za
dobrze ukrywać. Nie było butności, zadziory i charakteru, aż uderzyło to we
mnie z zaskakującą siłą, zmuszając do postawienia kroku w tył. Wyprostowałem
się, odstawiając kufel i aż zamrugałem z niedowierzaniem. Stała przede mną,
ale taka bezbronna... Zabrakło dziewczyny, która chciała zawojować świat,
która była dziarska i dzielna i która śpiewała zawsze wtedy, gdy nadciągały
kłopoty i nagle wszyscy się uspokajali, a ona mogła polewać piwo dalej.
Spuściła wzrok nieśmiało i widziałem, że jest
skrępowana, zawstydzona a usta jej drżą, podobnie jak dłonie, które próbowała
ukryć, chowając je za siebie, ale chyba nie wstydziła się brudu z baru pod
paznokciami. Wokół było głośno, ale ludzie nie zwracali na nas uwagi, nikt jej
jeszcze nie wołał po dolewkę, a ona stała, niewinnie się we mnie wpatrując.
Była wystraszona, a może nawet zła, bo dostrzegłem coś, czego nie chciała
nikomu pokazywać. Nie było w niej w tym momencie ani grama uśmiechu, ani
krztyny wesołej energii, jaką zarażała zwykle ludzi wokoło, zmuszając do
myślenia, sięgnięcia głową poza szablon. Ta szara koszula, którą nosiła
każdego dnia do szerokich spodni, wydawała się jeszcze bardziej ciągnąc ją do
ziemi, a kiedy poprawiła ubranie na dekolcie, dostrzegłem, że pod spodem ma
wisiorek z jasnym, błyszczącym oczkiem, który chowa tak samo starannie jak to,
co drzemie jej w duszy.
Zacisnęła usta i obróciła się bokiem, jakby
gotowała się do ucieczki, lecz wciąż stała tuż obok. Ramiona miała opuszczone
i drżące, ruchy niepewne, była wystraszona. Sięgnęła pod ladę, zgarniając
ścierkę, aby jeszcze raz przetrzeć i tak już wypolerowany bar i spojrzała na
mnie znowu. Walcząc z sobą, ukazując wahanie, udowodniła że jeszcze nie
zapadła na dobre w otchłań. Walczyła, choć skoro była tu, a nie po drugiej
stronie klifów, coś ją tu trzymało. I kiedy znów obróciła się ku mnie, w jej
oczach pojawiły się łzy, ale nie poczułem skruchy, żalu, ani smutku.
- Noszę dużo więcej blizn niż te, które widziałeś. Też byłam kiedyś zakochana – powiedziała, a ja
nie mogłem zrobić nic więcej, jak tylko ze zrozumieniem pokiwać głową. Dumny,
że została wśród ludzi i udowodniła, że nie zniknęła w tej ciemności, która
pochłonęła ją na wiele lat.
A potem zaczeła śpiewać i poczułem, jak
się uspokajam. I zapominam o wszystkim, co zobaczyłem, co pomyślałem. Poczułem
przyjemną morską bryzę na twarzy, a w uszach zaczeło mi szumieć zupełnie tak,
jakbym był nad brzegiem oceanu... Jej drobna sylwetka na moment uniosła się,
gdy podparła się o barową ladę i pochyliła ku mnie, by złożyć na ustach lekki
słony pocałunek, a potem zaraz opadła, gdy z jej ust wyrwało się westchnienie
ulgi. Miałem wrażenie, że znalazłem się w morskiej toni, a ona płynie ku mnie
na wzburzonych falach. Nie była już sama, czuła to, lecz wciąż walczyła z
bólem i koszmarami, z bezsennością i starym nawykiem ciągłego bania się.
Odzyskała wolność, lecz wciąż nie była w stanie przejść z tym do porządku
dziennego, potrzebowała czasu. Ale były momenty, gdy obserwując ją z boku
dostrzegałem, jak policzki jej różowieją, usta rozciąga delikatny uśmiech, a w
oczach pojawia się blask i nawet jeśli trwało to wszystko tylko chwilę,
mieliśmy czas, aby na powrót jej życie nabrało wyrazistych kolorów. Byłem tu i
teraz nie miałem zamiaru jej opuszczać.
cześć, serdecznie zapraszam do wątków i powiązań!
Morze nie zapomina imienia, nawet wtedy, gdy ktoś nauczył się go nie wypowiadać.
OdpowiedzUsuńBył jak poranny sztorm. Ogałacający z błogiego snu, przypominający o obecności jutra. Rwał powietrze na strzępy, w oczekiwaniu na moment zatrzymania, do którego mógł się wedrzeć i zadomowić na dobre, siejąc spustoszenie. Wpływał pod zaciśnięte snem powieki, tworząc nowy, własny obraz rzeczywistości.
OdpowiedzUsuńOsiadał na zgarbionych plecach, przemawiał smakiem morskiej soli – z każdą milą coraz ciężej. Aż do nocy, w której po uderzeniu rozmywał się błogo, osiadając w mieliźnie zimniejących kości.
Taki był Ossanor.
Miasto, które przyciągało go swoim chłodem i zapachem. Falą, która sama niosła go na brzeg, gładko obmywając jego ciało.
Oddychał tu lekko, czyszcząc płuca rześkością i prawdą, która w zakurzonych stepach Zahirry nie dawała wytchnienia.
Zbiegł ze stopni, by przystanąć na stałym gruncie. Jego ciało, przyzwyczajone do rytmicznych przechyłów, kołysało się mimowolnie, tworząc jego charakterystyczny, ziemny chód. Przystanął na chwilę, zerkając na ściągane żagle Wiecznego. Płótno lekko szumiało, szeleściło pod spracowanymi dłońmi marynarzy, którzy wraz z chwilą cumowania, kończyli dzisiejszą wachtę.
To była chwila wytchnienia, spowita pierwszą ossanorską nocą po trzech tygodniach nieobecności. Ranek miał przynieść gwar, zapachy i pieniądze, a charakterystyczne napięcie pod skórą, które pojawiło się w nim wraz z tą myślą, przypomniało o charakterze kolejnej wizyty w Ossanorze.
Nie był to wybór oczywisty, a jednak stał się kierunkiem wybranym przez niego ponownie. Zupełnie nieprzypadkowo.
Ossanorscy klienci byli prości, choć nie raz zaskoczyli go swoją dociekliwością i nieoczywistymi zamówieniami. Cenił ich za stanowczość i nutę humoru, która towarzyszyła transakcjom oraz za magnetyzm ich kroków, zachęcający go do przedzierania kolejnych szlaków na półwyspie.
W towarzystwie części załogi, wszedł do znajomego lokalu. Próg przywitał go charakterystycznym skrzypieniem, brzmiącym jak ciche wołanie. Tawerna, mimo późnej pory, wciąż tętniła życiem. W pomieszczeniu panował przyjemny półmrok, kojący zmęczone dniem spojrzenia. Muzyka grała cicho, zachęcająco. Jego serce znów zabiło szybciej.
Przebiegł wzrokiem po zajętych ławach i pełnych półmiskach, poustawianych na ciemnych stołach. Było późno, a jego dawno zapomniany o swoim istnieniu żołądek domagał się ciepłego posiłku i.. zimnego, lokalnego trunku.
Kiwnął do stojących za nim mężczyzn, dając znak, by zasiedli na wolnych miejscach, które krótko później znalazły się obok zaznajomionej załogi innego statku handlowego. To zawsze była dobra okazja do wymiany doświadczeń i pijackiego ponarzekania na własny, morski los.
Podszedł do wysokiej lady, za którą krzątała się płomiennowłosa kobieta. Przywołał w pamięci kaskady jej rudych włosów, gładko spływających po wąskich, prostych plecach. W oczekiwaniu na jej uwagę, sięgnął do skórzanego pasa, okalającego jego smukłe biodra. Z niewielkiej, wypłowiałej saszetki wyjął dwa ususzone goździki i rozgryzł je w spierzchniętych ustach.
Oparł łokieć o blat i wsparł na nim oliwkowy policzek. Szeroki rękaw jasnej koszuli, zsuwał się niedbale, ukazując szereg kolorowych rzemieni i bransolet, jakże charakterystycznych dla Zarevicia.
– Witam – rzucił, gdy kobieta odwróciła się w jego stronę – Od tygodnia marzę o nalanym przez Ciebie piwie.
Gdy ich spojrzenia się skrzyżowały, po jego plecach przebiegł dreszcz. Mimo nagłej ferii ciepła i chłodu, poczuł pod skórą przyjemne, drżące strugi.
Stanął nagle pewniej, jakby umacniając się w przekonaniu o słuszności tego wieczoru. I nie mógł nie uśmiechnąć się, szczerze i bez szepczących niedopowiedzeń, choć dziewczyna przez krótką chwilę zdawała się stanąć jak wryta.
Gawren
Z początku nie zrozumiał jej słów, więc na jego twarz wpełzło coś na kształt zdezorientowania. Ciemny, krótki zarost podkreślił zmarszczki, okalające jego usta. Bo wciąż uśmiechał się pod nosem, obserwując jej ulotny teatr.
OdpowiedzUsuńMiała w sobie coś, co przyciągało jego wzrok. Wzrok, biust… bez wątpienia. Była piękna, gdy niczym płomień wirowała za drewnianym barem, jak w równo ułożonym stosie. Odgrywała swój teatr, ciesząc oczy zerkających w jej stronę klientów. Cóż, był jednym z nich.
Ale czuł więcej. Odbijającą się od jej oczu taflę, na którą kapały powolne krople słonej wody. Jej kroki, które kołysały drobną sylwetką jakby w rytmicznym spowolnieniu. I głos, tak melodyjny, że trafiał jednocześnie zbyt głęboko, jak i zbyt płytko, by wypełnić go do cna.
Podziękował jej cicho, otulając dłonią wilgotny kufel. Jego chłód ukoił nieco to podskórne napięcie, które dotarło wraz z uderzeniem niewielkiej perły o jego rozgrzany nadgarstek.
Położył na blacie jeszcze kilka monet, zostawiając za sobą niosących kolejne kufle towarzyszy.
Rozsiadł się na jednej z wolnych ław, dołączając do wymiany zdań na temat lin konopnych i innych innowacjach na braterskich łajbach. To był standard – gadanie o robocie do pierwszego kufla, a później.. o robocie dało się tylko śpiewać.
Upijał kolejne łyki, a każdym obmyciem gardła zimnym trunkiem, jego wzrok wędrował w kierunku lady.
Kobieta uwijała się prędko. I nie było to niczym dziwnym, bo Tawerna zaczynała wypełniać się kolejnymi klientami. Przez moment przemknęła mu przy ławie inna kobieta, która z szybkością podmieniła ich kufle, jednak ku jego zdziwieniu – nie wdarła się pod jego skórę z tym samym niepokojącym mrowieniem.
To nie była wina miejsca i jego zaklęć.
Gdy po chwili któryś z muzyków przekazał akordeon staremu marynarzowi, wokół rozległy się krzyki aprobaty. Głośne gwizdy zatańczyły wraz z płomieniami chudych świec, a półmrok wypełnił się coraz głośniejszą melodią serc.
Morskie pieśni łączyły wszystkich. Uderzanie o stół, wzburzające piwne piany niczym sztormowe fale, uciekające cienie na ścianach, do złudzenia przypominające błyski podczas burzy na otwartym morzu. Każdy z nich to znał. Drżenie i krzyk były ich jednością, splatające wiele głosów w jeden mocny masztowy węzeł.
– Nasza kolej, Panowie! – krzyknął ktoś za jego plecami. Mężczyzna, z taką samą przypinką jak jego własna. – Pełną parą pędzę po falach, pełną parą gnam…
Dołączali kolejni, supłając się coraz śmielej. Zarević zaklaskał głośno i uchylił kufel. Na odwagę, której przecież wcale do śpiewu nie potrzebował.
– Refleksami słońce mnie mami, morze, wiatr i ja – zaczął w końcu, a jego egzotyczny, charakterystyczny zaśpiew odbił się od desek. Wstał i oparł się biodrem o kant stołu, równając się z pozostałymi. – Nie byliśmy sami wiele lat…
Kruczoczarne loki odbijały się od jego policzków, podskakując wraz z kolejnymi wersami. Jego ciało emanowało zahirrskim słońcem, ale stabilnie stało na solnym lądzie. Głośno uderzył kuflem o inne, gdy między wersami, pomiędzy nimi znów pojawił się zimny trunek. I płomienne fale.
Zaśpiewał znów.
Nie wiedział, czy to echo pieśni, czy jej obecność. Wiedział tylko, że coś pod skórą poruszyło.
Znów cicho i cierpliwie – jak zwykle tutaj. Jakby czekało na potwierdzenie i kolejny szept.
I po raz pierwszy od dawna nie był pewien, czy chce to zagłuszyć.
Gawren
[Och, kiedyś się przez was ubiorę chyba w piórka i odfrunę... A tak na poważnie, znasz mnie, nie umiem dogadać się z prostolinijnymi postaciami. Na wątek jestem jak najbardziej chętna, ale to już do ustalenia na PW, bo w tej chwili mam coś raczej pasującego na burzę mózgów.]
OdpowiedzUsuń[Na szczęście jest tylko człowiekiem z alchemickim bonusem, a z syrenami ma po drodze jedynie na morzu. A za to ja nie mam na razie żadnego niebanalnego pomysłu, żeby coś fajnego tu i teraz nam zaproponować. Muszę wreszcie pobudzić szare komórki po świątecznym lenistwie 😀 Także pozostaje burza mózgów, chyba, że Tobie coś świta, to chętnie poczytam, a tymczasem dziękuję i życzę dobrej, pełnej przygód zabawy w Ossanorze! 💙]
OdpowiedzUsuńMuzyka była jego językiem. Płynął po dźwiękach z taką lekkością, jak sól rozpływała się w wodzie. Bez wysiłku i bez potrzeby tłumaczeń, ale pozostawiając po sobie wyraźny posmak. Tam, gdzie głos łamał się w pół tonu, on znajdował równowagę, a tam, gdzie milczenie byłoby zbyt ciężkie, wplatał melodię. Muzyka robiła za most, zarówno między nim i innymi, między nim, a tym, co pod jego skórą drżało od tak dawna.
OdpowiedzUsuńJego głos pozostawiał po sobie echo. I coś jeszcze — nie słony posmak, choć przecież niósł w sobie ossanorski ciężar.
Zarević był jak aromatyczna mieszanka, która przyciągała słodkością, by niedługo później zagrozić drażniącą ostrością. Był uosobieniem własnej skrzyni przypraw i z lekkością tworzył wokół siebie ten różnorodny bukiet.
Tawerny były jego miejscem. Wytchnieniem po dniu rejsu, miejscem do zawiązywania umów. Dawały chwilę oderwania się od rzeczywistości, jednocześnie umacniając go w tym co było tak nierzeczywiste.
Tańczące w mroku cienie, bliskość ciał i zapach alkoholu były domem. Przywodziły mu na myśl zahirrskie noce pełne gorących spojrzeń i wdzięczności za słońce. Wybrzmiewały w głośnych słowach i jeszcze głośniejszym biciu serc.
Piwo wypijał duszkiem, jakby otaczające go cały dzień morze, spiło z niego wszystko, co zdołało. I ku jego uciesze, krwiste loki czasem przemykały nieopodal. A on drżał za każdym razem, gdy ich spojrzenia krzyżowały swoje kursy.
– Spo- wie- dzi! Spo- wie- dzi! – wykrzykiwano, gdy pomiędzy szantami , muzycy przygrywali do tańca. I chyba każdy tu wiedział, co to oznaczało. I było to uosobieniem polanego alkoholu i gwiazd, które coraz śmielej wkradały się na niebo.
– Ja zacznę! – krzyknął ktoś z oddali, a podchmielone oczy poszły za głosem. Wybrzmiały skrzypce i akordeon, a w ruch poszły kufle, dłonie i podeszwy. Mokra Doris znów wybrzmiała. – W morzu srebrną nić życia swego haftować miałem, nikt nie mówił, że tylu kumpli pochować będę miał. Bywałem pierwszy do żagli, ostatni, gdy los nam je rwał; morze brało po cichu, a ja uczyłem się wracać, choć rumu wciąż mi brak.
W pomieszczeniu rozległy się oklaski. Pierwszego spowiednika należało uhonorować porządnym łykiem trunku. Ktoś zawołał, by nalali mu rumu. A co tam, wszystkim!
Zarević przebiegł wzrokiem po roześmianych twarzach. Odpoczywał oddając się śmiechu nocy. Ale coś w nim wciąż odbijało się głucho, jedynie drżąc i wdzierając się do świadomości ciemniejącą płachtą, z której nie potrafił się wyswobodzić.
Usłyszawszy nagle szumiące za oknem morze, próbował odszukać dziewczynę z tawerny. Instynktownie, jakby podświadomość przypomniała mu o jej istnieniu.
Spiął się, gdy pomiędzy ławami nie dostrzegł jej skaczących fal.
Rozejrzał się raz jeszcze, a gdy dostrzegł ją w objęciach podstarzałego marynarza, skrzywił się mimowolnie. Jej spojrzenie wydawało się puste, a ciało gotowe do ucieczki, która nie nadchodziła. Zaniepokoił się, choć nie potrafił odczytać jej gestów.
UsuńPomimo to, bez wątpienia była dziewczyną w opałach. Tą samą, która potęgowała w nim to niezrozumiałe uczucie niesłyszalnego echa i gruntowała w dziwności, osiadającej na jego ramionach.
I po prostu mu się spodobała.
Zrobił kilka skocznych kroków w jej kierunku, upijając po drodze pucharek z bursztynowym trunkiem.
– Moja kolej! – klasnął w dłonie, gdy poprzednik zakończył swoją spowiedź – Na dłoniach noszę zapach dróg, co nie chcą znać imion; piołun gryzie w gardle, a sól w skroniach szczypie.
Rozpostarł dłonie, a rękawy luźnej koszuli znów uwidoczniły kolorowe rzemienie. Pod nimi, lgnąc do umięśnionych ramion, widoczne były charakterystyczne, brunatne przebarwienia, przypominające topiące się w morzu słońce. Fale i promienie, które zazębiały się gładko na jego skórze, wciąż nie emanowały pełnią swoich sił. A jednak, zaiskrzyły, odbijając się od niektórych, szklących spojrzeń.
Morska toń odbiła się od jego tęczówek, gdy uraczyła go spojrzeniem. Niemal tanecznym krokiem przysunął pełny kufel z baru i wcisnął go w marynarzowi, jednocześnie chwytając biodra kobiety. Transakcje były przecież jego mocną stroną.
Szarpnął nią, by przez chwilę opadła w jego ramionach, uwalniając się od przypitego natręta. I na osłodę, podał jej naczynie z rumem, smagając ją grzbietem dłoni.
– Śpiewam, by wracać, nie po chwałę czy znak, śpiewam, bo morze słucha, gdy mówię mu tak. – dokończył własną spowiedź, unosząc do góry naczynie. Toast za morze!
Zerknął na nią z góry. Wciąż zdawała się nie być całkiem obecna. Objął ją ramieniem, ciepło i ze swoją charakterystyczną serdecznością, będącej sednem zahirrskiego słońca. A gdy w końcu zadarła w jego kierunku głowę, uniósł brew z zaciekawieniem. Bo przez chwilę zobaczył coś jeszcze.
Pochylił się, smagając szorstkim policzkiem płatek jej ucha.
– Twoja kolej – szepnął, jakby tłum miał nie usłyszeć jego słów – Zaśpiewaj nam swoją spowiedź.
Zarević
Słońce chowało się już za horyzontem, gdy postanowiła wreszcie poszukać miejsca na nocleg. Teoretycznie mogłaby jak grzeczna dziewczynka po prostu wrócić do rodzinnego domu, ale ten olbrzymi budynek położony w najbogatszej dzielnicy miasta wywoływał w niej wyłącznie niewytłumaczalne poczucie niepokoju. Szczególnie teraz, gdy oprócz cichego szmeru wydawanego przez latającego od czasu do czasu nad jej głową Lucky’ego powietrza zazwyczaj nie przecinał tam niemal żaden dźwięk. Wydawałoby się idealny zakątek do przemyśleń, nieprawdaż ? Z tym, że nie dla niej. Najwięcej odpowiedzi na niezdane na głos pytania uzyskiwała nad brzegiem morza. Często zresztą w formie zupełnie niekontrolowanych, zagadkowych wizji.
OdpowiedzUsuń- Nie powinnaś wracać sama po nocy. – Zauważył piekarz, do którego zajrzała jak zwykle po zakończonym dniu, by przed snem opowiedzieć jeszcze parę morskich historii jego kilkuletniemu synowi.
Biedny mały niedawno stracił matkę w pożarze, o którym powszechnie mówiło się, że był dziełem zwykłego niedopatrzenia, lecz ona nie była tego pewna. Kiedy po tym tragicznym wydarzeniu odwiedziła ich po raz pierwszy odniosła dziwne wrażenie, że stał za tym ktoś silnie związany z gospodarką wodną. Nie potrafiąc jednak logicznie wytłumaczyć swoich domysłów, milczała. Od tamtego dnia jednak wychodząc z tego konkretnego domu, instynktownie oglądała się przez ramię. Bo mężczyzna miał z pewnością rację – postąpiłaby o wiele mądrzej korzystając z jego oferty przenocowania. Z tym, że ona nie chciała robić mu kłopotu. Zresztą Pearl doskonale znała drogę prowadzącą pomiędzy ulubionymi miejscówkami dziewczyny, toteż ta nie musiała zbytnio przejmować się ewentualnymi przeszkodami czającymi się na trakcie. Gotówki też nie nosiła przy sobie zbyt dużo. Ot, tyle tylko, by ewentualnie opłacić jakiś podrzędny lokal w porcie. Komu normalnemu opłacałoby się połasić na coś takiego ? A jednak ludzka (i nie tylko ludzka) natura potrafiła czasem być niezwykle pokrętna. Po przejechaniu zaledwie kilkunastu metrów usłyszała za sobą wyraźnie zdenerwowane męskie pokrzykiwania. Chwilę później rześkie nocne powietrze przeszył potężny huk, a ciemne niebo rozbłysło niczym w samym środku dnia. Zanim w ogóle zdążyła w jakiś sposób zareagować, klacz wystrzeliła naprzód niczym strzała. Nie na dużo się to zdało, ponieważ do odgłosów pogoni dołączył jeszcze wyraźny tętent kopyt i poszczekiwanie psów. Dwóm z nich omal nawet nie udało się chwycić szkapy za pęciny. Ona jednak była nieco szybsza i nim ktokolwiek zdołał się zorientować, zostały już wyrzucone w dal z pomocą jej mocnych tylnych kopyt.
- Zatrzymaj się albo będę strzelał ! – Jeden z jeźdźców musiał najwidoczniej znaleźć się dość blisko nich.
Dziewczyna obróciła się przez ramię oceniając odległość. Około pół metra. Raczej za późno na bezpieczne wymierzenie z kuszy. Przeklęła w duchu swą nierozważność, która kazała jej przypiąć do uprzęży wyłącznie tyle światełek, by móc dojrzeć wąski pasek przestrzeni przed sobą. Pięknie, teraz mogła liczyć na swój instynkt i lampiony dzierżone przez prześladowców. Musiała zaryzykować. Pochyliła się mocno nad siodłem, spinając ostrogi i kierując wierzchowca w stronę możliwie najwęższych zabudowań. Jedną kulką co prawda oberwała w lewy bark, lecz nie przeszkodziło jej to we wjechaniu w najbliższy zaułek i potrąceniu stojących u jego wejścia beczek. Choć z punktu widzenia przypadkowego mieszkańca z pewnością wyglądałoby to na zwyczajny wypadek, Rain zrobiła to umyślnie. Manewr ten już nie raz w podobnych okolicznościach niemal dosłownie uratował jej życie. I faktycznie, parę sekund później do jej uszu dotarły zaskoczone okrzyki świadczące, że przynajmniej część z prześladowców musiała utknąć na tej prymitywnej przeszkodzie. Nie było jej dane długo cieszyć się tym zwycięstwem, gdyż jednemu z mężczyzn musiało najwidoczniej udać się ją przesadzić, o czym poinformował ją następny strzał. Tym razem jednak kula utknęła w murze, co pozwoliło Cove na złożenie się do odpłacenia się mu pięknym za nadobne i ponowne pognanie naprzód. W całym tym ferworze nie zauważyła nawet, że jakiś zagubiony przechodzień postanowił przekroczyć drogę tuż za zakrętem, który miała zamiar akurat pokonać. Zresztą i tak nie miałaby już czasu zahamować. Stanowczym pociągnięciem za cugle zmusiła więc swą biedną szkapę do uskoczenia na bok, podczas gdy sama wylądowała na bruku .
Usuń- Kurwa, aż tak bardzo zależy ci na tym mieszku, że ryzykujesz stratowanie ?! – Warknęła, wyciągając zza pasa nóż i rzucając się na biednego człowieka. Uznała bowiem za oczywiste, że również musi on należeć do ścigającej ją zgrai.
Rain
[żeby tylko raz xD
OdpowiedzUsuńAkurat miałam tu na myśli wiedzę a nie palenie, ale nie powiem, miła rozpałka hehe Dzięki i Tobie także]
Im
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńNiski dźwięk portowego dzwonu, który oznajmiał przybycie statku, rozbrzmiał echem, gdy Sól Przymierza zacumowała w swoim doku. Ludzie zgromadzeni na nabrzeżu wiwatowali i machali na powitanie, a śmiechy handlarzy mieszały się z szumem fal uderzających o burty pobliskich łodzi. Eran ostrożnie zszedł z pokładu, czując pod stopami skrzypiące deski nabrzeża i skinął głową załodze, dziękując wszystkim za bezpieczne poprowadzenie statku przez dwutygodniowy rejs. Twarz miał zadowoloną, muśniętą słońcem, które teraz zdobiło jego policzki lekką opalenizną, ale w oczach odbijało się zmęczenie, jakby nie spał dobrze, albo nie spał wcale. I rzeczywiście, minionej nocy nie zmrużył oka. Wieczorny sztorm dał się we znaki do takiego stopnia, że nawet teraz, gdy stawiał ciężkie kroki, siła zmagań z falami wciąż pulsowała w jego mięśniach. Ale mimo zmęczenia w jego oczach tliła się czujność, a spojrzenie przesuwało się po linach i masztach, oceniając z dystansu, ile ucierpiało i czy szkody są poważne. Kilka poręczy było poluzowanych, a niektóre liny wyraźnie przetarte, ale najważniejsze, że wszystkie drobne przecieki w ładowni już opanowano. Ach, te kaprysy morza. Szkody mogłyby być znacznie większe, gdyby nie to, że jego ciało przeczuwało każdą zmianę pogody, a cała załoga miała czas odpowiednio przygotować statek, zanim wzburzone morze zaczęło nim bezlitośnie targać. To dzięki temu życie załogi pozostało bezpieczne, a statek, choć zmęczony sztormem, wytrzymał próbę fal. Nie pierwszą i na pewno nie ostatnią.
OdpowiedzUsuńMinął skupisko ludzi, których twarze rozświetlało ciekawskie zainteresowanie i radość z bezpiecznego powrotu statku. Kilkoro dzieci machało do niego rękami, a starsi portowi wyjadacze kiwali głowami w uznaniu, dostrzegając w nim człowieka, który nie tylko dowodził potężną kogą, ale który przede wszystkim rozumiał morze tak, jak niewielu potrafi. A rozumiał, to akurat prawda, nawet cholernie bardzo, bo ten dar i przekleństwo zarazem nieustannie przypominał, że morze nigdy nie daje niczego za darmo, a to, co dziś pozwalało mu wrócić do portu w jednym kawałku, jutro mogło stać się wezwaniem, którego nie sposób będzie zignorować.
Rozdał dzieciakom muszle, drobne, morskie skarby, bo zawsze miał zwyczaj przynosić im coś z rejsu, a potem wskoczył na wóz przejeżdżającego tragarza, który kierował się w stronę targowiska, i trzymając się zbitych desek i worków towaru przejechał tak brukowaną dróżką aż na rynek. Miał przy sobie list od władz sprzymierzonego miasta, zapieczętowany i przeznaczony do doręczenia wyłącznie do rąk własnych Bosmana, a chociaż nie był umówiony, to nie musiał wcale długo czekać. Załatwił, co trzeba, przekazał list we właściwe ręce, wysłuchał krótkich, rzeczowych słów i odebrał potwierdzenie, które zamykało sprawę. A potem, z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku, opuścił ratusz i spokojnym krokiem wrócił w stronę portu, gdzie między statkami czekała na niego łajba – stara, nadgryziona zębem czasu, ale nadal wytrzymała i wierna morzu. Wiedział, że nie stała pusta. Czuł to w kościach, w specyficznym napięciu rozchodzącym się pod skórą, które pojawiało się zawsze, gdy w pobliżu znajdowały się istoty morza. Ale był spokojny, bo od pewno czasu mógł spodziewać się tutaj tylko Seline, która w zamian za jego pomoc, doglądała tego przybytku i pilnowała, żeby stojąca samotnie łódź nie kusiła nieproszonych gości. Byli dogadani.
Łączyło ich wzajemne zaufanie, mimo że syrena powinna być ostatnią istotą, której marynarz powinien powierzać siebie. Ale to nie on zrobił jej krzywdę, to nie on skradł jej uczucia dekadę temu, więc to nie na nim potrzebowała się mścić. On zrobił coś zgoła innego – dał jej szansę przetrwać w tym miejscu, żyć i nie zwariować.
UsuńWszedł do środka wraz ze skrzypnięciem drzwi. Powietrze w kajucie pachniało mieszanką wilgoci, ziół i słonej wody, a blask lampionu rzucał ciepłe refleksy na drewniane belki. Jego spojrzenie napotkało jej oczy, błyszczące w półmroku kajuty, i na moment zawisła między nimi cisza pełna zrozumienia. Znali się przecież nie od dziś. On był zmęczony, ale jej widok go cieszył.
— A gdzie jakieś specjalne powitanie? — upomniał się żartem i uśmiechnął, lustrując ją uważnym spojrzeniem. Zrzucił wierzchnie okrycie i przewiesił je przez krzesło, a potem wyciągnął do niej ramiona. — Witaj, Seline — rzekł z tym samym uśmiechem, którym dwa tygodnie temu ją żegnał.
Eran Morwick
[Słuchałam tego kawałka chyba milion razy w zapętleniu, myśląc nad postacią ;) Cześć, dzięki za powitanie! Czytając kartę Seline miałam z tyłu głowy myśl, że najbardziej cierpią ci, którzy najgłośniej się śmieją. Cokolwiek jej się przydarzyło, mam nadzieję, że odzyska radość życia, a nie tylko jej iluzję i skrawki.
OdpowiedzUsuńNie jestem pewna, czy zrozumiałam do końca ostatnie zdanie, w każdym razie, gdybyś miała chęć na wątek, to śmiało zapraszam. ;)]
Maureen Velathrys
Morze wlało się do Tawerny cicho, ale chaotycznie. Szumiało gdzieś u podstawy myśli, splatając melodię z szumem fal. Stare deski skrzypiały coraz głośniej pod stopami, przywodząc mu na myśl przedzierające się przez sztorm statki. Dźwięk, który zwykle wyostrzał zmysły i zmuszał do bezwzględnej koncentracji, teraz kojarzył się z czymś łagodnym, jakby próbował rozwiać wszelkie wątpliwości i przekonać, że w tych wodach nie czai się nic prócz obietnicy.
OdpowiedzUsuńKojący niepokój osiadał jak bryza, lekko muskając rozgrzane nocą ciała.
Marynarze kołysali się równo, rozpływając się w dźwięcznej toni. W pociemniałych źrenicach odbijały się fale, a ruchy stawały się wolniejsze i bardziej uległe, jakby każdy z nich słuchał już nie muzyki, lecz własnych pragnień.
A on? Stał przed nią świadomy jej słów, choć zupełnie niepewny sensu, który niosły. Pieśń nie wdzierała się w niego siłą, nie odbierała woli. Osiadała tuż pod skórą, cierpliwa i czujna jak głos morza, jakby nie przyszła po to, by go zabrać, lecz by sprawdzić, czy odpowie.
Przez jego twarz przebiegł wyraźny niepokój, ale nie cofnął się ani o krok. Jego myśli, choć w chaosie, próbowały odnaleźć sens jej słów. Nie był pewien i… właściwie nie chciał być.
– Co… to znaczy? – nie sprecyzował, bo nie potrafił. Obejmujące ją ramię, przesunęło się po jej ręce, jakby chciał zbadać, czy stojąca przed nim kobieta jest prawdziwa. Była, a pod jego lekko szorstkimi opuszkami zagrała dawno zapomniana, morska siła.
Badał wzrokiem jej twarz. Lekko pobladłą, choć świetlistą bardziej niż wcześniej. Miał wrażenie, że od jej pełnych zdumienia oczu, odbija się iskra. Coś na kształt nadziei i słońca, które już dawno czekało na letni dzień.
On sam, pobladł, choć jego skóra wciąż przywoływała na myśl to, co otulające. I dobre. Choć nie całkiem bezpieczne.
Bo im dłużej na nią patrzył, tym mocniej miał wrażenie, że to spotkanie wydarzyło się już kiedyś — dawno, głębiej, gdzie nie sięgała pamięć. Jej szept odbijał się od jego wnętrza, kotłując się gdzieś w trzewiach, dudniąc razem z jego sercem. Zatrzymał go w sobie na dłużej, pozwalając, by umysł w końcu przywiał to jedno, morskie wspomnienie.
To, przez które stali tu razem. Przez które ta jedna noc, miała stać się nowym początkiem. I zgubą.
– Słyszałem to – szepnął w końcu, a gdy do jego świadomości dotarł sens tej sceny, odsunął się o kilka dużych kroków, stukając w podłogę cholewami wysokich muszkieterów.
Czuł ciężar własnych ramion, napięcie barków i szorstkość oddechu, który nagle przestał nadążać za myślami. Mięśnie, przyzwyczajone do walki z wiatrem i linami, napinały się instynktownie, jakby przygotowane na uderzenie. Stał szeroko, unosząc prawie pusty, bo morze nauczyło go, jak wygląda stabilność tuż przed utratą równowagi.
Nie spuszczał z niej wzroku, jakby nagle miała skoczyć na niego jak wygłodniała harpia. Jakby to, co robiła miało być czymś złym. A przecież nie było.
Na morzu usłyszał prośbę. I coś, co pokazało mu, że Ossanor bywa odpowiedzią, nawet gdy nikt jej nie szuka.
Niepokój nie dotyczył jej samej. Nie dotyczył pięknej barmanki z burzą płomiennych loków. Ani nawet słów, które ta wyśpiewała w spowiedzi.
Dotyczył jego samego. Dziedzictwa, historii i morskiego przeznaczenia, które osiadało w nim powoli, jak przypływ, który zabiera więcej, niż obiecuje oddać.
Zarević
Esme lubiła swoją cichą codzienność. Szepty, ledwie przedzierające się przez obłoki pary i woń kwiatowych olejków, osiadających gęsto na wszystkim, co napotykały. Lubiła przyjmować klientów, choć każde kolejne skrzypnięcie wysokich drzwi, zwiastowało jej ciężką pracę. Wybieranie wody z wewnętrznej, starej studni, gotowanie jej w kadziach i noszenie ciężkich, glinianych mis do wanien. Zwykle, przygotowywała wszystko już od wczesnych godzin porannych, by już pierwszego klienta przywitało ciepło pary.
OdpowiedzUsuńWieczorami była zmęczona. Zwykle wertowała jedną z nieznanych ksiąg, sporządzając nowe przepisy na mieszanki kąpielowe i szybko kładła się spać, na zapleczu własnego interesu. Miała tam niewielki pokoik, ozdobiony kilkoma suszonymi bukietami i fioletowymi wstążkami, które tak lubiła.
Nie była zwierzęciem nocy. Wolała poranki. A mimo to, przypominając sobie na moment o własnym, młodym wieku i chęci… szaleństwa?
Niewielki flakonik, kupiony u pobliskiego zielarza postawił ją na nogi. Sporządzony wywar działał pobudzająco i znacząco oddalał wizję snu. Przywdziała jedną z ładniejszych sukien, której granat podkreślał bystrość jej lazurowych oczu. Ramiona i dekolt niemal odruchowo zakryła grubszą peleryną, idealną na tę porę roku. I była gotowa.
Choć niezbyt często pojawiała się na imprezach, tę lokację znała całkiem nieźle. Rozległe i dawno zapomniane piwnice przybytku „U Przychodnia” były kiedyś, i na krótko, jej schronieniem. Pachniały wilgocią, solą i stęchlizną. Pomieszczenia o różnym charakterze, połączone krętym korytarzem, mogły mieć swoje ujście aż w Dokach, choć niewielu było w stanie przedostać się przez zalane kanały i kilka zapieczonych krat.
I tylko wtajemniczeni wiedzieli, że to tam odbywały się najlepsze, elfie imprezy!
Z Seline umówiła się na rozstaju dróg, tuż pod wysokim dębem. Opierała się więc o jego korę, stukając podeszwą w kawałek bruku. Wokół ciemniało, a w okiennice zamykały się z hukiem.
Ossanor powoli szykował się do snu, ale od pobliskich murów zaczynały odbijać się ciche, stłumione krzyki, obleczone skoczną muzyką i czymś w rodzaju niebezpieczeństwa własnych konsekwencji. Zapowiadała się ciekawa impreza.
Zwłaszcza, że elfy z Dzielnicy Handlowej znane były w nocnych kręgach z handlu Gwarantami – słodkimi i piekielnie ciężkimi do znalezienia grzybkami, które zwiastowały powodzenie nocy i brak konsekwencji poranka. Były małe, niewinne i niestety… nielegalne. A miały tylko jedną wadę, choć o niej… jeszcze nikt nie zdążył im powiedzieć.
Gdy do jej uszu dobiegły znajome kroki, wyjrzała zza szerokiego pnia i posłała rudowłosej uśmiech. Z Seline znała się już jakiś czas, a ich drogi krzyżowały się gdzieś pomiędzy momentami wspólnego milczenia i śmiechów, zacierających bolączki myśli. Była dobrą kompanką do nocnych wypadów, o czym kilkukrotnie zdążyła się przekonać.
– Jak nastrój? – zagadnęła od razu, zakładając za ucho pukiel falowanych włosów. Ich jasna, gęsta struktura idealnie przykryła niewielki znaczek, który co rusz szeptał jej wspomnienie dawnych dni. – Mam ochotę dziś zapomnieć o wszystkich bolączkach i trudach. – powiedziała zgodnie z prawdą.
Jej pas ściskała niewielka sakiewka na haftowanym sznurku, wypełniona monetami i wciśniętym gdzieś na dno papierem, który kilka lat temu kupiła u jednego fałszerza. Był oznaką jej nowego życia i przypomnieniem jej faktycznej bezimienności.
Esme
Wpatrywał się w milczeniu w jej kroki. Długie, powolne, niemal majestatyczne jak fale, a jednocześnie podszyte czymś tak letnim i ulotnym, jak podmuchy ciepłego wiatru. Miał wrażenie, że jej ciało wprowadza w drgania połyskujący kurz, który wezbrał się wokoło za sprawą tańców i przesuwania ław. Błyszczał wokół niej tak nienaturalnie i namacalnie, że jego tors znów zrobił się ciężki.
OdpowiedzUsuńPóźniej patrzył na jej dłoń, wysuniętą w jego kierunku, jakby na zaproszenie. Drżała, choć niemal niewidocznie. I choć nie widział w tym geście obrazy czy niebezpieczeństwa, nie potrafił go zrównać. Szczupłe biodra opierały się twardo o krawędź stołu, a dłonie spoczywały gdzieś za plecami. Stał przed nią tak otwarty, jak zamknięty.
Wypełniały go przecież przeczenia. Mężczyzna wychowany w śmierdzącej zwyczajności portów i targów, w rachunku zysków i strat, w twardym przekonaniu, że wszystko, co prawdziwe, musi dać się albo zważyć albo policzyć. Nauczył się ufać wiatrom, linom i własnym rękom, które zawsze mówiły więcej, niż jakikolwiek drogowskaz.
Jej obecność była czymś, co próbowało przedrzeć się przez wytworzony mur. Czuł to nie w myślach, lecz pod skórą, czyli tam, gdzie nigdy nie sięgały żadne mapy. Było w tym jednak coś tak rześkiego, jak pierwszy haust powietrza po długim zanurzeniu. Nabrał go w płuca.
Wzrok podniósł powoli, jakby każdy ruch mógł zerwać cienką nić, która niebezpiecznie napięła się między nimi. Jego ciemne oczy zatrzymały się w jej tęczówkach – pełnych i głodnych jak morska toń. Zaczynał rozumieć, że nie wyciągnęła dłoni tylko po to, by go pochwycić, ale żeby sprawdzić, czy potrafi zostać.
Zrobił krok w jej stronę. Długi i równie powolny. Majaczące wokół postaci zdawały się być tylko omamem, a ich głosy, choć niesłyszalne wokół, zaczynały splatać się w jedność. Tyle że ich świadomość jeszcze za tym nie nadążała.
Tylko to bicie serca przypominające uderzenie o kotwicę…
Nie chwycił jej dłoni, ale znalazł się tak blisko, że smagnęła go po biodrze. Sam dotknął jedynie jej ramienia, odrzucając kosmyk jej włosów. Zdawały się być mokre, choć lśniły w blasku wieczornych świateł.
– Po co? – zapytał krótko. Jego głos był szorstki, niemal obcy w tej pozornie miękkiej, rozkołysanej przestrzeni. Na twarzy jednak wciąż jaśniało łagodne słońce.
Nie rozumiał syreniego wezwania, ani tego, co działo się wokół. Nie wiedział, czemu syreni śpiew nie zniszczył go wtedy, czemu nie zabijał go teraz. Nie rozumiał, czemu jej skóra zdawała się zacieplać szybko za sprawą jego dotyku.
Nie był przecież świadom siły, która w nim drzemie ani nie rozumiał, po co morze szeptało mu do snu. Nie prosił się o magię, choć ta tak często z nim igrała. Wiedział dobrze, że wszystko ma swoją cenę i nie wszystko jest w stanie utargować.
– Możesz ich uwolnić? Porozmawiajmy gdzieś indziej.
Jego twarz przybrała wyraz niepokoju. Nagle, gdzieś między zatraceniem się w jej spojrzeniu, a racjonalnych strzępkach rodzinnej historii, czuł się źle. Jego załoga, ledwie przytomna kołysała się jak żagiel, a wszystko wokół straciło na wartości.
Syrena.
Gawren
Choć klacz zatrzymała się z głośnym parsknięciem na końcu uliczki, Rain nie widziała zbyt dokładnie kogo ma właściwie przed sobą. W słabym świetle ledwie tlącej się starej latarni dostrzegła jedynie nikły zarys sylwetki osoby, którą instynktownie zaatakowała. I to w powiązaniu z wyraźnie zaskoczonym damskim głosem wystarczyło, by opuściła trzymane w ręku ostrze. Nie schowała go jednak, gotowa do ponownego odparcia ewentualnej napaści. Długie rude włosy i melodyjny ton wypowiedzi co prawda z kimś się jej kojarzyły, ale panujący wokół półmrok nie pozwalał jej uzyskać stuprocentowej pewności co do owych podejrzeń. Zdezorientowane skrzeczenie gwałtownie wybudzonego Lucky’ego też z pewnością nie ułatwiało jej podjęcia ostatecznej decyzji co do tego, czy ma do czynienia z przyjacielem, czy też może raczej wrogiem. Biedny jastrząb powinien teraz smacznie spać, a nie obijać się o szyldy.
OdpowiedzUsuń- Już dobrze, wracaj. – Podniosła wolną dłoń ubraną w skórzaną rękawiczkę, przywołując nieszczęsnego ptaka. Gdyby jej nie miała, siadając swymi długimi szponami poraniłby jej skórę aż do krwi. – Wybacz. – Zwróciła się do kobiety, łagodnie przeczesując wciąż nastroszone pióra zwierzaka.
Tym drobnym gestem chciała wymusić spokój na nich obojgu. O ile jednak podniebny łowca faktycznie niebawem powrócił do Krainy Morfeusza, ona musiała działać wciąż na najwyższych obrotach. Zwłaszcza że pytania, które padły przed chwilą z ust ognistowłosej sugerowały jakoby ta z góry założyła, że świadomie zalazła za skórę swoim prześladowcom. Obrzuciła ją obrażonym spojrzeniem, wzdychając ciężko. Jasne, przecież to w cale nie tak, że to miasto, a zwłaszcza okolice portu pełne były samowolnych strażników porządku zdolnych zdjąć skórę z każdego, kto nie zechciałby przyjąć ich oferty ochrony… Nie mówiąc już o zwykłych złodziejach lub załogach pirackich statków, bo i tacy tu czasem zawijali…
- Brzmisz jak wszyscy znajomi mojego nieżyjącego taty. – Prychnęła, ostentacyjnie potrząsając głową. – Według nich też jestem zawsze winna wszystkich problemów. Skąd założenie, że po prostu nie znalazłam się w złym miejscu o złym czasie ? – Zamilkła na moment, zatapiając się we własnych myślach. – Chociaż teraz faktycznie mogą mieć mi coś za złe, bo raczej wątpię, by ten tam przeżył mój strzał.- Wskazała ręką w stronę beczek na początku traktu. – Ale to już ich wina, skoro sami rozpoczęli tę potyczkę. – Miała tylko nadzieję, że żadnemu z mężczyzn nie przyjdzie na myśl, by po wschodzie słońca zgłosić się na posterunek Straży Miejskiej. Naprawdę nie miała ochoty na tłumaczenie się przed dawnymi ojcowskimi kamratami.
Rain
Jej słowa uderzyły w niego nawet bardziej niż jej dotyk. Choć ten, w zupełnie niepokojący sposób zdawał się wtapiać w jego skórę, jakby próbował ukoić go od wewnątrz. Było w tym coś znajomego, choć jakby dawno zapomnianego. Kołtuniło jego myśli w sposób, którego wcześniej nie poznał, ale szept kobiety zdawał się równie niepokojący i elektryzujący co szept samego Morza Kości.
OdpowiedzUsuńPrzełknął głośno ślinę i potarł ciemny zarost.
Przez moment przebiegł wzrokiem po załodze. Po ludziach, którzy darzyli go bezgranicznym zaufaniem, a na których on, mógł polegać zawsze i wszędzie. Ludzka złość ścisnęła jego gardło, ale wiotka sylwetka wciąż majaczyła przed nim, rozpylając łunę morskiej bryzy.
Seline działała na niego w inny sposób niż na resztę, co potęgowało jego lęk. Głos, zaklęty gdzieś głęboko w jego sercu próbował podpowiedzieć mu, że wszystko co działo się w Mokrej Doris było ich powinnością. Tłumiło go jednak wartkie bicie zahirrskiego serca, przypominające miarowo wpływającą flotę, gotową do kipiącego ogniem ataku.
– Pokażę Ci go – mruknął podirytowany i wskazał palcem za pomieszczenie. Chciał, by jak najszybciej zdjęła z nich urok, nawet jeśli miał popełnić przy tym jeden z kluczowych błędów całej swojej ludzkiej układanki – Idziemy.
Jego głos, brzmiał niczym polecenie. Był twardy i szorstki, jakby za wszelką cenę próbował pozbyć się tej charakterystycznej melodyjności. Gawren wyszedł z tawerny, nawet nie przepuszczając jej w drzwiach i skierował głośne kroki wzdłuż pomostu. Podkute, wysokie buty hałasowały miarowo, coraz szybciej odbijając się od starych desek. Czuł na plecach głośny oddech Seline, zapach soli i głębin, które odbijały się od świetlistego księżyca niczym cierpka łuna.
Zerknął przez ramię, na jej ledwie migoczącą w nocy twarz. Spojrzenie, choć wciąż wydawało mu się niebezpieczne, bezlitośnie przyciągało go do siebie swoją tonią.
– Mój statek jest jak każdy inny – zapewnił. Choć wyróżniały go kolorowe hafty na żaglach, przypominający tonące w zachodzie słońca fale, faktycznie Wieczny nie wyróżniał się niczym specjalnym. W porcie znajdowało się kilka podobnych brygantyn, jednak tylko ta jedna z taką płynnością współpracowała z morzem – Nie wejdziesz na niego, bo nie jesteś z załogi.
Pewnie oboje wiedzieli, że nie była to prawda. Jako kapitan, mógł pozwolić sobie na wszelkie odstępstwa od przyjętych reguł. Mimo to, nie widział potrzeby zaproszenia kobiety na pokład, nawet jeśli jej szept, nawet tutaj, gładko odbijał się od trzepoczących na wietrze żagli.
Przystanął, gdzieś nieopodal trapu i odwrócił się w jej stronę. Powiewające na wietrze ogniste loki uderzyły go w ramię, jakby próbowały go ocucić. Zbliżył się do niej o kilka kroków, jakby próbował przejąć kontrolę nad każdym jej niespodziewanym ruchem. Zamiast tego, jasne płótna koszul smagały się z obietnicą.
– Zgodnie z rozkazem – mruknął przekornie, choć emocje na jego twarzy powoli łagodniały – Nie wiedziałaś, kogo wołasz? To chyba nie do końca bezpieczne.
Uniesiona do góry brew i szczera ciekawość były potwierdzeniem, że Zarević niewiele wiedział na temat drzemiącej w głębinach siły, jak mało rozumiał z tego, co zostało mu zapisane.
Złość była jedynym językiem, jaki znał w obliczu tego, czego nie dało się zmierzyć ani nazwać.
Nie przeczuwał nawet, że wkrótce ustąpi miejsca czemuś znacznie starszemu niż gniew.
Zarević
Gawren bacznie obserwował każdy jej krok i gest, tonący ciemnościach ossanorskiego portu. Kobieta miała w sobie coś, co przyciągało wzrok na dłużej, majaczyło gdzieś w dnie wspomnień i wbijało się pod jego oliwkową, smagniętą egzotycznym słońcem skórę. Ciągle jednak wiedział, gdzie się znajduje i w którym kierunku podążają jego myśli, w przeciwieństwie do wszystkich tych, którzy zaklęci w jej transie, majaczyli jak powidoki. Nie wiedział co wiązało się z tą powinnością, jednak czuł jak wokół jego nóg zaciska się pętla, która tylko czeka, aż wpadnie w morską toń, by zatopić go bezpowrotnie w tym, od czego tak się bronił.
OdpowiedzUsuńGdy schyliła się nad fragmentem statku i złożyła cichy pocałunek, dosłownie stanął jak wryty. Uniósł do góry ciemne brwi i zrobił minę, którą całe szczęście ukrywała gęsta ciemność.
Wariatka?
Powiódł wzrokiem po jej kolejnych krokach i wbił w nią pełen niepokoju wzrok. Pod skórą zaszywały się szorstkie szepty, próbujące igrać z jego zmysłami, ale jej lekko świetlista twarz była czymś w rodzaju kojącego opatrunku. Zadzierała głowę w jego stronę, a on patrzył z góry na niesforne kosmyki, które odrywały się od jej czoła i próbowały wzbić się w powietrze, za sprawą lekkich podmuchów. Nic z tego.
– Rozumiem – mruknął, choć nie miało to wiele wspólnego z prawdą – Morze bywa humorzaste i chyba nie zawsze wie, co robi.
Miał na myśli rejsy, zmienne wiatry i kaprysy prądów, które nauczył się znosić latami. To wszystko, co można było odczytać z zawilgotniałych map i gwiazd. Morze, które można było przekląć, ale któremu ostatecznie zawsze się ufało. To, co było rytmem pracy i snu, a nie słowami pod skórą.
Teraz stał nieruchomo, słuchając ciszy, która zapadła po ich słowach. W porcie, gdzieś w oddali, coś skrzypnęło głucho, lina napięła się i zaraz potem odpuściła, jakby sama wahała się, czy powinna trzymać dalej.
Gawren poczuł, że jego złość nie znika, ale zmienia ciężar. Przestała być ostra, kanciasta i emanująca, stała się gęsta, wolniejsza i zdecydowanie trudniejsza do uniesienia.
Kobieta nie dała mu długo zastanawiać się nad tym, co krzyczy do niego o taką uwagę. Znienacka, wskoczyła po deskach trapu i nagle znalazła się na pokładzie JEGO statku. Ruszył za nią pędem, bo choć lekkość jej kroków jawiła się ciszą, deski uginały się pod nią z niepokojącym hałasem. Słysząc jej słowa, natychmiast złapał ją za ramiona i przytrzymał przy sobie. Nie mógł pozwolić na to, żeby ktokolwiek dowiedział się o obecności intruza. Chociażby dlatego, że obawiał się, jak mógłby zareagować na obecność szepczącej syreny.
Skłonił się w jej stronę, by mówić wprost w jej oczy. Trzymał ją za ramiona, lekko ściskając fragmenty powiewającej koszuli. Dopiero teraz dojrzał, choć tylko przez moment, że od odkrytego dekoltu odbija się złocista, niemal bursztynowa łuna.
– Nie można wypływać z portu nocą! – szepnął niemal głośno, a przez jego spojrzenie przemawiał rozsądek – Możemy wybrać się tam jutro. Albo kiedykolwiek indziej. Mogę też zabrać cię w inne miejsce, wtedy spokojnie mi wszystko wytłumaczysz. – błądził, bo słowa, których szukał, należały do świata, w którym wszystko dało się przesunąć w czasie, odłożyć na jutro, rozrysować na mapie i opatrzyć pieczęcią rozsądku. Do świata, w którym nie istniały wezwania ani dłonie wyciągane bez pytania o cenę.
UsuńA jednak czuł pod palcami, że trzyma coś więcej niż tylko ramiona obcej kobiety. Pod jego dotykiem drgało napięcie podobne do tego, które poprzedzało zerwanie liny. Nie było gwałtowne, lecz nieubłagane, jakby sam Wieczny wstrzymał oddech, czekając na decyzję, której on jeszcze nie potrafił nazwać.
Jego nadgarstek zjechał po jednym z jej ramion, odszukując dłoń. Złapał ją bez pytania, w końcu decydując się na to milczące potwierdzenie, o które wcześniej prosiła. Nie wiedział, co zastanie go jutro i czy w zachodzącym słońcu zobaczy coś więcej niż ogniste pukle, próbujące dobić się do jego świadomości.
Teraz, w obłokach nocy, chciał tylko pociągnąć ją za dłoń i zabrać gdziekolwiek, byleby zeszła ze statku.
Gawren
Szepty miały kolor nocy, ale długo nie potrafił nazwać ich właściwym imieniem. Nie były głosem ani myślą, ale naciskiem, który pojawiał się wtedy, gdy świat milkł, a głębina była zbyt blisko — nawet na lądzie.
OdpowiedzUsuńMorze było faktem. Ciężarem i solą w ranach.
Tym, co tak chętnie do niego wracało, traktował jak nadmiar bodźców. Jak zmęczenie. Jak ciało, które za długo było czujne i zaczynało igrać z umysłem.
Często budził się gwałtownie, z zaciśniętą szczęką i wilgocią na karku, jakby coś przeciągnęło go przez sen zbyt szybko. Mimo, że oczy obserwowały wymierną rzeczywistość, jego umysł dalej błogo tonął w głębinach, pozwalając jeszcze zawisnąć pomiędzy dwoma światami. Wciąż.
Podążał za nią spojrzeniem, a w jego wnętrzu splatała się niewinna złość i niepokojące rozbawienie. Kobieta, która tak ulotnie wirowała na jego statku była syreną. Tym samym stworzeniem, o którym mówiło się słodko i cierpko jednocześnie. Wśród marynarzy była pociągającą legendą na lądzie i głębokim lękiem na morzu. Istotą, która bez wątpienia mogłaby go zabić czy wprowadzić w obłęd – ale tego nie zrobiła. Nie zdołała.
Powinien się jej bać, natychmiast wyrzucić z pokładu statku. Zadbać o załogę i własne problemy. Zamiast tego, z dziwnym zainteresowaniem rejestrował bodźce, w których wór wrzucała go morska kobieta.
– Pobawić? – parsknął, ale nim zdążył zorientować się, co ta ma na myśli, jego usta smagnął słodki wiatr. Kobieta podskoczyła kilkukrotnie, próbując zwabić go w swoją grę. Poczuł, jak wraz z jej tańcem, w jego głowie wybrzmiała melodia. Pełna niepokoju i szczerości.
Szepty nigdy nie prosiły o uwagę. Nie domagały się odpowiedzi ani nie układały się w słowa, które dałoby się zapamiętać po przebudzeniu. Były obecnością – jak podskórny prąd czy jak nacisk dłoni położonej zbyt blisko, by ją zignorować, a zbyt daleko, by nazwać dotykiem.
Czasem przychodziły w chwili zawieszenia, tuż przed snem, gdy ciało jeszcze pamiętało ciężar dnia, a umysł zaczynał tracić ostrość. Wtedy czuł je najwyraźniej, nie jako wezwanie, lecz jako korektę. Jakby coś przesuwało granice, w których dotąd czuł się bezpiecznie.
Nie dostrzegał konkretnych obrazów. Nie słyszał głosów. Zostawało tylko to niepokojące wrażenie, że świat ma drugie dno, to głębsze, zimniejsze, ale zaskakująco cierpliwe. I, że morze nie kończy się na linii horyzontu ani na krawędzi jego snu, ale zna ten rytm od dawna i uparcie próbuje go sobie przypomnieć.
Rano wstawał z uczuciem niedopowiedzenia. Jak po rozmowie, której sens uleciał jak zapach ust, ale ciężar pozostawał tak żywy.
Dlatego tak bardzo ufał rutynie: liczbom, linom, rozkazom. Tylko one trzymały go na powierzchni i tylko one nie zadawały pytań, na które nie chciał jeszcze znać odpowiedzi.
A jednak, powiódł za nią. Podbiegł kilka kroków, by złapać ją w talii. Gwałtownie, ale miękko. Zapach morza zmieszał się z kardamonem, a bransoletki zaszeleściły cicho.
Przysunął ją do siebie i zrobił kilka kroków w przód, przyklejając jej plecy do chłodnych desek Wiecznego. Pochylił się ku niej, a kobieta za jego sprawą wychyliła się za burtę, niedaleko dziobu statku. Jej włosy zatańczyły na wietrze, jakby próbowały utrzymać w tajemnicy ich spotkanie i szepty.
– To tu – trafiło cicho, wprost do jej ucha. Gdy wyraźnie zakołysała się za sprawą jego ciepłego oddechu, chwycił ją mocniej, pewniej. Trzymał ją w objęciach, pozwalając sobie przez moment zagrać w tę krótką grę.
Ich ciała, skryte pod powiewającym, ściągniętym żaglem, stykały się przelotnie biodrami i ramionami, a każdy taki dotyk był krótszy niż myśl i tym trudniejszy do zignorowania.
– Tu Cię usłyszałem, syreno. Zobaczymy, kto kogo mocniej zatrzyma przy sobie? – zapytał gorzko, a w jego spojrzeniu mignęło coś na kształt drogocennego znaleziska, gdzieś w brudnych odmętach. Patrzył na nią spokojnie, ale jego tors unosił się ciężko.
Szepty nigdy nie miały barwy głosu. Jej głos – tak.
I to sprawiało, że po raz pierwszy pomyślał, że morze mogło nauczyć się mówić do niego w sposób, którego nie będzie mógł już zignorować.
Gaw
Czuł pod skórą gorzkość mokrych desek i chłód niesiony przez żagle. Piekło go gardło, jakby przez wieki śpiewał zakazane melodie. Snuły się w czeluściach mroku, w poszukiwaniu połyskujących pod skórą szlaków. Ciemne jak noc włosy smagały jego kark, próbując przywiać ten jeden zalotny dotyk. Wszystko co kłębiło się pod jego powiekami smakowało solą. Było coraz głębsze, bardziej wyraziste i niepokojące, a jednak, miał wrażenie, że zaczynało nieść coś więcej niż straszące go pieśni.
OdpowiedzUsuńPowoli, z każdym kolejnym szamotaniem się żagla i skrzypnięciem pomostu pod jego stopami, uświadamiał sobie, że nie był już sam. Ossanor wciąż smakował niepokojem i ciekawością, ale w plecy pchało go coś jeszcze.
Jej nieproszona obecność była jak punkt odniesienia. Nie uciszała szeptów, ale sprawiała, że zaczęły układać się wokół niego w coraz mniejszym chaosie. Kotwiczyła się w odmęcie jego myśli, ginąc gdzieś w natłoku melodii i rześkich wersów. Mimo to, wciąż żarzące się na jego policzku zadrapanie, przywoływało na myśl brud pod paznokciami, sól wgryzającą się w zaognioną ranę i smak krwi, której nie potrafiło się wypluć. Było w tym coś niskiego, przyziemnego, jak potrzeba dotyku w miejscu, które dawno wychłodniało. Coś, co nie do końca pachniało wspomnieniem, ale myśli wciąż biegły w tym kierunku. Paliło, ale otrzeźwiało.
Szorstkie ręce dalej układały się w zagłębieniu syreniej talii, która odeszła jak poranna fala, w poszukiwaniu odpowiedzi na jutro. Ogniste pęki odbijały się od wątłych, kobiecych pleców, ale czuł ich ciężar nawet pod stopami. Wieczny drżał. Zarević drżał.
Ale czuł ciepło, które dawno opuściło go na morzu.
Kolejne dni gruntowały go w wietrznym lądzie. Pachniały gamą przypraw, które w Ossanorze przestawały być rzadkością. Wciąż nosiły w sobie obietnicę dalekich szlaków, a ciemne oczy Gawrena miały temu przewodniczyć.
Poranki zaczynały się tak samo, skrzypieniem trapu i krótkim spojrzeniem w niebo. Później wdzierała się ossanorska codzienność, w której z każdą kolejną wizytą odnajdywał się coraz lepiej. Zwyczajność działała jak balast – trzymała go przy ziemi, pilnowała miary, pozwalała oddychać między jednym przypływem, a drugim. I choć morze wciąż było blisko, w powtarzalności odnajdywał azyl – cichy i nie do końca wdzięczny, ale niezbędny, by nie rozpłynąć się w tym, co wciąż wołało go nocą.
Wieczory zwykle spędzał na zimnym nadbrzeżu, wpatrując się w iskrzące się konstelacje. Za jego plecami cicho drżał Ossanor, ale od niego odbijały się tylko nieodkryte szlaki. Bursztynowy trunek błyszczał w podpitej butelce i nawet on pachniał przy nim wanilią, pieprzem i brudem Zahirry.
Nie bywał w tawernie, jakby w obawie. Ale mimo tego, że świadomie unikał spojrzenia w wypełnione głębiną oczy, czasem miał wrażenie, jakby przez jego usta przebiegało znajome ciepło. Zwłaszcza w porcie, gdy wyładowywał towar i wracał z załogą na statek. Wtedy zwykle przyspieszał kroku, jakby coś szeptało mu ostrzeżenie.
Dni płynęły w tonie rozdwojeń, a Zarević po raz pierwszy z ciekawością oczekiwał tego, co zastanie nocą, gdy kolejny raz pożegna na chwilę Ossanor.
Ostatni świt i ostatni zachód. Wokół rozlewał się zapach pereł i imbiru.
Gaw
Pozostało mu niewiele towaru, raptem kilka niezbyt dużych skrzyń. A jednak, znad niewielkiego kramu wciąż roznosił się cały bukiet zapachów, których Ossanor zdawał się nie znać jeszcze przed kilkoma miesiącami. Nieopodal krzątali się klienci, łypiąc wygłodniałymi spojrzeniami w kierunku gorących od słońca pomarańczy i drogocennych, waniliowych strąków. Gawren opierał się o drewniany słupek ramieniem, by przesypywać w dłoniach niewielkie ilości kurkumy, od której jego oliwkowe dłonie przybierały barwy słońca. Rękawy ciemnej koszuli powiewały na subtelnym, mroźnym wietrze.
OdpowiedzUsuńZimy bywały tu lekkie, ale wciąż mocno odbiegały od natury jego ojczyzny. Z początku ciężko było mu odnaleźć się w marznących dłoniach i wdzierającym się chłodzie, ale z czasem zaczął przyjmować to jako rześkie przypomnienie, że stoi na lądzie. Że pod stopami ma kamień i drewno, nie kołyszącą się taflę, a oddech nie musi dopasowywać się do ruchu fal.
Ossanor miał własny rytm – łagodniejszy, podszyty zapachem dymu, bardziej cierpliwy niż odległe porty. Ludzie nie znikali z ulic przy pierwszych chwilach uciekającego słońca, ale zapinali płaszcze ciaśniej, targowali się wolniej, jakby czas sam zwalniał, pozwalając dłoniom dłużej zatrzymać się nad towarem.
Gawren lubił te chwile. Krótkie rozmowy, wymianę spojrzeń, ciężar monet w kieszeni. To było proste i policzalne. Skrzynia po skrzyni, dzień po dniu.
Nie czuł tu lęku i niepokoju. Aż do teraz, gdy jego plecy w końcu smagnął ogień jej włosów. Niespodziewany szept znów osiadł na jego ramionach, jakby próbował wedrzeć się wprost do jego uszu. Wciąż jednak stał na nogach, lekko stukając podeszwami w kamienny dukt.
Zacisnął dłoń w pięść, jakby wystraszył się, że kobieta zabierze mu jego własność. Już po chwili spojrzał na nią długo i spokojnie, czując jak jego policzek znów drętwieje pod ciężarem wątłych palców. Coś wdzierało się do jego umysłu, próbując odtworzyć ciepło tamtej chwili.
– Widać lepiej idzie mi uciekanie na morzu, niż na lądzie – burknął, ale jego twarz łagodniała z każdym kolejnym przypływem. Morze szeleściło w oddali, usilnie dowodząc, że jest świadkiem ich kolejnego spotkania. Mężczyzna otworzył dłoń nad szkatułą i wsypał do niej niewielką garść przyprawy. Każdy jego ruch był charakterystyczny. Zarević wyglądał, jakby sporządzał skomplikowane mieszanki, nawet gdy dodawał do siebie kilka prostych przypraw. Miał w sobie coś sprężystego i zarazem czujnego, jakby każdy gest był wyuczony latami, a jednocześnie gotowy do nagłej zmiany rytmu. Jego kroki, lekkie i skoczne układały się w charakterystyczny rytm, który zostawał w głowie dłużej niż to konieczne. – Słyszałem, że kręcisz się w dokach w pobliżu mojego statku, czego chcesz? – zapytał wprost. Jego szczęka zaciskała się lekko, podkreślając smagnięte słońcem policzki. Ciemne oczy, skalane szarymi cieniami, szkliły się lekko, ale soczyście. Brakowało w nim napięcia, które kobieta wznieciła w nim tamtego wieczoru. Pomiędzy nimi jawiło się niedopowiedzenie. Zamiast niebezpieczeństwa, zauważał w niej teraz coś, co przypominało morze przy bezwietrznej pogodzie. Pozornie łagodne, ale wciąż zdolne zmienić wszystko.
Przejechał dłonią po deskach, wciąż zerkając w jej lekko posępną twarz. Wyczuł pod palcami jeden z worków i po omacku wyjął z niego dwa niewielkie płatki. Biel podszyta purpurą odbijała się od jego skóry.
– Jeśli chcesz coś kupić, to jedyna okazja. Jutro odpływam. – dodał, wysuwając w jej kierunku otwartą dłoń. Ta, lekko zadrżała, ale wzburzając jego spokój. Nie cofnął jej. – Spróbuj. Płatki magnolii. Nie macie tu tych drzew. I dobrze, bo są łatwowierne. Kwitną wraz z pierwszym, zimowym słońcem, by zaraz zwiędnąć przykryte śniegiem. Nigdy nie czekają tyle, ile potrzeba, a jednak… zawsze kwitną pięknie – sam chwycił jeden z nich i wsunął pomiędzy wargi. Po jego ustach rozlał się słodki, perfumowany zapach, który wdarł na jego twarz lekki uśmiech. Nie patrzył, czy go spróbowała, ale z uwagą badał każdą kolejną reakcję jej ciała.
Zarević
Słowa kobiety piętrzyły się w jego głowie, nie mogąc znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca. Układanka była niepełna, rozrzucona na stole z odbitymi mapami i ścieżką cynamonu. Były kolejnym krokiem do jego niezrozumienia, mimo że tak czule gładziły jego myśli, jakby na otuchę. Czuł jak jej myśli przelewają się przez mróz Ossanoru, by dotrzeć wewnątrz jego słonecznego ciała. Szukała drogi. Szukała celu. A on, miał być przewodnikiem jej szlaku.
OdpowiedzUsuńPochylił się nad nią, unosząc do góry brwi. Mocował spojrzenie w jej lśniących oczach, wciąż przypominających nocną głębinę, ale teraz miał wrażenie, że oboje mogliby utonąć w przeraźliwej, zimnej toni i zniknąć bezpowrotnie. Nie dotknął jej jednak. Zatrzymał się o ułamek oddechu za blisko, jak ktoś, kto zna cenę każdego kolejnego kroku. Wiedział już, że jeśli ją poprowadzi, szlak zamknie się za obojgiem, a Ossanor zapamięta ich ślady na zawsze.
– Nie miałem prawa cię znaleźć, a Ty nie miałaś prawa mnie szukać – mruknął boleśnie, czując jak w jego sercu gotuje się gorycz – Nie do końca rozumiem czego chcesz. Nie wiem nawet kim jesteś. Przychodzisz do prostego kupca, który wraca do ojczyzny. Ale wrócę tu ponownie, nawet jeśli nie usłyszę… twojego śpiewu. Wrócę tu pomimo tego, że wciąż wdzierasz się do moich myśli. – pochylił się nad nią i wysunął dwa palce w kierunku jej brody. Ujął ją lekko i zadarł do góry, by spojrzeć głębiej w jej oczy – Nie wiem w co próbujesz mnie wplątać, ale nie dam się zatopić tam, gdzie nie widzę dna.
Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, by w końcu przesunąć palcami po skrawku jej szyi i schować dłoń w worku pełnym korzeni. Chwycił pęk i podał go krzątającemu się nieopodal klientowi. Monety zadzwoniły cicho w jego dłoni, a on wsunął monety do kieszeni, pozwalając, by ich cichy dźwięk zlał się z rytmem jego kroków i zwalniającym biciem serca.. Świat wracał na swoje miejsce w tych drobnych gestach, a wszystko, co próbowało go zatrzymać, zostawało gdzieś daleko z tyłu.
Jednak, gdzieś pod tym równym rytmem czaiło się pytanie, którego nie potrafił uciszyć. Czy to on właśnie ocalał, czy znów uciekł? I czy istnieje między tymi dwoma stanami jakakolwiek różnica. Znał ten wybór aż nazbyt dobrze, bo zawsze prowadził go w stronę ciszy, a nigdy w głąb. Wiedział, że są szlaki, które ratują życie, i takie, które odbierają mu sens, a on od dawna nie był pewien, do których należał jego własny.
– Jeśli mam cokolwiek dla Ciebie zrobić, zrobimy to na moich zasadach – dodał w końcu – Spotkamy się o zmierzchu w latarni. Spojrzymy na morze i zdradzimy to, co nie powinno być wypowiedziane w świetle dnia. Zanucisz mi najgorszy koszmar, którego nauczyło cię morze, ja wyśpiewam ci wszystko, co nie daje mi funkcjonować. O świcie zniknę, ale to od Ciebie zależy czy poczujemy znów to pozornie kojące ciepło.
Przymknął na moment oczy i wezbrał w płuca powietrza. Przez moment wydawało mu się, że zawisł gdzieś pomiędzy rzeczywistością, a chwilą poza światem. Kobieta majaczyła gdzieś w odmętach jego wizji, ale wciąż jego dłoń czuła ciepło jej skóry i lekki zapach bryzy.
Zamknął głośno szkatułę i niespiesznie zaczął zwijać kram. Wokół stołu zebrało się jeszcze kilku klientów, którzy w ostatniej chwili chcieli kupić ostatki zahirrskich przypraw. Gawren wciąż obdarowywał wszystkich charakterystyczną życzliwością, choć na plecach wciąż czuł ciężar jej spojrzenia.
Znienacka chwycił jedną z gwiazdek anyżu i wsunął jej w dłoń, jakby był to najnormalniejszy gest świata.
– Mam nadzieję, że lubisz rum. Statek nigdy nie wraca z pełnymi butelkami. – uśmiechnął się lekko i bez wcześniejszej grozy, ale dalej jego dłonie spinały się pod wpływem jej obecności.
Mimo, że jego myśli wykraczały poza schematy, wciąż był sobą. Poczciwym, nieco zbyt egzotycznym gościem, który nie potrafił zrozumieć tego, czego nie dało się miarkować.
Gaw
Latarnia morska wyrastała w horyzoncie Ossanoru jak samotny strażnik na granicy światów. Była wysoka, nieruchoma i czuwająca nad szlakami, które prowadziły zarówno do domu, jak i ku zgubie.
OdpowiedzUsuńUwierała go, gdy zerkał, jak znika za nią słońce. Coś kurczyło się w jego wnętrzu wraz z kolejnymi pasami światła zapadającymi się w morzu. Z każdym z nich miał wrażenie, że traci coś, czego nigdy nie potrafił nazwać. Zmierzch odbierał mu resztki rzeczywistych złudzeń, pozostawiając tylko decyzję, przed którą nie było już odwrotu.
Niósł na ramieniu płócienny worek, znad którego unosiła się woń Zahirry. Lekko mokre włosy podskakiwały ciężko wraz z jego długimi krokami. Wysokie buty znów odmierzały czas do tego, co tak chętnie pożerało go od środka.
Przystanął na kilka chwil nieopodal latarni. Wsunął w dłoń strażnika niewielką szkatułkę, ciężką od aromatycznej tabaki, która w Ossanorze była rzadkością. Jego serce biło coraz szybciej, próbując wydrzeć z niego resztki rozsądku. Zatrzymał się, pozwalając, by rytm wybrzmiewał w nim do końca. Wiedział, że to nie strach zaczął pchać go dalej, ale coś znacznie gorszego – cicha zgoda na to, by przekroczyć granicę, której dotąd pilnował zbyt sumiennie.
Seline go nie wzywała, ale i tak wiedział, że tam była.
Jej zapach unosił się cicho, ledwie wyczuwalny, jak czyjaś obecność tuż za plecami. Otulił go na krótką chwilę wystarczająco, by ruszył dalej, nim zdążył się rozmyślić.
Podeszwy stuknęły na kilku pierwszych stopniach, by tuż za zakrętem dojrzeć w mroku jej postać. Czerwonawa, lekko lśniąca łuna odbijała się od jej pleców, ciągnąc go w kierunku nocy. Wiatr wdzierał się przez niewielkie szczeliny cegieł i majaczył wartko wzdłuż większych okien. Gawren czuł, jak skórę pod jego kołnierzem mierzwi chód, ale wciąż rozgrzana, emanowała zahirrskim ciepłem.
– Szykuje się piękna pełnia – szepnął, przecinając w końcu mrok.
Byli sami. Latarnia o tej porze opustoszała, a nawet jeśli, ktoś zechciałby obejrzeć pełniejący, cierpki księżyc ze starego obserwatorium, natychmiast zostałby zatrzymany przez przekupionego strażnika. W końcu wszystko, nawet przykryte nocą, ostatecznie staje się transakcją.
Ogniste włosy znów smagnęły jego ramiona, gdy kobieta odwróciła się w jego kierunku. Zrobił kilka kroków w tył, niespiesznie pokonując kolejne stopnie. Powoli, niemal z namaszczeniem wyciągnął w jej kierunku dłoń i zamknął drobne palce w objęciu swoich, ciepłych i zaskakująco pewnych. Pociągnął ją w swoim kierunku, pomagając jej kroczyć po krętych, skrzypiących schodach latarni, którą coraz zachłanniej spowijał mrok.
– Nazywam się Gawren Zarević. Nie wiem, kim jesteś, gdy milknie morze – wyszeptał, nachylając się bliżej. – Ale jeśli tej nocy mam się zgubić, chcę wiedzieć, komu oddaję imię.
Wspinał się tyłem, pokonując kolejne stopnie. Korytarz robił się coraz węższy i bardziej ciasny, jakby próbował przykleić do siebie ciała odwiedzających. Chłód przedzierał się tu z trudnością, ale stare, wilgotne mury wciąż czarowały zimnem.
– Przywołała mnie tu syrena, emanująca pięknem i czymś tak okrutnie gorzkim, że ciężko mi uwierzyć, że nie mogę popaść w ten sam błogi obłęd co inni – wes tchnął cicho, ujmując mocniej jej dłoń –– Morze próbowało mnie latami i nigdy nie dostało do końca tego, czego chciało. Ty zrobisz to jednym wieczorem. Jednym wezwaniem.
Jego głos, lekko złamany, osiadał na ścianach. Było w nim coś na kształt podziwu i rezygnacji, owianej grozą i szczerym strachem.
Gawren zatrzymał się w półkroku, pozwalając zawisnąć temu, co właśnie oddał bez targowania.
Zbliżyli się do niewielkiej, w połowie przysłoniętej platformy, zza której wyrzynało się morze. Szeleściło wściekle, pozostawiając na ich ciałach zupełnie nieznajomy dreszcz. Spojrzał na Seline z miejsca, gdzie kończyły się schody, a zaczynała otwarta noc. Na jego smagniętą ciepłem twarz wślizgnął się cień uśmiechu.
UsuńLatarnia za ich plecami miała być świadkiem zejścia w brud własnych pragnień. Tam, gdzie morze nie oczyszcza, a granice przestają mieć znaczenie.
Oparł się o chłodny mur i w szarmanckim geście, przepuścił ją na wąski taras. Lekko, jakby z niechęcią, puścił jej dłoń i podążył za nią w kierunku srebrzystego, głodnego słów okręgu.
Zarević
Podążył za jej krokiem, wpatrując się w wątłe, proste plecy. Kobieta przemykała przez wąskie przesmyki wiatru, przyjmując na siebie pierwsze łuny pełniejącego księżyca. Oświetlała drogę, roztaczając wokół aurę nocnego półmroku, który uspokajał go w sposób aż nazbyt znajomy. Tak jakby znała go znacznie dłużej, niż powinna.
OdpowiedzUsuńKroczył powoli, zostawiając za sobą subtelne postukiwanie. Gawren zatrzymał się tuż za nią, a od jego pleców odbiła się głucha cisza.
Ossanor cichł spowity mrokiem. Ponad dachami niskich domów dogasały ostatnie dźwięki miasta, jakby noc powoli zaciskała nad nim szpony. Został tylko wiatr, ciężki zapach morza i ta chwila zawieszenia, w której wszystko, co miało zostać wypowiedziane, czekało na ostatni haust powietrza.
Oparł dłonie na wilgotnej od bryzy belce, gdzieś w pobliżu kobiecych dłoni. Pochylił się ku niej, jakby mieli zdradzać sobie coś, czego nie mogło usłyszeć nic prócz morza.
– Wiesz, Seline – po raz pierwszy użył jej imienia. Grzęzło przez moment w jego ustach, jakby musiał je oswoić, nim pozwoli mu wybrzmieć – Ja myślę, że morze obiecuje dużo, ale ma gdzieś tych, którzy słuchają go zbyt uważnie. A ja nauczyłem się, że najgorsze obietnice brzmią najłagodniej.
Przez moment wpatrywał się w szumiący horyzont. Morze Kości było bez wątpienia piękne. Jawiło się niczym uciekająca zwierzyna i głodny łowca zarazem. Raz odsłaniało się szeroko, tak kuszące i niemal ufne, by za chwilę cofnąć się gwałtownie, jakby przypominało sobie o własnym głodzie. Fale przychodziły miękko, delikatne jak dziewczęce lico, muskając brzeg z obietnicą spokoju, a potem rozpadały się z hukiem, zostawiając po sobie tylko pienisty chłód. Ale to nie była sprzeczność. To morski rytm, który pozwalał mu być tym wszystkim naraz.
Gdy Seline odwróciła się w jego stronę, szeroko oparł dłonie po dwóch stronach jej ciała. Zamykał ją w nieszczelnym, zupełnie niezobowiązującym uścisku, jawiącym się jako odruch, a nie deklaracja. Jednak zawisł nad nią, napinając ramiona i pozwalając sunąć jej spojrzeniu po własnym ciele.
Dotyk syreny przywiewał na myśl tę nienaturalną i gęstą ciszę przed sztormem, która lepiła się do rozgrzanego ciała i nie chciała ustąpić, jakby morze celowo przeciągało moment, łowiąc uwagę i oddech naraz.
Lekkie cięcia na jego policzku zapiekły, jakby do rany dostawała się sól. Na jego twarz wpełzł grymas, a on sam spiął się na moment, jakby nieswój.
Subtelna łuna księżyca oświetliła syrenę jednak na tyle, by pozwolić mu wpatrywać się w nią dłużej. Spijał słowa, które wybrzmiewały wokół, w rytmie bolesnym i pięknym jednocześnie. Jak Ona,
Nie znał odpowiedzi na zadane pytanie, a jednak z każdą chwilą wzbierał tę pewność, która mówiła o jego odwadze i przeznaczeniu. Morskie szepty wciąż ocierały się o jego wnętrzności, zostawiając za sobą szorstkość i wartki potok, za którym nie potrafił jeszcze nadążyć. Mimo to, wśród jej jasnych piegów i pachnących solą włosów odnajdywał coś w rodzaju morskiej oazy.
Odchylił tułów do tyłu, by od jego oliwkowej twarzy odbiło się lustro księżyca. Drobna, egzotyczna biżuteria na jego szyi i dłoniach połyskiwała jakby na obietnicę.
Usuń– Długo łudziłem się, że nikim… takim – wychrypiał gorzko, z jawnym wstydem – Ale te szepty nie dają mi żyć. Morze ciągle do mnie mówi, jakby próbowało wezbrać we mnie coś, co jest czymś więcej niż darem i przekleństwem – przeniósł na nią wzrok, cichy i stłumiony prawdą, której wcale nie chciał. Mimo to, był przecież tu. Obok syreny, z którą morze splótł jego losy. Z istotą, która miała pokazać mu głębiny i szlaki, których nie rysował na żadnych zwykłych mapach. Mieli kroczyć wspólnie. Na zawsze i dłużej – Moja babcia igrała z morzem wystarczająco długo, by to nie dało mi teraz spokoju. Była morską czarownicą. A czym ja jestem?
Nie chciał odpowiedzi, ale skoro zadał pytanie, był gotów by ją usłyszeć.
Uniósł do góry brwi, a jego szczypiący policzek mimowolnie opadł na jej dłoń. Ramiona i szczęka spinały się miarowo, a wzrok powędrował gdzieś poza kadr nocy. Przymknął powieki, chowając się we własnych pęknięciach, jakby tylko tam mógł pozwolić sobie na słabość.
Gaw
Być może w słowach rudowłosej kryło się ziarnko prawdy. Rain nie po raz pierwszy spotkała się z poglądem, że losami istot zarówno śmiertelnych jak i nieśmiertelnych rządzi siła wyższa, której kaprysy z wyprzedzeniem potrafią przewidzieć wyłącznie nieliczni wybrańcy. Ba, z tego co zdążyła zauważyć, duża część Magów Wody zdawała się tę koncepcję popierać. Ona sama uznawała, że życiowe ścieżki można przynajmniej częściowo modyfikować we własnym zakresie. Fakt, że w wielu ważnych sprawach brakowało jej doświadczenia. Była jednak przeświadczona, że gdyby ciągle pozwalała, by ów nieszczęsny los decydował za nią, nie odbyłaby tak dużej liczby morskich podróży, ani prawdę powiedziawszy żadnych innych. Najprawdopodobniej też byłaby już dawno zamężna, bo jej ojciec za swojego życia zdążył sporządzić krótką, acz wyrafinowaną listę nazwisk jej ewentualnych przyszłych adoratorów. Po jego pogrzebie natychmiast ją spaliła w obawie, by pewnego pięknego dnia ktoś z dalszych krewnych nie zechciał sobie o niej przypadkiem przypomnieć. Jakoś nie za bardzo widziała się w roli żony. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Czuła się na to jeszcze stanowczo zbyt młoda. Nie miała nic przeciwko zajmowaniu się cudzymi dziećmi, ale to właściwie tyle.
OdpowiedzUsuń- Ruszamy za nią. – Szepnęła do klaczy, gdy ta wreszcie raczyła pozwolić jej się złapać.
Schowała nóż z powrotem do pochwy, mając nadzieję że skoro nie słyszy już odgłosów pogoni, to albo najwidoczniej postrzelony mężczyzna miał więcej szczęścia niż rozumu i przeżył, a teraz pobratymcy odtransportowują go w jakieś bezpieczniejsze miejsce albo wręcz przeciwnie, odnaleźli go martwego i przerazili się na tyle, że postanowili nie ryzykować kolejnego otwartego starcia ze swoją niedoszłą ofiarą. Cóż, wyglądało na to, że dzisiejszego wieczoru narobiła sobie o kilku wrogów więcej.
Rain
Podważał własne wnioski, tak wściekle kotłujące się w jego głowie. Przebiegając wzrokiem po jej konturach, zaczynał czuć to specyficzne drganie, które wypełniało przestrzeń głośnej tawerny. Zaczynał myśleć, że pieśń syreny wciąż wybrzmiewała – w gęstniejącej między nimi ciszy, uderzeniach fal, jednających się z biciem serca i podmuchach wiatru, czulszych nawet od pełnego tęsknoty pocałunku. Wpatrywał się w nią, wciąż szukając odpowiedzi, lecz zapominając pytań. Kreślił ją zbyt uważnie, jakby próbował dostrzec w kobiecych rysach potwierdzenie własnych obaw albo ich ostateczne zaprzeczenie.
OdpowiedzUsuńGdzieś w tle, wśród ulatujących zapachów lasu i świeżych fal, osiadało coś na kształt ulgi. Gawren wiedział, że choć syrena nie czarowała go teraz swoją pieśnią, przywoływało go tu coś znacznie silniejszego. Wiedział, choć nie rozumiał.
– Gdyby morze pytało, wszyscy zdobilibyśmy dno – wychrypiał ciężko, ale na smagniętą słońcem twarz wlał się lekki, nieco zbyt gorzki uśmiech.
Tawerna, której wspomnienie nagle wdarło się do jego myśli, była głośna, lepka od zapachów i spiętrzonych, cudzych historii. To, co czuł teraz, nie miało z nią wiele wspólnego. Jednak, podskórne drganie wciąż było takie samo, jak niepokojące napięcie, które brało się z czegoś balansującego na granicy. Pociąg i niepokój. Rozpoznanie.
Wierzył, że Seline stoi przed nim odkryta. Syrena, skąpana w blasku księżyca, tak ulotnie malująca jego własne, nieznane dotąd pragnienia. Nieświadomie dotykała tego, czego on sam nie dostrzegał w gęstwinie fal. Tego, co gnieździło się w oczekiwaniu, prośbie, rozkazie.
Gawren czuł, że wystarczyłby jeden nieostrożny ruch czy jedno źle dobrane słowo, by znów zapadła się w siebie, zabierając ze sobą wszystko, co właśnie odsłoniła. A tylko ta forma odnajdywała ten wąski przesmyk w odmęcie jego zwyczajnej racjonalności, by sięgnąć głębiej, niż pozwalał kiedykolwiek wcześniej. Nie burząc go gwałtownie, nie łamiąc, ale obchodząc cicho i uparcie, jak kropla, która z czasem znajduje drogę nawet przez najtwardszą skałę.
To nie czar. Nie pieśń, nie obietnica głębin ani powierzchni. To była jego granica, zawieszona między dwoma niespokojnymi oddechami. Moment, w którym przestawał być pewien, czy to on stoi naprzeciw niej, czy też ona – naprzeciw jego własnych braków. Myśl ta była niewygodna, drażniąca, ale dziwnie znajoma. Próbował się w niej ulokować, jakby tylko w tym niewidzialnym szlaku była szansa na uciekające przed nim zrozumienie.
Odetchnął wolniej, jakby chciał nadać temu wszystkiemu miary, które znał. Morze uczyło dyscypliny, ale uczyło też, że nie wszystko dało się nazwać prądem czy wiatrem. Niektóre rzeczy po prostu były.
Jeśli miał ulec, to nie pieśni, lecz temu, co przyszło po niej.
Zacisnął palce wokół drobnej dłoni, splatając ich węzłem mocniejszym niż jakikolwiek inny. Zbliżył się jeszcze o krok, by materiał jego spodni poruszył falujący brzeg jej sukni. Coś więcej niż przyzwolenie. Coś więcej niż strach.
– Nieroztropni marynarze podążają za głosem syren, ale ja pytam, co czeka tych, którzy zanurzają się dobrowolnie? – wraz z ubywającym napięciem, na jego twarz wlewał się zahirrski uśmiech. Światło. Coś z upływem nocy zabierało ciężar jego ramion i piekące myśli, doszukujące się zagrożeń tam, gdzie wolał widzieć tylko jaśniejący horyzont – Prowadź, moja piękna zgubo. Jeśli mam znów zaufać wodzie, chcę najpierw zaufać tobie.
Znów ujął jej dłoń, by oderwać plecy od wilgotnych desek. Na moment, w przesmyku nocy, skąpał się w ulotnej chwili błogości, rysującej się jako miękka równowaga między tym, co znane, a tym, co dopiero miał przynieść poranny przypływ.
Puścił ją przodem, zamykając jej dłoń szczelnym uściskiem.
To, co brał za chwilę słabości, okazywało się pierwszym ruchem ku czemuś, czego nie mógł już nazwać ucieczką.
Gaw
Jej kroki, choć ciche i lekkie, wiodły go nawet mocniej niż pieśń. Zgubiwszy po drodze wahanie, gdzieś w ossanorskim mroku, który tej nocy mógł zabrać im wszystko, co ciężkie i zbyt suche, podążał jej cieniem. Wąskim przesmykiem gęstwin, która miała odciąć ich od wszystkich i wszystkiego, co zbyt brudne i zbyt głośne, by mogło pójść z nimi dalej.
OdpowiedzUsuńNoc gęstniała wokół kroków, miękka i czujna jak syrena. Gałęzie splatały się nad ich głowami, liście szeptały cicho, łakomie muskając ramiona i włosy, a zapach wilgotnej ziemi mieszał się z solą niesioną od morza. Ossanorski mrok nie był pusty. Pulsował wartko, oddychał ciężko i przyjmował ich obecność bez sprzeciwu.
Każdy jej krok wyznaczał tempo jego lżenia. Gawren czuł, jak z każdym metrem coś z niego odpada – napięcie, czujność, nawyk miarkowania ryzyka. Zostawiał je za plecami, rozgrzanymi coraz mocniej, pozwalając, by noc zabrała je jak zbędny balast. Nie oglądał się za siebie, przestawał sprawdzać grunt pod stopami.
Chciał poczuć zew milczącej pieśni.
Oddychał głośno, drżąc za sprawą jej bliskości. Skinął głową na jej bolesny szept, puszczając jej dłonie luźno.
Pełniejący księżyc nie oszczędzał niczego. Odsłaniał ją powoli, fragment po fragmencie, kreska po kresce, jakby noc sama uczyła się jej kształtów. Każdy krok zdawał się zrywać z niej kolejną warstwę. Nie tylko z ciała, ale z dusznej ciszy, która dotąd ją chroniła. Gawren czuł, jak bolało ją to obnażenie, jak prawda potrafiła ciążyć bardziej niż strach.
Wstrzymał na moment oddech, by energicznie odgarnąć włosy z czoła. Posłusznie utrzymały się z tyłu, skąpane w wilgoci morskiego, słonego powietrza.
Nie odrywał od niej wzroku, coraz ciemniejszego, ale z każdą chwilą bardziej czułego. Chwycił za połę płaszcza i zrzucił go z siebie w chaosie. Czujnie, z rosnącym przekonaniem o głębokości kolejnego kroku, dał się chwycić za dłoń. Drżąca, chłodna skóra Seline wypalała w nim bolesne piętna, malujące na jego twarzy wyrazy buntu i głodu bliskości.
Drugą dłonią chwytał za koszulę i, krocząc już w stronę fal, niezdarnie rozpinał guziki. Materiał łakomie lepił się do jego ciała, jak wizja przyszłości, która miała obnażyć ich jeszcze bardziej niż ta jedna chwila.
Zbliżył się do Seline, układając jej dłonie na swoim torsie. Gładził je wściekle, z czułością spokojnych fal. Czuł jej ciepło, jej wahanie, jej gotowość. Bolesną, nagą, nieupiększoną.
To nie było zaproszenie ani próba, a odsłonięcie miejsca, w którym skąpać można się tylko raz, wiedząc, że nie da się wyjść takim samym.
Milczał, czując, że słowa mogłyby złamać nadchodzący przypływ. Morze było blisko, słyszał je wyraźnie w biciu serca Seline. Zimny oddech fal ocierał się o nagie fragmenty ciał.
Pochylił się nad nią powoli, jakby gest ten miał zapisać się pod skórą, a nie na ustach. Odgarnął z jej bladej twarzy kosmyki mokrych włosów. Wsunął je za ucho, odsłaniając tym samym jej szyję i piersi. Przylgnął do niej niespiesznie, trwając w drżącym z niepokoju zawieszeniu.
UsuńStali naprzeciw siebie, rozpięci między ruchem a zatrzymaniem, a noc nie dawała im żadnych wskazówek. Tylko księżyc, zawieszony wysoko, patrzył bez wstydu, obojętny na przyszłe klęski i nadzieje.
Gawren poczuł to miejsce pod skórą. Granica wody i lądu. Tam, gdzie wszystko staje się prawdziwe. Gdzie nie da się udawać ani siły, ani rozsądku. Gdzie ciało mówi szybciej niż myśl, a ta, pozostaje bezbronna, w czeluściach morskich szlaków.
Zanurzył dłoń w zimnej toni i uniósł ją powoli, pozwalając, by woda spłynęła po jego skórze. Krople błyszczały w świetle księżyca jak obietnice. Ujął w dłoń jej policzek i ponownie łącząc ze sobą dwa obce ciała, złożył na jej ustach pieczętujący pocałunek.
– Zdradź się, Seline. Jestem odważnym marynarzem – ulotne słońce przebiegło przez jego twarz, jakby chciał dodać jej odwagi. Odsunął się nieco i spojrzał na nią uważnie – trochę łakomie, lecz nie zachłannie. Tak, jak patrzy się na coś, co mogło zabrać więcej, niż jest się gotowym oddać. Jak na kogoś, kto mógł dać więcej, niż odważyłoby się błagać.
Za jego ramieniem majaczył brzeg. Odległy, zapomniany.
Gawren brodził półnagi w morskiej zatoce, a chłód wody wymazywał ostatnie ślady drogi, którą tu przyszedł.
Po tamtej stronie brzegu nie było już nic, do czego chciałby wracać.
Gawren
O odmętach ciemniejszych niż najdłuższe jaskinie, o piskach głośniejszych niż piszczące ptactwo w odległych krain. O strugach żarnego potu, który lodowaciał na plecach, by uderzyć wraz z kolejną sztormową falą.
OdpowiedzUsuńOstrzegano go przed syrenami od zawsze. Nie zawsze wprost. Od małego uczono go śmiać się z opowieści o marynarzach, którzy gubili kurs przez jeden nieostrożny szept. W tawernach, po których szlajał się za młodu powtarzano, że syrenia pieśń jest tylko pretekstem, a prawdziwą zdradą była własna tęsknota i głód tego, czego jeszcze nie potrafiło się nazwać. Kiełkujący smak komponował się z podłym, zbyt ciepłym piwskiem, by malować się w gardzieli już w momencie morskiej klęski.
Mówiono mu, że syreny odbierają rozsądek. Że prowadzą w miejsca, z których nie ma już powrotu. W drogi bez świateł, doliny bez nadziei. Wpajano, że mężczyźni, którzy podążają ich cieniem, tracą nie tyle życie, co jego ciężar, a potem unoszą się na toni jak puste kadłuby.
Nie pamiętał już, kto pierwszy opowiedział mu o pięknych, morskich bestiach – stary bosman o hebanowej zahirrskiej skórze czy kobieta z portowego zaułku, która o syrenach mówiła ciszej niż o własnych grzechach. Dobrze jednak pamiętał spojrzenia, te półdrwiące, lekko przerażone… i to, jak każdy kończył opowieść szybkim łykiem rumu, jakby chciał zmyć z ust coś, co nigdy nie powinno zostać wypowiedziane do końca.
O śmierci z ich rąk głośno mówiła tylko Ona. Babka.
Ta sama, której syreny uratowały życie. To samo, które później, tak jak i One, oddała morzu.
Dopiero teraz, stojąc po kolana w zimnej zatoce, czuł, że ostrzeżenia nie dotyczyły tylko Ich. Syrena nie była tylko zwodzącą pieśnią.
Czasem mogła być rześkim, ale bezdusznym morskim zwierciadłem, w którym żeglarz widział własne pragnienia i własne klęski.
A on, zamiast odwrócić wzrok, zbliżał się jeszcze bardziej, jakby chciał sprawdzić, czy legenda kłamie.
Gawren pochylił się ku Seline. Istocie innej, silniejszej, obcej, a jednak… o spojrzeniu bliższym niż kiedykolwiek wcześniej. Była jego lustrem. Odbiciem. Obawą.
Kucnął, a zimne fale uderzyły o jego biodra. Przez dłuższą chwilę nic nie mówił, bo kotłujące się w nim myśli przysłaniały jakąkolwiek światłość umysłu. Badał ostrożnym wzrokiem jej nowe kontury – żywe, bolesne, niebezpieczne. Patrzył na nią długo, jakby próbował odnaleźć w jej rysach tamte historie: odmęty, krzyk i rozpady. Nie znajdował ich.
Zamiast tego widział drżenie. Znał je aż za dobrze.
Przypomniał sobie opowieści o załogach przywiązujących się do masztów, o zatopionych statkach i pieśniach kończących się wraz z ostatnim tchnieniem. I tu, w blasku księżyca, tak lśniącym na jej łuskach po raz pierwszy pomyślał, że może to nie syreny były dla nich najniebezpieczniejsze. Może to marynarze słuchali ich zbyt późno?
Sięgnął powoli do jej dłoni, chłodniejszej, choć drżącej jak ziemia po uderzeniu fal. Palce, jeszcze przed chwilą pewne, zawahały się na skórze Seline.
– Wśród ciszy, wśród fal, solą posypane. Usta masz spierzchnięte, ku pieśni mej wezwane. – zanucił w jej kierunku, nie wahając się spojrzeć w ciemniejące, syrenie oczy. Mimo lęku, który szumiał mu pod skórą, dalej biło od niego światło. Od oblepionej słońcem skóry odbijały się łuski. Niebywale piękne, nieprawdopodobnie straszne. – Zanurz się raz, w morskiej otchłani. Nie bój się, wrócisz – lecz bez szat i medali.
Przysunął się bliżej, a ich oddechy zmieszały się z zapachem morza. Nie spieszył się, jakby chciał sprawdzić, czy to, co widzi, jest naprawdę Nią, a nie kolejną legendą, którą sam sobie powtarzał, by mieć odwagę zrobić kolejny krok w nieznane.
Splótł mocniej ze sobą ich palce, a drugą dłoń, uniósł powoli i zbliżył do pobladłego policzka. Musnął go grzbietem dłoni, jakby próbował przypieczętować własny kierunek.
– Możesz… być sobą tylko tutaj? – zapytał jeszcze, a w jego oczach pojawiło się coś, czego nie było w żadnej z tawernianych legend.
Opowieści zamilkły. Zarević po raz pierwszy przemówił we własnej legendzie.
Gaw