trigger warnings: śmierć rodzica, opis zwłok, aluzja do przemocy seksualnej oraz fizycznej, handel ludźmi
When the water's rising
And your light is dying
Can you hold on 'til tomorrow?
When your faith is broken
And your heart stops hoping
I'll give you mine to borrow
And your light is dying
Can you hold on 'til tomorrow?
When your faith is broken
And your heart stops hoping
I'll give you mine to borrow
Krzyk rozrywa powietrze, a dłonie desperacko starają się utrzymać wypadające wnętrzności w ciele. Dłonie ślizgają się w jeszcze świeżej krwi, a nozdrza przepełnia zapach metalu i śmierci.
Nikt inny nie krzyczy —
tylko ty, AŻ TY,
ból rozrywający pierś na części,
aż krztusisz się we własnym żalu.
ból rozrywający pierś na części,
aż krztusisz się we własnym żalu.
Jesteś zbyt mała, by zrozumieć, dlaczego nikt inny nie kochał matki tak, jak ty ją kochałaś.
Rozpacz wyziera z twego wnętrza, zimna i bezlitosna, a oni patrzą, patrzą, PATRZĄ...
Nikt nie stara się ciebie pocieszyć. Nikt nie kładzie dłoni na ramieniu, nie oferuje chusteczki, by otrzeć łzy i spływający z nosa katar. Niczyje serce nie łamie się, widząc dziecko siedzące w piasku, ze zwłokami matki rozłożonymi na kolanach, otoczone wnętrznościami barwiącymi ziemię na czerwono. Niczyi krzyk nie dołącza do twojego, nie rozrywa świata na dwoje, nie. Jesteś tylko ty, i to ciało, i dziesiątki oczu przyglądające ci się z daleka ze słabo ukrytą satysfakcją.
✵
Bez matki, robaki przeżerające twoje wnętrze w końcu wydostają się na wolność.
Ty tylko wypadek, próbujesz powiedzieć, ale słowa zatrzymują ci się w gardle. Twoje ramiona drżą z bólu i wysiłku, w powietrzu unosi się popiół, a ubrania brudne masz od sadzy. Nie chciałam, naprawdę.
Nikt ci nie wierzy.
Nadal jesteś zbyt mała, żeby w pełni zrozumieć niechęć, jaką darzą cię mieszkańcy wioski; ale to jedno rozumiesz — nie lubią cię, i każda wymówka, by nazwać cię potworem, i zamknąć na noc na zimnym, pustynnym powietrzu jest dla nich wystarczająco dobra.
Tym razem to nie zimne pisaki pustyni stają się twoim więzieniem — a niewielka klitka na narzędzia, na tyle mała, że ledwo możesz w niej usiąść, i karykaturalnie skulona czekasz na wyrok.
Kiedy drzwi otwierają się, a sołtys łapie cię za ramię, nie zwracając uwagi na zakrwawione bandaże, i ciągnie, nie wiesz jeszcze, że widzisz to miejsce po raz ostatni.
Kiedy ręce pchają cię w objęcia starego, nieznajomego ci mężczyzny, nie wiesz, że wyrok zapadł i że jeszcze zatęsknisz za wrogimi spojrzeniami mieszkańców wioski.
Kiedy nieznajomy łapie cię za włosy i brutalnie rzuca na drewniane deski niewielkiej celi na statku, którego nigdy wcześniej nie widziałaś, łzy spływają ci po wciąż brudnych policzkach, i powoli zaczynasz rozumieć, co cię czeka.
✵
Gdy tylko budzisz się tego ranka, wiesz, że coś się zmieniło. Twoje ciało zdaje ci się obce — chociaż serce bije w tym samym rytmie, a robaki poruszają się pod skórą, jest w tobie coś innego, NOWEGO, jakaś energia, której nigdy wcześniej nie poczułaś.
Dłonie powoli dotykają twarzy, wędrują w górę po policzkach, po kości nosa i brwi, aż docierają do czoła, i—
ROGI.
Masz rogi.
Matka nigdy nie powiedziała ci, kim jesteś, CZYM jesteś — ale przez lata obserwowałaś, z jaką łatwością operowała magią, z jaką łatwością zmieniała swój wygląd, z jaką łatwością potrafiła owinąć sobie ludzi wokół palca. Widziałaś, jak bardzo pozostali mieszkańcy wioski nie ufali jej, jak patrzyli na nią pełnymi podejrzeń oczami, jak bacznie obserwowali każdy jej ruch.
Chociaż nigdy nie powiedziała tego na głos, wiedziałaś, że nie była zwykłym człowiekiem.
Ale nawet w najśmielszych snach nie spodziewałaś się, że któregoś dnia obudzisz się z rogami.
Są na tyle małe, że ledwo wystają zza włosów; i spędzasz następną godzinę, starając się je ukryć w nadziei, że twoi oprawcy ich nie zauważą.
Boisz się, co się stanie, kiedy zauważą.
W jaki sposób to wykorzystają.
Wystarczy kilka dni, by rogi urosły na tyle, by wystawać spod twoich włosów, i by żadna fryzura nie była w stanie ich ukryć; na tyle, byś nie mogła już udawać, że ich nie ma; na tyle, by twoi oprawcy zorientowali się, co się dzieje.
Przywódca szajki, której cię sprzedano, niemal klaszcze w dłonie z radości — oto trafił mu się najprawdziwszy skarb, diament, którego wartość wzrosła gwałtownie.
Dziwadła z rogami chodzą za więcej niż pospolite wiedźmy.
I kiedy stoisz na podeście wraz z innymi dziwadłami na sprzedaż, czujesz na sobie pełne żądzy spojrzenie i wiesz już, że znalazłaś nowego właściciela.
✵
Twój nowy właściciel uwielbia dotykać twoich rogów.
Każdego ranka przychodzi i uśmiecha się do ciebie słodko. Hadiya, mówi, twoje imię brzmiące niczym obelga w JEGO ustach. Chodź do mnie, Hadiya, pokaż mi się.
JEGO dłonie dotykają twojej twarzy, twoich włosów, twojego czoła, opuszki palców błądzące po skórze leniwie, słodko, zbyt przypominające pieszczotę kochanka, wywołujące dreszcze na całym ciele.
— Uśmiechnij się, Diyah — mówi, i palcem unosi twój podbródek. — Masz taki piękny uśmiech.
Więc robisz to, o co prosi —
uśmiechasz się, chociaż wcale nie chcesz,
chociaż masz ochotę odepchnąć go od siebie,
chociaż z gardła próbuje wyrwać się pełen desperacji wrzask,
chociaż masz ochotę odepchnąć go od siebie,
chociaż z gardła próbuje wyrwać się pełen desperacji wrzask,
ale nie możesz,
bo teraz należysz do NIEGO,
jesteś jego własnością,
jego skarbem,
jego DZIWADŁEM.
Bycie czyjąś własnością to jedyne, co ci pozostało.
Przesuwa się — odgarnia twoje włosy za szyję, dłonią ocierając się o skórę, i przysuwa się tak niemożliwie blisko, że na chwilę tracisz oddech.
— Będziesz dzisiaj grzeczna, prawda? — pyta, ustami muskając płatek ucha. Palce bawią się krawędziami twoich bandaży, a twoje serce próbuje wyrwać się z piersi. — Lord Ainsworth wiele o tobie słyszał, chyba mnie nie zawiedziesz, hmm? Tak, Diyah?
Przytakujesz; głos utyka ci w gardle, a świat z każdą sekundą staje się coraz bardziej odległy. Przez lata przyzwyczaiłaś się już, że twoje ciało nie jest twoje; nauczyłaś się, co musisz zrobić, aby przetrwać. Więc pozwalasz MU dotykać swoich włosów i swoich rogów, pozwalasz MU rozwiązać bandaże ukrywające twoje blizny. Nie odsuwasz się, kiedy skóra dotyka skóry, nie protestujesz, kiedy sukienka ląduje na podłodze.
POZWALASZ MU, bo nie pozostało ci nic innego, niż POZWALAĆ.
✵
Mężczyzna, który na ciebie wpada, w niczym nie przypomina pozostałych pupili zamieszkujących dworek. Z jego oczu nie wyziera rozpacz, którą tak doskonale znasz, bo widujesz ją w swoich własnych każdego ranka; jego spojrzenie nie rozgląda się po korytarzu niespokojnie, tylko czekając, aż JEGO głos odbije się echem po ścianach i przywoła do swojego gabinetu. Nie, osoba, która przed tobą stoi to drapieżnik — z niebezpieczeństwem wypisanym w każdym ruchu i każdym geście, z bronią błyszczącą się złowrogo w świetle świec.
Nie boisz się.
Może to głupie — to zdecydowanie głupie — ale nawet nie drgasz, kiedy ta broń skierowana jest w twoją stronę. Stoisz nieruchomo, dziwnie spokojna, i przyglądasz mu się przez chwilę.
— Kim jesteś? — pytasz, chociaż znasz już odpowiedź. — Czego chcesz?
Nie jesteś głupia; nie, naiwność zostawiłaś już dawno za sobą, w tej niewielkiej szopie na narzędzia, w której cię zamknęli ledwie parę dni przed tym, kiedy zostałaś sprzedana po raz pierwszy; a może jeszcze wcześniej, razem z truchłem matki, głęboko pod gorącymi pisakami Zahirry.
Nie jesteś głupia i wiesz, że to twoja szansa.
Wykorzystujesz cudzą chciwość, i uciekasz; kradniesz kosztowności, i tym samym zapewniasz sobie miejsce na statku. Świat ukryty jest pod osłoną nocy, kiedy wyrywasz się ze złotej klatki, jaką było twoje istnienie, i po raz ostatni spoglądasz na migoczące w oknach światło świec.
Po raz pierwszy od dawna czujesz wiatr we włosach, i się uśmiechasz. Po raz pierwszy od dawna zrywasz bandaże z ramion, i pozwalasz, by blizny migotały paskudnie w bladym blasku księżyca. Po raz pierwszy od dawna bierzesz wdech, i śmiejesz się na cały głos, a serce rwie się ku wolności.
✵
Kiedy tylko stajecie w porcie w Ossanor, już wiesz, że odnalazłaś swoje miejsce. Coś w powietrzu miasta przemawia do ciebie — przyciąga bliżej i bliżej, otwiera szeroko ramiona i czeka, aż wpadniesz w ich objęcia. Brak tutaj duszności, która otaczała cię w JEGO dworku, oplatała wokół ciała i płuc, aż nie mogłaś oddychać, aż pragnęłaś zdrapać z siebie skórę i stać się masą krwi, mięśni i kości wyglądem przypominającą zwłoki twojej matki. Brak tutaj okrucieństwa schowanego za fasadą dobrobytu, sztucznych uśmiechów i pozłacanych prętów klatki. Ossanor jest przeciwieństwem dworku — słońcem w zenicie, blaskiem, długim letnim dniem pełnym zapachu kwiatów i soli.
Ossanor jest żywe w sposób kompletnie dla ciebie nowy — i życie to wypełnia ci żyły, wstrzykuje nieznaną dotąd energię prosto w serce. Z ulgą zrzucasz z siebie żar pustyni i płomieni, które naznaczyły twoje ramiona; zrzucasz z siebie imię, którego dźwięk od dawna wywoływał jedynie dreszcze i wstręt.
Ze szczerym uśmiechem wchodzisz do wody i pozwalasz, by jej chłód ukoił twoje poranione serce. Opuszkami palców wodzisz po kryształowej tafli, i patrzysz, jak twarz w odbiciu zmienia się, a kilogramy smutków i bóli powoli znikają, odpływają wraz z nurtem. HADIYA UMIERA — niespiesznie, spokojnie, po raz pierwszy od ponad dekady zaznając równowagi i błogości.
Pozwalasz jej utonąć —
i zbierasz szczątki samej siebie, zszywasz je starannie nicią stworzoną z soli i wodorostów. Szyjesz i szyjesz, i szyjesz, aż postać, która wypływa z głębin niczym nie przypomina ducha, którym do niedawna byłaś.
I kiedy wynurzasz na brzeg, wynurzasz jako ktoś inny —
naznaczony morzem, piaskiem i solą,
z imieniam ELISHEBA wymalowanym na ustach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz